Czy stres powoduje depresję?

Powszechnie wiadomo, że stres może prowadzić do nieprzyjemnych konsekwencji i przyczyniać się do występowania depresji. Znamy przykłady osób, które zachorowały po tym, jak doświadczyły jakiegoś traumatycznego zdarzenia. Wiemy też, że osoba, która jest poddawana nieustannym trudnościom np. w pracy również może zachorować. Ale dlaczego tak jest? Jak zwykle odpowiedź znajdziemy w układzie nerwowym, a wszystko zaczyna się od mózgu.

Chemiczny mechanizm stresu

W głębokiej partii mózgu znajdują się takie struktury jak podwzgórze (to ta część mózgu, o której pisałam w poprzednich wpisach, że odpowiada za potrzeby fizjologiczne – jedzenie, pragnienie, seks, sen; ale ma też inne umiejętności o czym za chwilę 😉 ) i przysadka mózgowa. Są one ściśle ze sobą połączone wydzielaniem chemicznym.

żródło: Sapolsky, R.M. (2012) Dlaczego zebry nie mają wrzodów. Psychofizjologia stresu.

Pod wpływem stresującej sytuacji (np. napływających do nas bodźców powodujących strach) lub nieprzyjemnych myśli (np. rozpamiętywanie niedawnej wpadki w towarzystwie) w podwzgórzu wydzielana jest substancja pobudzająca – kortykoliberyna (CRH). Pod wpływem CRH przedni płat przysadki mózgowej wydziela substancję – kortykotropinę (ACTH), która poprzez krew dociera do nadnerczy i tam stymuluje je do wytworzenia glikokortykoidów, wśród których najbardziej znanym „hormonem stresu” jest kortyzol.

Ale reakcja stresowa nie powinna trwać w nieskończoność. Właśnie dlatego nasz organizm wyposażony jest w system sprzężenia zwrotnego monitorujący ilość glikokortykoidów w krwioobiegu mózgu, gdyż komórki mózgowe są bardzo wrażliwe na ich działanie. Taki system przesyła informację do podwzgórza by przestało produkować CRH a przysadka ACTH, bo glikokortykoidów jest zbyt dużo co może doprowadzić do uszkodzenia tkanki mózgowej, szczególnie hipokampów (związanych z pamięcią, uczeniem się, orientacją w miejscu i czasie) i kory przedczołowej (myślenie, regulacja emocjonalna, pamięć krótkotrwała).

Hormony stresu a depresja

Skąd wiadomo, że to właśnie te substancje stresowe wywołują depresję? Poczyniono pewne obserwacje, że osoby chore na Zespół Cushinga które leczone były właśnie glikokortykoidami stawały się po jakimś czasie bardziej depresyjne. Także badania na zwierzętach pokazywały tę zależność – zestresowane szczury trudniej potem osiągały przyjemność, nawet podczas bezpośredniej stymulacji układu nagrody (więcej o tym jaki związek ma depresja z układem nagrody znajdziesz tu: Co się dzieje w mózgu gdy choruję na depresję?). Stąd wyciągnięto wniosek, że glikokortykoidy są tymi substancjami, które mogą przyczynić się do rozwoju depresji, co potwierdzałoby powszechne obserwacje, że osoby cierpiące na depresję wcześniej przeżyły duże natężenie stresu. Zrobiono też eksperymenty odwrotne – skoro założono że to glikokortykoidy są przyczyną rozwoju depresji to zahamowanie ich wydzielania powinno łagodzić objawy depresji. I faktycznie tak jest. Zastosowano leki – inhibitory steroidogenezy nadnerczowej, czyli substancje działające hamująco na wydzielanie hormonów przez nadnercza (niestety mają one dużo nieprzyjemnych skutków ubocznych, dlatego powszechnie się tego typu leczenia nie stosuje). Objawy zmniejszyły się u osób chorych na depresję zależną od glikokortykoidów. Innym eksperymentem było zastosowanie DHEA, substancji, która uniemożliwia przyłączenie się glikokortykoidów do receptorów (czyli tam gdzie powinny trafić i pobudzać organizm do walki). To okazało się równie skuteczne w redukowaniu objawów depresyjnych. Także typowe leki antydepresyjne przez to że wyrównują chemię mózgu (ilość neuroprzekaźników: głównie serotoniny, ale też czasem noradrenaliny i dopaminy) obniżają stężenie glikokortykoidów jakby przy okazji zmniejszając stres chorobą (negatywnym myśleniem o przyszłości, samym sobie i innych ludziach), co dodatkowo łagodzi stan psychosomatyczny chorego/chorej. Są też doniesienia, że antydepresanty dość szybko zmniejszają ilość receptorów wiążących glikokortykoidy w mózgu – czyli mózg staje się na nie mniej wrażliwy.

Typowa, klasyczna depresja zazwyczaj wiąże się ze zwiększonym wydzielaniem glikokortykoidów. Ale nie każda depresja taka jest. Szacuje się że 60-70% przypadków klasycznej depresji jest zależna od tych hormonów (być może dlatego, że tylko pierwsze epizody są zależne od stresu i glikokortykoidów, a powyżej czwartego już nie, bo z każdym kolejnym epizodem trzeba mniejszej ilości stresu by wywołać chorobę, aż w końcu choroba napędza się sama już ze zwykłego codziennego poziomu stresu), więc z obniżania ilości glikokortykoidów w leczeniu depresji skorzystać może tylko pewna grupa pacjentów/ek. Natomiast depresja atypowa, która polega na większym zahamowaniu, przesypianiu całego dnia, zwiększonym apetycie, związana jest zbyt niskim stężeniem glikokortykoidów we krwi. Z tego wynika, że poziom hormonów stresu ma swoje optymalne natężenie pozwalające nam wydajnie funkcjonować.

Dlaczego tak jest, że w depresji glikokortykoidów jest za dużo?

