Jak polubić siebie? Mój sposób na pokonanie samokrytycyzmu i nawiązanie ze sobą przyjaźni.

happiness-1866081_1920

Kiedyś miałam ogromny problem z samoakceptacją. W myślach nieustannie krytykowałam się za to co zrobiłam lub czego nie zrobiłam a powinnam. Beształam się przez długi czas jeszcze po zdarzeniu, utwierdzając się w przekonaniu, że to było niewybaczalne. Szczególnie kiedy mój błąd dotyczył relacji z innymi ludźmi, chciałam zapaść się pod ziemię i nigdy z tych czeluści samokrytyki nie wyjść. Po wielu doświadczeniach udało mi się wypracować sposób na pokonanie lęku przed konfrontacją i popełnianiem błędów w relacjach interpersonalnych. Moją historię możesz przeczytać tu: JAK NIE POPEŁNIAĆ BŁĘDÓW W POPEŁNIANIU BŁĘDÓW. O akceptacji siebie i naprawianiu trudnych sytuacji w relacjach z innymi. Poradziłam sobie z największym moim problemem w relacjach międzyludzkich – lękiem przed popełnieniem błędu, gafą, niezrozumieniem się, pretensjami, jednak pozostał jeszcze inny problem, który bardzo rzutował na moje samopoczucie: porównywałam się z innymi czym podkopywałam swoją samoocenę jeszcze bardziej,  a do tego zazdrościłam, że inni mają to, na czym bardzo mi zależy. To również wieloma krokami udało mi się choć trochę ukrócić, bo uświadomiłam sobie, że porównywanie się do innych jest zasadniczo bez sensu, bo każdy z nas jest unikatowy i startuje z zupełnie różnych miejsc, a na wędrówkę wyposażony jest w różne narzędzia. Więcej na ten temat tu: Choroby XXIwieku cz.2: Rywalizacja i porównywanie się do innych. Tym wpisem chciałam jednak zaznaczyć, że często nie czujemy się dobrze nie tylko w relacjach z innymi czy w naszych oczach słabo wypadamy w porównaniu do innych, lecz to co może nam bardzo przeszkadzać to samoocena i poczucie własnej wartości oraz postrzeganie własnej atrakcyjności fizycznej.

Przez długi czas nie byłam w stanie zaakceptować siebie a szczególnie swojego wyglądu (i nadal jest do dla mnie dość wrażliwy obszar). Niechętnie patrzyłam w lustro, bo na pierwszym planie zawsze widziałam tylko niedoskonałości i żadne komplementy do mnie nie trafiały. Odbijały się od ściany przekonania, że nie jestem wystarczająco dobra, grzeczna, miła, ładna, mądra, zdolna itd. Traktowałam samą siebie po prostu źle.

Chciałam siebie polubić, bo wiedziałam, że osoby, które lubią i akceptują siebie mają w życiu łatwiej. Fajnie się mówi, tylko jak to zrobić? W Internecie mnóstwo jest porad, których mottem przewodnim jest „bądź dla siebie dobry” „bądź dla siebie przyjacielem” itp. Większość porad wydawała mi się jakaś taka naciągana, sztuczna. Rozpisywanie swoich wad i zalet, szukanie rzeczy, które Ci się w życiu udały, pytanie przyjaciół jak one Cię widzą (przy założeniu, że one są mniej krytyczne niż ty). To miało mnie przekonać, że jestem wystarczająco fajna żeby się polubić. No bo skoro inni Cię lubią, to znaczy że mają za co cię lubić, tak? Więc poszła w ruch lista, najpierw jedna, potem druga, piąta, dziesiąta… Nie mówię, że było to na marne. Dowiedziałam się wielu rzeczy o sobie. Uświadomiłam sobie, że tak naprawdę „nie jest źle”. Można powiedzieć, że to była wprowadzająca teoria.

Pewnego wieczoru trafiłam na internetowy webinar (zorganizowany przez Pawła Jana Mroza), po którym moje myślenie zaczęło się trochę zmieniać. Muszę przyznać że był dziwny, a ćwiczenia w nim zawarte wydawały mi się dość głupie. Jednym z ćwiczeń było wygłupianie się. Tak po prostu, masz udawać małpę, klauna, potwora yeti, człowieka wiotkiego jak guma majtającego rękoma – cokolwiek. Mój (wtedy) chłopak spojrzał na mnie pytająco, bo wiedział że mam takie zadanie do wykonania. Stwierdziłam, że spróbuję. „A co mi tam!” – pomyślałam. Ćwiczenie skończyło się naszym śmiechem. Zrozumiałam, że to głupie ćwiczenie miało mnie nauczyć śmiać się z siebie, ze swoich wpadek, przejęzyczeń, zachowania, które z boku może wydawać się dziwne i tego jak wyglądam – po prostu dystansu do siebie i tego co moje. Zaczęło do mnie docierać, że gafy które popełniamy, często nie są przez innych długo pamiętane. Ale jeśli zrobimy sobie z tego powodu wyrzuty, emanując swoje zażenowanie na zewnątrz, jest to niemile widziane przez innych. Jawimy się jako osoby samokrytyczne, czepialskie, bez poczucia humoru. Osoba z naszego otoczenia nie ma pewności czy ten krytycyzm i czepialstwo nie będzie wycelowane w nią. Dlatego raczej unikamy osób, które nie mają do siebie dystansu.

