ROZCZAROWANIA – gorzkie lekcje pokory

sad-3187671_1920

Nie wiem czy psychologia wymyśliła już jakąś mądrą teorię na temat tak, wydawałoby się, przykrego odczucia jakim jest rozczarowanie. Przeszukałabym Internet, książki, artykuły, oczekując, że znajdę jakąś podtrzymującą na duchu informację. Ale jeszcze się rozczaruję gdy jej nie znajdę…  Chyba nie warto.

Rozczarowanie jest pochodną Oczekiwania.

Kiedyś pod wpływem kursów motywacyjnych w głowie zrodziła mi się wizja: „Będę najlepszą wersją siebie!”. Podekscytowana przystąpiłam do realizacji tak enigmatycznego stwierdzenia (czyli równie zrozumiałego jak samo słowo „enigmatyczny”). Przecież tyle się o tym mówi, tylu ludzi stawia przed sobą te słowa, tylu szczęśliwców wyznaje taką zasadę, więc dlaczego miałoby akurat mi się nie udać? Starałam się jak mogłam powtarzać sobie w głowie jak mantrę „jestem najlepszą wersją siebie”. Coś ewidentnie poszło nie tak. Jakoś nic się w moim życiu nie zmieniło. Nie chciało mi się robić tych samych rzeczy, co mojej starej wersji siebie. Wyglądałam jak „stara” ja. Czyżbym wierzyła, że moje życie zmieni się tylko przez to, że wypowiedziałam zaklęcie?  Bardzo naiwne nie sądzicie? A jednak. Wielu ludzi snuje oczekiwania, że małym nakładem wysiłku uda się zmienić cały świat. Błąd tkwi w założeniach – nie odpowiadasz za cały świat, nie odpowiadasz za przyrodę, pogodę, innych ludzi, zdarzenia losowe, systemy. Nie jesteś w stanie nawet całkowicie kontrolować siebie. Taka jest smutna prawda. Wiara w cuda czy chęć radykalnych zmian to temat na osobny wpis, lecz tu chciałam zaznaczyć, że  jeśli oczekujesz obiektywnie niemożliwego lub czegoś totalnie niesprecyzowanego, to zaskoczeniem nie jest, że się rozczarujesz. Aby zagwarantować sobie cień szansy na powodzenie, musisz mieć chociaż podstawowe rozeznanie czym jest to pragnienie, cel, zadanie, które przed sobą stawiasz. Zorientowałam się, że powiedzenie sobie „Chcę być najlepszą wersją siebie” jest równie osiągalne i równie sprecyzowane jak „chcę aby na świecie był pokój i nikt nie chodził głodny”. Idea jest super, ale co z wykonaniem?

Postanowiłam postawić przed sobą bardziej określone cele. Wyznaczyłam sobie obszary, w których chcę i mogę coś zdziałać. Był to na przykład obszar zdrowia. Nie mówiłam już sobie: „chcę być zdrowa”, choć taka postawa oczywiście wspomaga i przyspiesza leczenie, bo jest niezbędna, by wzbudzić w sobie motywację do podjęcia działania. Zastanowiłam się co konkretnie chciałabym zmienić. Było tego sporo, ale głównie skupiłam się na stanie swojego kręgosłupa. Do zmiany: aktywność fizyczna zamiast siedzenia, dieta i redukcja stresu. Podjęłam się ćwiczeń w domu, po czym szybko wkręciłam się w jogę. Rezultaty przyszły szybko – po 2-3 miesiącach plecy nie bolały, jest sukces. Z moich badań wynikało, że przez około 1,5 roku udało mi się pozbyć jednej wypukliny z kręgosłupa i moja postawa ciała się poprawiła. Pozostała mi jeszcze jedna do rozpracowania przez kolejne lata. Tym przykładem chcę pokazać kontrast między tym, czy mamy na coś wpływ, czy nie. Mam wpływ na to czy będę uprawiać sport, a nie mam wpływu na to, czy dziś będzie padać deszcz, który może pokrzyżować moje plany.