Osoba chora poddawana jest często stresorom (choćby tym związanym z chorobą jak negatywne myślenie), przez co informacja mówiąca podwzgórzu by wydzielało CRH jest stale przekazywana. A gdy CRH zostaje wydzielone to trudno machinę wydzielania kolejnych substancji zatrzymać. Dlatego system sprzężenia zwrotnego jest bardzo ważny. Okazuje się jednak, że jest on rozregulowany u osób chorych na depresję, przez co nie hamuje wydzielania CRH i ACTH. Osoba chorująca jest stale bombardowana hormonami stresu, które walczą ze stresorem, którego w zasadzie nie ma. Skąd to wiemy? Przeprowadzono badanie, gdzie syntetycznym glikokortykoidem (DST) próbowano zwiększyć ilość krążących we krwi glikokortykoidów i przez to sprawdzić jak u osób chorych na depresję działa sprzężenie zwrotne. U osób zdrowych powoduje to po jakimś czasie spadek ilości glikokortykoidów we krwi, bo mózg ma informację że już wystarczy tej produkcji. A w przypadku osób chorujących na depresję, spadek nie następuje. Dlatego organizm jest tak wymęczony ciągłą wewnętrzną walką (np. brakiem snu, niewłaściwym procesem trawienia pokarmów i przyswajania składników odżywczych, przepalania zgromadzonej w wątrobie i mięśniach energii), że niewiele tej energii zostaje, by sprostać wymaganiom życia codziennego.

Dlaczego osoby chorujące na depresję są tak wrażliwe na stres?

Pewnie zauważyliście, że każdy z nas ma inną odporność na stres. Jednych poruszają naprawdę małe codzienne sprawy takie jak spóźnienie się na autobus, a innych może nie ruszać zwolnienie z pracy. Ciągle staram się podkreślać to, że żeby wystąpiła depresja muszą spotkać się ze sobą czynniki biologiczne (predyspozycja) z czynnikami środowiskowymi (zdarzenie stresogenne).

Żeby wyjaśnić różnice w tym jak wielki bodziec trzeba by wpędzić kogoś w depresję (a tego nie da się i tak przewidzieć) trzeba zacząć od początku, czyli od genetyki (więcej tu: Dlaczego choruję na depresję? Czynniki biologiczne cz. 1 GENETYKA). Jest część osób, które mają inną wersję genu kodującego transporter serotoniny 5-HTTlpr (można sobie wyobrazić, że serotonina aby trafiła tam gdzie powinna musi być przewożona łódką, a jak to na szlakach handlowych bywa są różni przewoźnicy, jedni lepsi inni gorsi). Osoby, które mają krótszą wersję genu są bardziej bezbronne w sytuacji stresu niż osoby, które mają inne wersje. Dlatego u nich reakcja stresowa jest silniejsza i ma większe konsekwencje dla całego układu nerwowego, bo jest w stanie zachwiać transportem serotoniny (a jest to jeden z ważniejszych neuroprzekaźników w genezie depresji). Znaleziono też zależność między doświadczeniem wykorzystywania seksualnego w dzieciństwie, krótką wersją genu a bardzo nasiloną depresją z objawami somatycznymi i lękiem.

Gen COMT (uczestniczy w rozpadzie dopaminy, noradrenaliny i adrenaliny – co ma też pozytywne działanie, bo tych substancji nie może być za dużo) ma wpływ na regulację wydzielania CRH przez podwzgórze.

Jeśli osoby doświadczające w dzieciństwie traumy mają wersję genu MAOA, która tworzy zbyt mało białka unicestwiającego dopaminę, są silniej narażeni na depresję ze względu na to, że mają niższą odporność na stres. Osoby mające inną wersję genu lepiej sobie radzą z tego typu doświadczeniami.

Ciekawym badaniem jest określenie, że istnieje pewna wersja genu kodującego receptor dla CRH (czyli miejsce gdzie przyłącza się substancja produkowana przez podwzgórze zaczynająca kaskadę chemiczną stresu), która może mieć właściwość ochronną przed wystąpieniem depresji w przypadku osób doświadczających urazów w dzieciństwie. Wydaje się to sprzeczne z tym o czym do tej pory pisałam, prawda? No bo przecież jak wydziela się duża ilość glikokortykoidów to jest wyższe ryzyko depresji. Otóż sprzężenie zwrotne działa też w ten sposób, że ogólnie informuje podwzgórze o ilości glikokortykoidów – zarówno jak jest ich za dużo jak i za mało. Gdy jest ich za mało to podwzgórze produkuje więcej CRH po to by lepiej sobie radzić ze stresem, bo właśnie taką funkcję mają glikokortykoidy w naszym organizmie, by nas wspierać w trudnych chwilach a nie wyczerpywać (co więcej, kortyzol jest substancją naturalnie krążącą w naszym krwioobiegu w ciągu dnia, a jego ilość wzrasta nad ranem, tak by nas rano obudzić a obniża się wieczorem i w nocy). Więc, jeśli ktoś ma upośledzoną zdolność wydzielania kortyzolu to podwzgórze nie dowie się o tym, że ma produkować więcej CRH, a to CRH nie przyłączy się do właściwych receptorów. Stąd też wynika, że zbyt mała ilość glikokortykoidów może również przyczyniać się do reakcji depresyjnej, ale innego typu. Co więcej, niektóre doniesienia mówią nawet, że osoby podejmujące próby samobójcze (nieskuteczne, bo to dane z wywiadów) mają CRH, ACTH i glikokortykoidów za mało podczas próby stymulacji syntetycznym glikokortykoidem, a więc ich sprzężenie zwrotne również nie działa tak jak należy, ale nie informuje o tym, że należy produkować więcej.

Jakie są konsekwencje dużej ilości glikokortykoidów?

CRH ma takie tajemnicze właściwości, że na mózg działa hamująco, czego konsekwencją jest mniejszy apetyt, zmniejszone libido, zaburzenia snu i czynności psychomotorycznych, nasilenie objawów lękowych. Nadmiar glikokortykoidów zmienia właściwości i zużywa do swoich celów neuroprzekaźniki kluczowe dla prawidłowego funkcjonowania mózgu i całego organizmu – serotoniny, dopaminy, noradrenaliny. A zaburzenie w wydzielaniu i wychwytywaniu tych neuroprzekaźników jest istotnym czynnikiem wywołującym depresję (o czym pisałam tu: Dlaczego choruję na depresję? Czynniki biologiczne cz. 2 NEUROPRZEKAŹNIKI). Stąd też typowe objawy depresji jak zmęczenie, obniżony nastrój, niezdolność do odczuwania przyjemności, zaburzenia snu i apetytu.

Przeprowadzono badania, z których wynika, że u osób dokonujących skutecznych prób samobójczych w płynie mózgowo rdzeniowym znajdowała się podwyższona ilość glikokortykoidów. Stąd wniosek, że poziom tych substancji może być predyktorem podjęcia próby samobójczej lub szybkiego nawrotu depresji jeśli wystąpiła poprawa.