Hasło „Bądź swoim przyjacielem” tym razem do mnie przemówiło. A to dlatego, że zaczęłam się zastanawiać nad sensem przyjaźni i posiadania przyjaciół. Pomyślałam, że skoro mam się uganiać za innymi, by się ze mną przyjaźnili i zabiegać o znajomości (nie to, że jest to jakiś wielki problem dla mnie) to czy nie lepiej byłoby mieć siebie za przyjaciółkę? Przyjaźń to połączenie dusz, które unoszą się jakby na tych samych falach, bo mają wspólne pasje, światopogląd, styl życia. W prawdziwej przyjaźni nie ważne jest jak się wygląda i kim się jest z zawodu. Przyjaciel po prostu jest obok, nawet gdy dzielą go od nas kilometry. Przyjaciel nigdy cię nie zdradzi, jest wierny i lojalny, dotrzymuje danego słowa i dba o drugą osobę, bo zależy mu na jej dobru. Kiedy poczyniłam takie założenia idealnego przyjaciela, uświadomiłam sobie, że „bycie swoją przyjaciółką” ma sens. Bo jestem tu cały czas, mam ze sobą ten sam światopogląd, nikomu nie wypaplam swoich myśli czy sekretów i do jasnej Anielki, chyba tak naprawdę zależy mi na tym, żeby być szczęśliwą!

Kiedy wytypowałam sobie kogoś z kim chciałabym się przyjaźnić, należałoby jakoś nawiązać z nim kontakt. Pierwszy krok to przebaczenie sobie, że byłam wobec siebie niemiła, bo tak z pewnością nie traktuje się przyjaciół. Ćwiczenie na tym webinarze polegało na tym, by jak na spowiedzi zrobić rachunek sumienia i przyznać jakie krzywdy wyrządziło się samemu sobie. Moja lista była bardzo długa. Aż trudno uwierzyć, że samemu sobie można podkładać czasem takie świnie w postaci myśli „ty głupia, co to w ogóle miało być! Jak mogłaś coś takiego zrobić!”. Poszłam krok dalej w tym ćwiczeniu: wyobraziłam sobie siebie siedzącą naprzeciwko mnie. Taką mnie idealną, która jest moją przyjaciółką uśmiechniętą, życzliwą, akceptującą i służącą radą. Przeprosiłam ją, że byłam dla niej taka niemiła. I zawiązałyśmy pakt o nieagresji 😉 Potem pomyślałam, że nic fizycznie nie stoi na przeszkodzie abym była taka dla siebie, jak ta idealna i przyjazna wersja mnie. Na koniec webinaru trzeba było objąć się mocnym i serdecznym uściskiem. Spróbowałam. Było to dziwne uczucie, bo nigdy przedtem czegoś takiego nie robiłam i wszystkie miłe rzeczy, które człowiek robi dla samego siebie, wydawały mi się jakieś takie głupie i bardzo egoistyczne, wręcz sztucznie przesłodzone i puste. Ale nie tym razem. Wtedy to była dla mnie magia. Dlaczego nie robiłam tego nigdy wcześniej? Poczułam się po postu dobrze ze sobą. Pierwszy raz od czasu beztroskich dziecięcych zabaw.