Jestem osobą, która bardzo dużo planuje, snuje wyobrażenia, kalkuluje i analizuje. Są tego plusy, bo przecież jestem zorganizowana i poukładana. Ale to ma także swoje drugie oblicze jakim są zbyt sprecyzowane oczekiwania i dość spory poziom stresu, który sama sobie generuję. Nie uważam siebie za osobę spontaniczną – OK nie muszę nią być. I chyba nie jestem też dostatecznie elastyczna, a to już rodzi pewne problemy. Kiedyś miałam silną potrzebę kontrolowania wszystkiego co mnie dotyczy. Chwytałam jak brzytwy wszystkiego co było w jakikolwiek sposób przewidywalne i rozkładałam na czynniki pierwsze sfery, które były dla mnie niezrozumiałe i niepoukładane. Szukałam wzoru, algorytmu w jakim następują zmiany. Oczekiwałam, że kiedy wsiądę do autobusu to dojadę nim na czas, bo przecież w rozkładzie jazdy jest precyzyjnie określony czas przyjazdu. Oczekiwałam, że kiedy dam mamie prezent pod choinkę, ona się ucieszy, bo wiem, że wypada by ludzie cieszyli się z tego co dostają. Oczekiwałam, że kiedy będę wstawać wcześnie rano, to będę miała więcej czasu, by zrobić wszystkie rzeczy z mojej listy. Oczekiwałam, że jak będę piec ciasto, to ono wyjdzie w 100% takie jak na obrazku z bloga kulinarnego. Oczekiwałam  wielu rzeczy. Każdy z nas ma oczekiwania, ja to doskonale wiem. Są one mniej lub bardziej świadome. Ale ja z usilnej potrzeby kontroli mojego świata, byłam w stanie wszystko sobie opisać, wyobrazić, zaplanować. Oczywiście, nie zawsze trzymałam się planów, a raczej rzadko, bo były one chyba nie do spełnienia. Byłam często niezadowolona, smutna, rozdrażniona, zdemotywowana. Marudziłam, że nic mi się nie udaje i wściekałam się na wszystkich wokół a najbardziej na siebie. Po prostu rozczarowywałam się na każdym kroku. A winne były zbyt sztywne oczekiwania. Nie chodzi o to, że były ambitne czy  wygórowane, bo to moim zdaniem ambitne cele są pozytywne jeśli chcesz odnieść sukces spełniając swe marzenia i masz dostateczną moc, konsekwencję i elastyczność do zmiany sposobu dążenia do nich, gdy pojawią się przeszkody – to jest jak najbardziej godne podziwu. Moje oczekiwania po prostu zakładały, że jest tylko jeden sposób i jeden poprawny wynik. Po długim czasie pracy nad sobą, uświadomiłam sobie tak banalną rzecz: nie jesteś w stanie zaplanować każdego aspektu swojego życia, bo na nie składa się mnóstwo niekontrolowanych czynników. Wcześniej tego nie wiedziałam, a raczej nie wierzyłam tak do końca, że jednak nie mam supermocy generowania sukcesu samym planowaniem go. Podjęłam więc pracę nad swoimi przekonaniami i nawykowymi działaniami.

Pierwszy krok to zauważenie, w którym momencie tworzę oczekiwanie. Jakie czynniki się składają na wizję, którą mam przed oczami? Czy to oczekiwanie jest do osiągnięcia? Czy jest to coś, czego naprawdę potrzebuję, czy może wynik mojego nawyku kontrolowania wszystkiego?