Większa ilość glikokortykoidów może przyczyniać się do spadku odporności na infekcje oraz do pojawienia się osteoporozy czy chorób serca. Jedną z poważniejszych konsekwencji jest to, że stale wysoka ilość glikokortykoidów niszczy strukturę nerwową hipokampów i kory przedczołowej. Może prowadzić do stopniowego zaniku tych obszarów jeśli depresja jest przewlekła i nieodpowiednio lub wcale nieleczona. A to objawia się trudnościami z pamięcią, kontrolą emocjonalną, logicznym myśleniem – powodując stan pseudodemencji, czyli objawy podobne do tych jakie mają osoby starsze z otępieniem. Jednak są dowody, że skuteczne leczenie depresji, może stopniowo cofać negatywne zmiany w mózgu.


Temat powiązania stresu i depresji to w zasadzie temat rzeka, którego nie sposób omówić w jednym wpisie, a można przygotować z tego rozprawę doktorską. Jedne badania potwierdzają te teorie, inne im przeczą. Jesteśmy coraz bliżej odkrycia tego jak właściwie wygląda depresja i skąd się bierze, ale nadal jest mnóstwo niewiadomych. W każdym razie wniosek z tego wpisu jest następujący: stale utrzymujące się wysokie natężenie stresu lub gigantyczny stresor może tak rozregulować system sterowania wydzielaniem hormonów stresu, że spowoduje to objawy depresyjne, choć każdy ma inną odporność na stres i dla każdego inny poziom stresu wywoła takie skutki. Utrzymujące się wysokie stężenie glikokortykoidów może powodować poważne konsekwencje zarówno na nasz mózg (zmniejszanie się struktur) jak i w całym ciele (osteoporoza, choroby serca, choroby metaboliczne, choroby immunologiczne). A na konsekwencjach psychicznych kładąc duży nacisk podkreślę, że nadmiar stresu może przyczyniać się do tak ciężkiej depresji, która skutkować może próbami samobójczymi.

Stąd też, zachęcam Was bardzo gorąco do tego, by zawczasu zadbać o swój układ nerwowy i endokrynologiczny dając sobie przyzwolenie na odpoczynek, relaks. A kiedy występują życiowe trudności prosić o pomoc i udać się na leczenie.

Pozdrawiam,
Julia!

Bibliografia:

Szczepankiewicz, A. i Leszczyńska-Rodziewicz A. (2010). Geny związane z osią stresu w patogenezie choroby afektywnej jedno- i dwubiegunowej. Psychiatria, 7(2), 61-67. 

Sapolsky, R.M. (2012). Dlaczego zebry nie mają wrzodów. Psychofizjologia stresu. Wydawnictwo Naukowe PWN.

Rajewska-Rager, A. i Rybakowski, J. (2008). Rola stresujących wydarzeń życiowych w patogenezie depresji. Neuropsychiatria i Neuropsychologia, 3(3-4), 147–152.

Co się dzieje w mózgu gdy choruję na depresję?

W ostatnim wpisie Dlaczego choruję na depresję? Czynniki biologiczne cz. 2 NEUROPRZEKAŹNIKI poruszyłam temat zaburzenia wydzielania i wychwytywania neuroprzekaźników w mózgu, jako przyczynę depresji. W tym tekście będę kontynuować temat mózgu, udowadniając Wam, że depresja nie jest chorobą wymyśloną, lecz tak jak inne choroby somatyczne (np. cukrzyca i nieprawidłowe wydzielanie i przetwarzanie insuliny), pojawiają się w niej zaburzenia narządów (np. zaburzenie rytmu i przewodzenia serca tzw. arytmia gdzie system przewodnictwa elektrycznego serca jest nieprawidłowy).

Jeszcze zanim przejdę do tematu, zachęcam do przeczytania najpierw tego wpisu: Emocje jako wewnętrzna energia, czyli o tym, dlaczego nie powinniśmy określać emocji jako negatywne. gdzie opisuje mechanizmy działania emocji w mózgu, bo wiedza stamtąd może pomóc zrozumieć zaburzenia wynikające z epizodu depresji.

Jakie struktury są rozregulowane podczas epizodu depresji?

Trzy grupy struktur jakie nie spełniają swojej funkcji tak jak należy, to:

  • Układ nagrody (trochę o nim wspomniałam pisząc o neuroprzekaźnikach – to te obszary głównie zasilane przez dopaminę)
  • Układ ośrodkowego bólu
  • Układ aktywności psychomotorycznej.
układ nagrody zasilany dopaminą. Za odczuwanie przyjemności odpowiada głównie jądro półleżące oraz przegroda, połączone z prążkowiem, podwzgórzem i korą przedczołową.
Noradrenalina zasila struktury odpowiedzialne za pobudzenie organizmu: emocjonalne ale także ruchowe, w ten sposób człowiek jest w stanie dążyć do nagrody lub unikać kary.

Układ nagrody jest zahamowany, przez co człowiek nie jest w stanie odbierać przyjemności nawet z takich czynności, które biologicznie tą przyjemność dają – jedzenie, seks. W miejsce przewidywania przyjemności i sukcesu pojawia się przewidywanie porażki i pustki. A jakie dokładnie są to struktury? Te miejsca gdzie wydzielana jest dopamina i noradrenalina w pniu mózgu oraz unerwiane przez komórki dopaminergiczne i noradrenergiczne struktury przodomózgowia (podwzgórze, jądra przegrody, brzuszne prążkowie). Układ nagrody w kontekście depresji został już dość dobrze przebadany i wiemy na przykład, że u osób chorych na depresję pośmiertnie odkryto zmniejszone tworzenie się białek budujących jądra półleżące.

Mechanizm bólu ośrodkowego to takie miejsce, gdzie przetwarzana jest informacja o tym, że coś jest dla nas nieprzyjemne, wstrętne, bolesne, brzydkie, zagrażające itd. jak nie trudno się domyślić, układ ten w trakcie epizodu depresji jest aktywowany. Skutkiem tego, jest interpretowanie neutralnych bodźców jako nieprzyjemne lub zagrażające. To stąd najprawdopodobniej tendencja do katastrofizacji, przejmowania się czymś, czym byśmy się normalnie nie przejmowali oraz postrzeganie siebie jako osoby winnej, gorszej, niewystarczającej, niegodnej życia, zhańbionej, odpychającej itd. Gdzie znajduje się ten tajemniczy ośrodek? Jest kilka struktur współpracujących ze sobą w tym zakresie: nakrywka śródmózgowia, istota szara okołowodociągowa i przykomorowe, przednie obszary wzgórza. Naukowcy się sprzeczają, czy jest sens wydzielać te struktury jako osobny układ, gdyż w dużej mierze wchodzą one w skład mechanizmu lęku.