Te ćwiczenia to był przełom w moim myśleniu, ale wiadomo, że aby coś utrwalić trzeba to ćwiczyć na co dzień. Zaczęłam od ucinania krytyki. Kiedy nachodziły mnie straszne myśli o sobie samej, rozpoznawałam to i mówiłam stop. Nie chciałam takich myśli. Pojawiały się często ale ja po prostu ich nie podsycałam, nie wchodziłam w analizy tego czy zrobiłam dobrze czy źle. Przyjęłam zasadę, że to co zrobiłam było najlepszym rozwiązaniem, które w tamtej chwili widziałam, mając do dyspozycji takie informacje i takie narzędzia jakie były dostępne. Dlaczego miałabym niby podejmować decyzje, które wiem, że są złe? A więc każda podjęta decyzja jest słuszna na dany moment. Jeśli potem pojawiają się nowe informacje i nowe narzędzia z których można skorzystać, to nie ma sensu się za to krytykować. To tak jakby babcia krytykowała się za to, że w jej czasach nie było robota kuchennego i ona ciasto ucierała w makutrze i musiała się strasznie przy tym namęczyć. Dzięki temu nauczyłam się wybaczać sobie. Nie karciłam się, bo uświadomiłam sobie, że jak kupiłam w jednym sklepie coś drożej, po czym okazywało się że w innym jest akurat promocja, to nic strasznego się z tego powodu nie stało. Nikt nie umarł, nie wybuchła wojna, nadal mam co jeść i gdzie mieszkać. Nic tylko się cieszyć. Konsekwencje tego czynu były niczym w porównaniu do tego jaki ja im nadawałam poziom oskarżając się o każde przewinienie.

Kiedy już nauczyłam się wybaczać sobie, myśli samokrytyczne pojawiały się coraz rzadziej. Faktycznie w życiu było mi z tego powodu łatwiej. Szybciej i chętniej podejmowałam decyzje, które kiedyś spędzały mi sen z powiek, bo bałam się błędu. Częściej pojawiały się za to myśli wspierające i pochwały. Problem jaki pozostał nadal w mojej głowie to akceptacja swojego wyglądu. Wiedziałam, że nie jestem jakaś szkaradna, ale też nie byłam w stanie patrzeć inaczej na siebie, niż przez pryzmat tego, że tu mi wyskoczył pryszcz a tam mam wystające kości. Tak samo wzięłam sprawy w swoje ręce i postanowiłam nauczyć się robić makijaż. Dzięki niemu czułam się dużo pewniej, zaczęłam się więcej uśmiechać. I to właśnie uśmiech spowodował, że zaczęłam lubić to jak wyglądam. W moim otoczeniu zaczęli pojawiać się ludzie i ja zaczęłam wychodzić do świata, więc otrzymywałam jeszcze więcej uśmiechów i moja twarz robiła się coraz piękniejsza a dusza coraz lżejsza, bo uświadomiłam sobie, że ważne jest to co jest w sercu i w umyśle. Ci co mnie znają, będą mnie lubić nawet wtedy gdy jestem nieumalowana. Dzięki sprzyjającym, wypracowanym przekonaniom, że jestem wystarczająco dobrą osobą, by wieść szczęśliwe życie, pozwoliłam sobie korzystać z niego podejmując nowe wyzwania np. przyjęłam oświadczyny mojego ukochanego i zdecydowałam się na ślub, zmieniłam studia (na co wcześniej nie potrafiłam się odważyć) i teraz staram się z nich w pełni korzystać. Zaczęłam też regularnie praktykować jogę, która dała mi mnóstwo spokoju, nauczyła cierpliwości i szacunku do siebie, by nie chcieć za dużo i nie porównywać się z innymi, tylko pozwolić, żeby mój rozwój płynął w swoim własnym tempie. Najprzyjemniejsze w jodze dla mnie jest teraz to, że bez żadnego pretekstu mogę się poprzytulać do siebie robiąc pozycje, czuję że jestem tu i teraz dla siebie. Wykonałam też ćwiczenia zaproponowane przez Gosię Mostowską by pokochać siebie (znajdziecie ją na YouTube) i okazały się one spójne z moim myśleniem i jeszcze bardziej utwierdziły mnie w przekonaniu jak przyjazna relacja z samą sobą jest ważna. To były dla mnie przełomowe i wzruszające momenty. Czułam się tak, jakbym odzyskała część siebie, która gdzieś dawno temu odpadła pod ciężarem doświadczeń i wewnętrznej krytyki. Żaden przyjaciel nie wytrzymałby takiego ciśnienia, które we mnie rosło każdego dnia.

 Po tym wszystkim mogę powiedzieć, że naprawdę się ze sobą zaprzyjaźniłam, choć jak to we wszystkich relacjach bywa, są też i gorsze momenty, w których jednak staram się nie zapominać, że tylko ja wiem czego mi w danym momencie potrzeba i nie jest to ucieczka przed samą sobą, a już na pewno nie ucieczka w samokrytycyzm.

Mam nadzieję, że Ty jesteś dla siebie samego dobry i wspierający. A jeśli nie, to bardzo Cię gorąco do tego zachęcam. Mi też nie było łatwo, ale jestem przykładem na to, że wiele da się w sobie wypracować. A lubić siebie nie musisz za coś, lecz kochać i akceptować siebie tak po prostu i mimo wszystko, bo nie ma na świecie osoby bliższej Twojemu sercu niż Ty przyjacielu.

Pozdrawiam,

Ela.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s