Prawdziwym testem oczekiwań jest organizowanie wesela. Jestem wdzięczna mojemu mężowi za to, że trzymał moje oczekiwania na wodzy. Najpierw byłam wręcz wściekła, że zabrania mi tak wielu rzeczy, twierdząc, że są to jakieś wymysły związane z rynkiem ślubnym i tak naprawdę tego nie potrzebujemy. Nie rozumiałam tego na początku, nie mogliśmy się w tej kwestii porozumieć. Jak to mam nie mieć wymarzonej sukni ślubnej?! Jak to nie iść do fryzjera, makijażystki, nie zrobić sobie paznokci? Nie kupić tego, nie zamówić tamtego… Dla mnie był to must have. Myślałam, że mu całkiem nie zależy na tym, abym tego dnia czuła się wyjątkowa. Ale jak się okazało potem, jedynym powodem dla którego nie chciał żebym się wkręcała w organizację, było z kolei jego oczekiwanie. Założył sobie po prostu, że jedyne co go obchodzi, to dobrze się bawić na własnym weselu z gośćmi, którzy są bliscy naszym sercom. Tak naprawdę chciał mnie ochronić przed tym, żebym nie miała zbyt sprecyzowanych oczekiwań. To otworzyło mi oczy. Ustaliłam priorytety, że najważniejsze jest to żebym ja i moi goście czuli się świetnie. Organizowaliśmy tylko to, co było konieczne, podpisanie umów, zakupy planowane przed samym wejściem do supermarketu, garnitur kupiony dwa tygodnie przed, buty znalezione przez przypadek w Internecie. Kwiatki, ciasta i suknia z polecenia. Zespół muzyczny wybrany przez naszą intuicję, którego przed naszym weselem nawet nie widzieliśmy na oczy, okazał się fantastycznym wyborem. Sala weselna to pierwszy nasz strzał, weszliśmy na salę i wiedzieliśmy, że to musi być tu. Menu ustalone w pół godziny. Kościół w remoncie. Diametralna zmiana pogody na zimną i deszczową. Nasi usługodawcy mieli wolną rękę, zarówno florystyka, ciocia fryzjerka, zespół, obsługa sali weselnej, pani fotograf czy ksiądz. Nawet ja, robiąc sobie makijaż sama, miałam jedynie wybraną gamę kolorystyczną i kupione kosmetyki, a na dodatek nie miałam warunków, by się w spokoju umalować czy przebrać, bo dom pełen gości. Ale to wszystko nie zaburzyło naszego spokoju. Lekki stres był – wiadomo. Ale chyba nie miałam czasu się nawet zastanowić czy się stresuję. My byliśmy bardzo zadowoleni z tego dnia, szczęśliwi z tego, że właśnie tak to wyglądało. Nie tworzyliśmy planów i wizualizacji jak to będzie. W noc przed ślubem na dobranoc powiedziałam sobie: „Będzie co ma być. Jedyne moje oczekiwania to po prostu chcę się czuć szczęśliwa”. Jak powiedziała tak też zrobiła.

Po co tworzymy takie oczekiwania, które mają wielkie prawdopodobieństwo stać się rozczarowaniami? Z wielu powodów:

  • z lęku i strachu przed utraceniem kontroli nad życiem,
  • przekonań o tym, że muszę być taka czy siaka, robić to i to, mieć tamto
  • silnej potrzeby posiadania czegoś lub uczestniczenia w czymś
  • nawyku
  • dużej pewności siebie i wiary w powodzenie planu
  • obserwacji innych ludzi (rodziny, znajomych, blogerów, celebrytów), którym się udało sprostać takim oczekiwaniom
  • wpływu innych osób, szczególnie rodziców i partnera/partnerki
  • udziału w szkoleniach, warsztatach, czy oglądania filmów motywacyjnych pompujących w nas myślenie, że jestem cyborgiem, który może wszystko a granice nie istnieją.

Nie chcę tym tekstem wprowadzać poczucia, że wszystkie oczekiwania są złe. Warto mieć oczekiwania i warto też doświadczać rozczarowań, bo są niesamowitą nauką, której nigdzie indziej nie otrzymasz. Wskazują nam to, co jest dla nas szczególnie ważne, wartości które są dla nas cenne i ludzi którzy są ważniejsi od innych. Rozczarowanie jest wskaźnikiem siły, która wiąże nas z tymi ważnymi dla nas ludźmi, ideami, wartościami czy rzeczami. Chcę zwrócić jedynie uwagę na to, że zazwyczaj jest coś nie tak, jeśli skupiasz się na niewłaściwych aspektach. Zbyt szerokich jak „szczęśliwe  życie” – bo co to właściwie oznacza? Że całe życie będzie pasmem sukcesów, a ja będę odczuwać tylko zadowolenie i radość? Tak się nie da, proszę Państwa. Skupienie się na zbyt wąskich obszarach i skrupulatne planowanie, jest chyba jeszcze bardziej frustrujące. Wiem to po sobie. Ciągle nad tym pracuję. To nie jest tak, że jestem idealna i wcale nie chcę się na taką kreować. Jest jeszcze jeden bardzo ważny dla mnie (dla nas) obszar, od którego niełatwo mi teraz odciągnąć swoje oczekiwania, by zapobiec gorzkim i bolesnym rozczarowaniom. Ale o tym napiszę wtedy, gdy będę potrafiła sobie z tym poradzić, a potem to opisać mając jakieś wartościowe przemyślenia do przekazania, zwłaszcza parom będącym na podobnym etapie jak my.

Jedna myśl na temat “ROZCZAROWANIA – gorzkie lekcje pokory

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s