Prążkowie odpowiedzialne jest nie tylko za odczuwanie przyjemności (dokładnie jądro półleżące) ale także za aktywność psychomotoryczną (jądro ogoniaste). Te struktury są bardzo powiązane z korą czołową, w której znajdują się ośrodki programujące wykonywanie przez nas ruchów. Kiedy prążkowie jest dysfunkcjonalne z jakiegoś powodu (m.in. za mało neuroprzekaźników, uszkodzenie komórek nerwowych) mamy problem z motywacją do działania, szybkością przetwarzania informacji związanej z ruchem, myślenia, mówienia, poruszania się, poprawnym wykorzystywaniem mowy niewerbalnej (gesty, mimika) oraz obniżonym poziomem energii. W skrajnym przypadku może się to objawiać osłupieniem depresyjnym, czyli takim stanem kiedy osoba siedzi, nie wydaje dźwięków, nie rusza się, ma zachowane wszystkie czynności życiowe ale patrzy bezwiednie w jeden punkt i pozostaje bez kontaktu z otoczeniem. Aby doszło do takiego stanu, gdzie depresja jest ciężka rozregulowane są nie tylko jądra podstawy i kora czołowa, ale także wzgórze (pobieranie informacji zmysłowych) i móżdżek (funkcje ruchowe).

Do tego należy jeszcze zaznaczyć rozregulowanie funkcji poznawczych kory przedczołowej. Nie do końca wiadomo czy jest to przyczyna czy skutek depresji, ale są zauważalne znaczne zaburzenia metabolizmu glukozy właśnie w tym rejonie mózgu.

Co się dokładnie dzieje kiedy mózg jest rozregulowany?

Generalnie gdyby ująć jedną nazwą większość ośrodków mózgowych, które działają nieprawidłowo w czasie depresji byłby to układ limbiczny.

https://docplayer.pl/85261476-Neuroanatomia-anatomia-mozdzku-i-kresomozgowia-jadra-podstawy-uklad-limbiczny-dr-marek-binder.html

Jest to duży zespół struktur, w którym właśnie zawierają się jądra podstawy (wchodzące w skład układu nagrody i te odpowiedzialne za psychomotorykę), kora przedczołowa wraz z zakrętem obręczy (część kory mózgowej odpowiedzialnej za regulację emocji i ich interpretację), ciała migdałowate, hipokampy, podwzgórze, okolice węchowe , wyspa (odpowiedzialna za przetwarzanie smaku, reakcję wstrętu a także odbieranie informacji z wnętrza ciała, jak np. ruchy perystaltyczne jelit, czy ułożenie własnego ciała w przestrzeni bez użycia wzroku). Układ limbiczny skupia naprawdę dużo struktur pełniących wiele funkcji ale można z tego wyciągnąć wspólny mianownik – każda struktura w jakiś sposób jest związana z emocjami, szczególnie nieprzyjemnymi jak lęk (ciała migdałowate, opuszka węchowa, wzgórze, podwzgórze, kora przedczołowa) a także uczeniem się na własnych doświadczeniach czy pamięcią.

Gdy układ limbiczny nie działa poprawnie w przypadku depresji może to powodować:

  • Trudności w kojarzeniu informacji płynących z różnych zmysłów w jedną informację. Osoba może nie do końca wiedzieć co się dzieje wokół i niepoprawnie interpretować zdarzenia. To może przyczyniać się do trudności w kontaktach z innymi ludźmi i naruszania norm społecznych.
  • Kiedy zaburzone jest przekazywanie informacji z i do kory przedczołowej, generalnie odpowiedzialnej za myślenie, pojawiać się mogą dziwaczne przekonania i zachowania na ich podstawie, np. branie wszystkiego do siebie i obrażanie się.
  • Kiedy pamięć (w tym pamięć zdarzeń emocjonalnych) i kojarzenie faktów działa nieprawidłowo, może być tak, że osoba nie reaguje emocjonalnie tak jak powinna, utrzymuje nienaturalnie niski nastrój przez większość czasu, nawet jak okoliczności są pozytywne i nie jest w stanie przypomnieć sobie lepszych momentów swojego życia, ponadto może wypaczać te sytuacje, które miały już miejsce, twierdząc, że były one nacechowane negatywnie.

Jakie jeszcze zmiany są obserwowane w budowie mózgu?

Okazuje się że część osób cierpiących na depresję ma zmniejszoną objętość kory przedczołowej, która odpowiedzialna jest za myślenie, pamięć roboczą (np. utrzymywanie w głowie cyfr które mamy zapamiętać), planowanie działań i rozważanie ich konsekwencji, hamowanie reakcji emocjonalnych.

Zmniejszone o około 10% mogą być także hipokampy, czyli struktury odpowiedzialne przede wszystkim za proces pamięci długotrwałej (czyli np. pamiętania tego o czym się uczymy, co się zdarzyło dawno temu i jakie były tego okoliczności i konsekwencje) oraz wspomaganie orientacji przestrzennej i procesów uczenia się a także filtrowania sygnałów odbieranych przez nas ze środowiska. Zmniejszenie to jest wynikiem obumarcia neuronów (najczęściej pod wpływem bardzo stresujących wydarzeń i działania tzw. hormonów stresu), ale są dowody na to, że komórki nerwowe mogą się w tym miejscu odradzać po ustaniu stresorów i podjęciu odpowiedniego leczenia. Niestety ilość epizodów depresji może korelować z pogłębianiem się utraty komórek hipokampa.

Mniejszą objętość o około 15% ma także opuszka węchowa, odpowiedzialna oczywiście za zmysł węchu. Interesujące jest to, że zaburzenia węchu i zmniejszenie ilości komórek nerwowych w tym miejscu poprzedza wystąpienie objawów chorób neurodegeneracyjnych, do których depresja jest również zaliczana, zwłaszcza endogenna (niewiadomego pochodzenia) i wieku starczego. Jest to spowodowane najprawdopodobniej zahamowaniem neurogenezy (proces tworzenia nowych komórek nerwowych), wyjaśniałoby to też zmniejszenie ilości komórek hipokampa, bo w obu tych miejscach w ciągu życia człowieka tworzą się nowe komórki mózgu.

Powiększeniu natomiast ulegają ciała migdałowate odpowiedzialne za reagowanie lękiem. Są to małe jądra bogato unerwione z podwzgórzem (stymulowanie do wydzielania wielu substancji), układem węchowym (ewolucyjna informacja o zagrożeniu – „jak coś śmierdzi to trzeba się od tego trzymać z daleka”), wzgórzem (odbierającym różne bodźce zmysłowe oprócz węchu), hipokampem oraz korą mózgową (przetwarzanie informacji, myślenie, reagowanie itd.).

Co ciekawe powiększone mogą być też jądra półleżące (przypominam: odpowiedzialne za odczuwanie przyjemności), ale nie do końca wiadomo dlaczego tak może być. Może to u osób, które miały niewykrytą chorobę dwubiegunową? Albo dodatkowo uzależnionych od substancji (leków, alkoholu, narkotyków) lub behawioralnie (komputer, Internet, seks, hazard)? To tylko moje przypuszczenia 😉

Jak to się dzieje, że te struktury są większe lub mniejsze niż być powinny?

Prawdopodobnie jest to wynik zmniejszonej lub zwiększonej ilości białek w tych miejscach, ale także lipidów, gdyż okazuje się, że mózg jest jednym z narządów, którego głównym składnikiem są właśnie lipidy, będące budulcem błon komórkowych neuronów (odpowiadają za to, by nic nieproszonego nie dostało się do układu nerwowego) i transporterami informacji między komórkami. I właśnie brak równowagi w metabolizmie tłuszczów jest skorelowany z zaburzeniami depresyjnymi. Należy uważać na złogi cholesterolu i zbyt wysoki poziom trójglicerydów, a zasilać mózg w nienasycone kwasy tłuszczowe 😉

Ale uwaga! To że ktoś chorujący na depresję ma zmniejszone lub powiększone struktury, nie mówi nam o tym, czy jest to przyczyna czy skutek choroby, po prostu możemy powiedzieć, że tym charakteryzuje się jego mózg.


Podsumowując, znaleziono wiele dowodów na to, że mózg osoby chorującej na depresję różni się zarówno w pełnionych funkcjach (przekazywanie informacji między ośrodkami) jak i w budowie (większe lub mniejsze struktury). Zmiany te dotyczą najczęściej takich miejsc, które odpowiadają za emocjonalne przetwarzanie bodźców a także procesy myślenia, pamięci, uczenia się i wykonywania czynności. To wyjaśnia dlaczego depresji przypisywane są właśnie takie objawy jak: obniżony nastrój, niemożność odczuwania przyjemności, zmniejszona ilość energii, pobudzenie lub zahamowanie psychoruchowe, obecność niskiej samooceny i myśli samobójcze (O objawach depresji napisałam tu: Objawy depresji. Jak ją rozpoznać?). Dodatkowo przez to, że w trakcie epizodu depresji nieprawidłowo działa aż tyle różnych struktur, które są bogato ze sobą połączone, dochodzą do tego jeszcze objawy związane z fizycznymi dolegliwościami – zaburzenia apetytu, snu, seksualne (nieprawidłowo działające podwzgórze), ataki niepokoju i lękowe (ciała migdałowate). I co warte podkreślenia – przez to, że tak dużo obszarów mózgu jest zaangażowanych w objawy depresyjne, każda osoba może chorować w trochę inny sposób, bo jedna struktura jest pogorszona ale inne jeszcze w miarę dobrze pracują i każdy z nas może mieć trochę inne „najsłabsze ogniwo” w mózgu potęgujące trudności psychiczne (np. ktoś ma większe problemy ze skontrolowaniem emocji, a ktoś inny z wykonywaniem czynności bo jest ciągle przemęczony). Warto również wiedzieć, że jak rozregulowanie pojawi się w jednej części mózgu, kolejna połączona z nią również działa nieprawidłowo, stąd postępujący charakter depresji gdy jest nieleczona. Na szczęście są sposoby, by ograniczać te trudności i przywracać równowagę neuronalną, poprzez leki, psychoterapię, zmianę stylu życia.

Jeśli jakieś kwestie są dla Was niejasne, coś wymaga uzupełnienia piszcie w komentarzach 😉 Zdaję sobie sprawę, że te wszystkie nazwy mogą być zawiłe i jest ich po prostu dużo. Dajcie również znać, czy wpis jest dla Was w jakiś sposób pomocny, czy wyjaśnia dlaczego w depresji pojawiają się takie, a nie inne objawy, że nie jest to tak sobie tylko napisane w kryterium diagnostycznym choroby, tylko wynika z wielu badań układu nerwowego?

Pozdrawiam,
Julia!

Bibliografia:

Depciuch, J. (2016). Rola Struktur Mózgowych W Rozwoju Depresji W: M. Kuczera i K. Piech. Zagadnienia Aktualnie Poruszane Przez Młodych Naukowców. Creativetime.

Górska, T., Grabowska, A. i Zagrodzka, J.(red.). (1997). Mózg a zachowanie. Wydawnictwo Naukowe PWN.

Pels, K.K. (2020). O Molekularnej Patogenezie Stresu I Depresji. Kosmos problemy nauk biologicznych, 69(1), 169-183.

Sadowski, B. (2001). Biologiczne mechanizmy zachowania się ludzi i zwierząt. Wydawnictwo Naukowe PWN.

Dlaczego choruję na depresję? Czynniki biologiczne cz. 2 NEUROPRZEKAŹNIKI

laboratory-2815641_1920

W poprzedniej części opisałam jakie są naukowe przesłanki za tym, że depresja ma dość duże podłoże genetyczne, zarówno jeśli chodzi o dziedziczenie jak i zaburzenia w ekspresji genów. Jeśli nie widziałeś_aś wpisu możesz go przeczytać tu: Dlaczego choruję na depresję? Czynniki biologiczne cz. 1 GENETYKA

Skoro napisałam tam, że są osoby które nie mają chorujących bliskich krewnych i depresja ma biologiczne podłoże, to co w takim razie jeszcze mogło przyczynić się u nich do zachorowania? Odpowiedź tkwi w budowie i funkcjonowaniu układu nerwowego.

Jak działa układ nerwowy?

Układ nerwowy przekazuje sobie informacje zarówno przez przewodnictwo elektryczne jak i chemiczne. To chemiczne przekazywanie informacji w rozwoju chorób psychicznych jest kluczowe dla zrozumienia chorób psychicznych. W zakończeniach nerwowych wydzielane są specjalne substancje nazywane neuroprzekaźnikami lub neurotransmiterami. Takich substancji jest mnóstwo w naszym układzie nerwowym. Każda z nich dostaje się do szczeliny synaptycznej, czyli malusieńkiej przestrzeni między jednym nerwem a drugim. W drugim nerwie znajdują się odpowiadające tym substancjom receptory, do których się one przyczepiają, by w ten sposób przekazać odpowiednie pobudzenie kolejnemu nerwowi. Jednak aby układ nerwowy funkcjonował prawidłowo jest takie zjawisko jak sprzężenie zwrotne. Chodzi o to, że układ nerwowy musi wiedzieć czy jeszcze produkować neuroprzekaźniki czy już wystarczy. Jeśli kolejny nerw nie jest w stanie wyłapać tych substancji w odpowiednim czasie, wracają one z powrotem tam skąd zostały wydzielone i jest to sygnał dla nerwu, że nie musi już produkować tych neuroprzekaźników więcej. To wchłanianie nazywa się wychwytem zwrotnym. Kiedy neuroprzekaźnik zostanie wchłonięty z powrotem zajmuje się nim monoaminooksydaza (MAO) rozkładając go na czynniki nieaktywne.

CCI20200818

W rozwoju depresji szczególne znaczenie mają trzy neuroprzekaźniki należące do grupy monoamin: serotonina, noradrenalina i dopamina. Oddziałują one w mózgu, ale nie tylko. Mają one ogromne znaczenie w funkcjonowaniu organizmu, gdyż szlaki serotoninergiczne, dopaminergiczne i noradrenergiczne oplatają niemal cały mózg. Szczególnie oddziałują na poziom energii, nastrój, procesy poznawcze, potrzeby fizjologiczne (np. sen, apetyt).

SEROTONINA

Jest uważana za najważniejszą substancję związaną z depresją (nazywa się ją substancją szczęścia), choć jej działanie wpływa na cały organizm nie tylko na nastrój, np. ruchy perystaltyczne jelit i odruch wymiotny, proces krzepnięcia krwi. Za co odpowiada serotonina skoro ma aż tak duże znaczenie w depresji? Za regulację snu, apetytu i nastroju; ma właściwości redukujące niepokój, lęk i dzięki niej odczuwamy przyjemne emocje.

Osoby, które chorują na depresję mają zmniejszoną ilość tryptofanu w osoczu krwi, czyli substancji z której organizm jest w stanie wytworzyć serotoninę. Czyli można z tego wyciągnąć informację, że jest coś nie tak z procesem syntetyzowania tego neuroprzekaźnika, najprawdopodobniej w błonie śluzowej jelit, bo tam tworzy się największa jego ilość. Inne miejsca to mózg (jądra szwu i szyszynka) oraz trombocyty (płytki krwi). Ilość tryptofanu może być zmniejszana przez organizm, który zmaga się ze stanem zapalnym, miażdżycą, endometriozą, chorobami autoimmunologicznymi (np. reumatoidalnym zapaleniem stawów, stwardnieniem rozsianym).

Ale to nie wszystko, bo to, że serotonina (czy inne neuroprzekaźniki) nie działa na dany organizm może wynikać z zaburzonego wydzielania i wchłaniania w układzie nerwowym. Może się to wynikać z nieprawidłowej budowy receptorów i transporterów co jest związane ze zmianami genetycznymi – ekspresja genu i białka budującego receptor jest zaburzona. Co ciekawe są przesłanki, że odpowiednia stymulacja receptorów serotoniny w okresie poporodowym u dziecka może zmienić tą ekspresję i sprzyjać wbudowaniu receptorów tam gdzie ich brakuje. Osoby chore na depresję (choć chorzy na lęk napadowy, padaczkę skroniową również, być może dlatego depresja współwystępuje z tymi chorobami) mają zmniejszoną ilość receptorów serotoniny w zakończeniu nerwu, który ma informację nerwową odbierać. Z tym związany jest także zbyt silny mechanizm wychwytu zwrotnego (za dużo autoreceptorów) i przyspieszonym działaniem MAO rozkładającym neuroprzekaźniki. Te procesy dotyczą nie tylko serotoniny, ale także noradrenaliny i dopaminy.

Na tego typu zaburzenia związane z wydzielaniem i transportowaniem serotoniny najbardziej narażone są obszary mózgu odpowiedzialne za przetwarzanie emocji a także związane z planowaniem ruchów ciała (wykonywaniem konkretnych czynności) w tym także planowaniem prób samobójczych. Skąd wiadomo że to serotonina jest główną substancją, której niedobór odpowiada za objawy depresyjne? Przeprowadzono serię eksperymentów, podczas których sztucznie obniżano poziom serotoniny w organizmie ochotników (poprzez dietę ubogą w tryptofan). Były to osoby z obciążeniem genetycznym, będące w remisji (osoby które chorowały ale nie przejawiają obecnie objawów) oraz zdrowe bez obciążenia. Okazało się, że osoby z obciążeniem genetycznym i w trakcie remisji przejawiali charakterystyczne objawy takie jak funkcjonowanie pamięci zgodne z nastrojem (przygnębieni przypominali sobie więcej negatywnych wspomnień), zmienione zachowania związane z dążeniem do nagrody, osłabienie funkcjonowania pamięci, zmniejszenie reakcji na bodźce pozytywne i trudności z hamowaniem reakcji emocjonalnych.

Katecholaminy: noradrenalina i dopamina

Noradrenalina i dopamina należą do tej samej grupy neuroprzekaźników wytwarzanych z tyrozyny przyjmowanej wraz z pożywieniem (należy do niej również adrenalina). W eksperymentach polegających na podawaniu substancji hamującej produkcję katecholamin z tyrozyny (AMPT) odkryto, że pogarsza on funkcjonowanie osób leczonych za pomocą antydepresantów cofając efekty, natomiast nie pogarsza funkcjonowania zdrowych (niepodatnych na depresję) a także osób chorych lecz nie poddawanych leczeniu. Interpretuje się to tak, że poziom katecholamin jest już tak niski, że nie da się go bardziej obniżyć (efekt sufitu). Natomiast osoby będące w remisji poddane takiemu eksperymentowi przejawiały nawrót depresji. Ta grupa substancji jest najmniej przebadana w kontekście depresji.

Noradrenalina, inaczej norepinefryna, głównie wydzielana jest w rdzeniu nadnerczy i pniu mózgu (miejsce sinawe). Ten neuroprzekaźnik odgrywa bardzo dużą rolę w funkcjach motorycznych (wykonywanie czynności) i sensorycznych (odbieranie informacji zmysłowych) a także w reakcji stresowej wprowadzając organizm w stan pobudzenia. Działanie noradrenaliny w mózgu polega na utrzymywaniu odpowiedniego poziomu czujności, uwagi i aktywności organizmu, wspomaganiu procesów pamięciowych i uczenia się, przetwarzaniu informacji zmysłowych (w tym bólowych). Zmniejszona ilość może obniżać te funkcje, natomiast nadmierna ilość może powodować objawy lękowe. Skąd wiadomo że noradrenalina wiąże się z depresją? Pacjenci z depresją mają mniej receptorów właśnie w miejscu sinawym, a osoby które popełniły samobójstwo z powodu depresji miały mniej komórek nerwowych w miejscu sinawym, czyli wydzielanie noradrenaliny mogło być u nich znacznie zmniejszone.

Dopamina jest główną „siłą napędową” układu nagrody w mózgu. Odpowiada więc za odczuwanie przyjemności, motywację, analizowanie sytuacji pod kątem otrzymania zysku emocjonalnego. Dopamina także zasila koncentrację uwagi, osądzanie sytuacji, przewidywanie i planowanie zachowań. Zahamowanie tego układu powoduje zobojętnienie i utratę inicjatywy, motywacji. Pacjenci z depresją mają mniej receptorów właśnie w strukturach mózgu wchodzących w skład układu nagrody. Ponadto odkryto, że w płynie mózgowo rdzeniowym i osoczu krwi mają mało metabolitów dopaminy. Zmniejszona ilość dopaminy często wiąże się z rozwojem Choroby Parkinsona i około połowa osób, u których rozwinęły się charakterystyczne zaburzenia związane z poruszaniem się wcześniej przejawiały objawy depresyjne. To pokazuje, że depresja może być związana również z poziomem dopaminy.

Nierównowaga GABA i glutaminianu

GABA (kwas gamma-aminomasłowy) jest substancją hamującą, wyciszającą pracę całego układu nerwowego, powodującą rozluźnienie mięśni. Osoby z ostrą depresją mogą mieć zmniejszoną ilość GABA w korze przedczołowej (związanej z procesami myślenia, regulowania emocji) oraz potylicznej (przetwarzanie zmysłowe). Wyjaśnia się to działaniem ostrego stresu.

Glutaminian jest neuroprzekaźnikiem pobudzającym w całym układzie nerwowym, nie tylko w mózgu. Okazuje się że podanie substancji, która zmniejsza ilość glutaminianu osobom, które są oporne na klasyczne leczenie depresji, stosunkowo szybko poprawia ich funkcjonowanie. Także badania pośmiertne pokazują, że część osób chorych na depresję mają nieprawidłowo działające receptory glutaminianu.


Właśnie na podstawie obserwacji związku między poziomem neuroprzekaźników a objawami depresji stworzono leki o działaniu antydepresyjnym, które wspomagają działanie serotoniny, czasem również noradrenaliny czy dopaminy. Co warte podkreślenia na koniec, nie jest tak, że każda osoba chora ma zaburzone wydzielanie i wychwytywanie neuroprzekaźników. Może być tak, że jedni mają zbyt mało serotoniny, inni serotoniny i noradrenaliny, inni serotoniny i GABA. Dlatego bez dokładnego wywiadu z lekarzem, trudno zgadnąć co komu dolega. To właśnie psychiatra_ka na podstawie objawów pacjenta_ki jest w stanie z dużym prawdopodobieństwem określić, jakie leki będą w stanie mu/jej pomóc.

Można powiedzieć, że depresja jest chorobą mózgu spowodowaną nierównowagą chemiczną, a nie widzimisię słabeuszy, którym nie chce się przejąć odpowiedzialności za własne życie. Mam nadzieję, że przekonałam Was do tego stanowiska 😉

Inne wpisy o depresji znajdziecie tu: https://psychoinspiracja.pl/tag/depresja/

Pozdrawiam,
Julia!

Bibliografia:

Beszczyńska. B. (2007). Molekularne podstawy zaburzeń psychicznych wywołanych stresem. Postępy Higieny i Medycyny Doświadczalnej, 61, 690-701.

Hasler. G. (2010). Pathophysiology of depression: Do we have any solid evidence of interest to clinicians? World Psychiatry, 9(3), 155–161.

Hasler. G., Drevets. W.C., Manji. H.K. i Charney D.S. (2004). Discovering Endophenotypes for Major Depression. Neuropsychopharmacology, 29, 1765–1781.

Kalat. J.W. (2006). Biologiczne podstawy zachowania. Wydawnictwo Naukowe PWN.

Pels. K.K. (2020) O Molekularnej Patogenezie Stresu I Depresji. Kosmos problemy nauk biologicznych, 69(1), 169-183.

Dlaczego choruję na depresję? Czynniki biologiczne cz. 1 GENETYKA

dna-1500076_1920

Jak każdy chorobowy stan, depresja nie bierze się znikąd. Przyczyny mogą być przeróżne, ale najogólniej rzecz biorąc (tak jak w przypadku niemal każdej choroby) muszą się spotkać czynniki biologiczne (geny, budowa i funkcjonowanie układu nerwowego, inne choroby) z psychologicznymi (osobowość, style radzenia sobie, mechanizmy obronne itd.) i środowiskowymi (wychowanie, wpływ rówieśniczy, presja społeczna). Nauka mówi, że bez wątpienia jest to choroba, która ma podłoże biologiczne. Wskazuje na to:

  • Objawy obejmują zmiany fizyczne (sen, apetyt, poziom energii).
  • Depresja występuje u bliskich krewnych, więc są przesłanki, że predyspozycja może być dziedziczona.
  • Skuteczne w jej leczeniu są antydepresanty wykorzystujące biologiczne mechanizmy mózgowe.
  • Leki stosowane w leczeniu innych chorób, urazy i choroby mózgu, mogą wywoływać objawy depresyjne. Tak samo inne choroby ciała mogą wiązać się z zachorowaniem na depresję przez biologiczne czynniki, np. cytokiny prozapalne w chorobach autoimmunologicznych.
  • Odkryto zaburzenia w funkcjonowaniu i strukturze mózgu osób chorujących.

Przytoczę więc różne teorie i dowody empiryczne, by pomóc Wam (i sobie) dowiedzieć się, skąd bierze się depresja, dlaczego jedni chorują a inni nie. Cykl na temat przyczyn depresji zacznę od czynników genetycznych. Wpis jest dość długi i naszpikowany nauką, dlatego zamiast go wyłączyć przeskrolowując kilka linijek następnego podrozdziału uznając, że nic nie rozumiesz i nie masz czasu się zagłębiać (rozumiem i szanuję 😉 ) przejdź do podsumowania na końcu.

Czynniki genetyczne

Czy depresję można odziedziczyć?

Depresja może występować rodzinnie, choć nie do końca wiadomo, czy jest to wynik dziedziczenia czy wyuczenia pewnych sposobów reagowania i wpływu specyficznego, dysfunkcjonalnego środowiska rodzinnego (zapewne i jedno i drugie). Niemniej wyniki badań w paradygmacie rodzinnym, polegające na uzyskaniu informacji o chorobach i objawach chorób występujących w rodzinie chorego z rozpoznaniem depresji pokazują, że częstość występowania u krewnych pierwszego stopnia (rodzice-dzieci, rodzeństwo) waha się między 7 a 30% i jest to większy odsetek niż w ogólnej populacji (średnio 8-12%, ale to zależy od tego jaką grupę społeczną zbadamy: czy osoby starsze, młodych dorosłych czy dzieci, czy osoby mieszkające w jakimś konkretnym państwie, więc co badanie to inny wynik). 50-80% dzieci chorych na depresję rodziców przejawia podobne zaburzenie, a mogą się u nich pojawiać też innego rodzaju trudności natury psychicznej, np. zaburzenia lękowe, zachowania.

Nie do końca wiadomo w jakim stopniu za to czy dzieci mają trudności psychiczne odpowiada dziedziczenie. Aby zbliżyć się do odpowiedzi na to pytanie, przeprowadza się inny rodzaj badań – badania nad bliźniętami. Rodzeństwo tzw. jednojajowe (monozygotyczne) ma 100% takich samych genów, gdzie bliźniaki tzw. dwujajowe (dyzygotyczne) i „zwykłe” rodzeństwo mają około 50% takich samych genów. Zakłada się, że dzieci wychowywane razem (tak jak bliźniaki) są poddawane takim samym metodom wychowawczym i sytuacjom rodzinnym na tym samym etapie rozwoju, a więc doświadczenia wspólne nie powinny mieć dużego znaczenia wśród nich w zróżnicowaniu zachorowania na depresję. Próbuje się więc z tego wyłuskać na ile za depresję odpowiadają czynniki genetyczne a na ile osobiste doświadczenia, które dotyczą każdego dziecka z pary bliźniaczej z osobna (np. inne sytuacje życiowe w czasie dorastania i w dorosłości).

Badacze określili, że wśród bliźniaków monozygotycznych za 46% zachorowalności na depresję utrzymującą się przez całe życie (nazywaną depresją endogenną i uważaną za najbardziej biologiczną postać depresji) odpowiadają czynniki genetyczne, a wśród dyzygotycznych 20%. W innych badaniach porównanie udziału czynnika genetycznego w przypadku wystąpienia pojedynczego epizodu depresji między tymi dwoma typami bliźniaków to 48% (bliźniaki monozygotyczne) vs. 42% (bliźniaki dyzygotyczne). To wciąż nie są idealne badania, bo nie wiadomo czy nie jest tak, że za tak wysoką zachorowalność odpowiadają wspólne doświadczenia patologicznego wychowania i środowiska psychospołecznego.

Kiedy przeanalizuje się dane z badań nad rodzinami i nad bliźniakami oszacowanie czynnika genetycznego w depresji wynosi około 36-37%. Inne źródła podają, że wskaźnik odziedziczalności to 33-44%.

Czy nie można wykryć genu odpowiadającego za depresję?

A no nie jest to takie łatwe… Depresja jest dość różnorodną chorobą (np. depresja sezonowa, poporodowa, atypowa, z przeważającym lękiem, z objawami psychotycznymi, z objawami somatyzacyjnymi, w przebiegu chorób somatycznych, potraumatyczna, popsychotyczna itd.) ponadto każda osoba przechodzi ją inaczej, każdy epizod może być inny nawet u tej samej osoby. Nie wiadomo więc do końca gdzie w DNA szukać genów związanych ze skłonnościami do depresji. Dodatkowo sprawę utrudnia to, że wzorce depresji nie dostosowują się do klasycznych wzorców dziedziczenia mendlowskiego. Bardzo trudno odróżnić czy depresja u danej osoby jest tą związaną bardziej z biologią czy bardziej z doświadczeniami (np. depresja jako wynik przedłużonego procesu żałoby co bardziej klasyfikowane jest jako zaburzenie adaptacyjne, a granica między tym zaburzeniem a depresją nie jest całkowicie jasna dla diagnostów), więc trudno pozyskać do badań genetycznych osoby rzeczywiście chorujące na depresję. Co więcej, inne choroby również objawiają się początkowo depresją (np. schizofrenia), więc mogą być mylnie zakwalifikowane do badań genetycznych w grupie chorych na depresję, a tak naprawdę na nią nie chorują. I tak samo osoby, które są zakwalifikowane do grupy kontrolnej, czyli uważani za zdrowych mogą nie mieć jeszcze depresji, co nie oznacza, że nie mają do niej skłonności i nie zachorują w stosunkowo niedługim czasie przy wystąpieniu innych czynników. I co jeszcze ciekawe, depresja jest tak powszechną chorobą, że genetykom trudno znaleźć między ludźmi różnice, bo nie do końca wiadomo czy różnica znaleziona u konkretnej grupy ludzi (bardzo dużej ze względu na to, że dużo osób choruje) jest normą czy raczej patologią. Jedno jest pewne – nie ma konkretnego genu (ani zestawu genów) odpowiadającego za wystąpienie, czyli nie jest to choroba typowo genetyczna, w sensie: ktoś kto ma jakiś wariant genu, albo ma jakieś określone zestawienie chromosomów, będzie na bank chory.

Ale pewne predyspozycje genetyczne są już odkryte. Osoby z krótszą wersją genu kodującego transporter serotoniny są bardziej podatne na depresję. Jednocześnie charakteryzują się silniejszą biologiczną reaktywnością na stres. Te osoby są także bardziej skłonne do agresji. Warto tu podkreślić słowo podatne, bo to, że ktoś ma taką krótszą wersję genu nie oznacza, że zachoruje.

Najnowsze badania genetyczne odkryły też ciekawą zależność. Osoby chore na depresję nawracającą w porównaniu do osób zdrowych charakteryzują się obniżoną ekspresją genu i mniejszą ilością białka (DVL3) odpowiedzialnego za proliferację czyli rozmnażanie się komórek organizmu (w tym komórek układu nerwowego). Białko to u zwierząt odpowiada także za procesy pamięciowe, regulację interakcji społecznych i nastroju. Niektóre badania wskazują jednak, że w trakcie epizodu depresji dochodzi do zwiększenia ekspresji tego genu. W każdym razie, możemy założyć, że coś z procesem tworzenia białka stymulującego wzrost i życie komórek jest nie do końca tak jak być powinno.

Przebadano również geny odpowiadające za produkcję białek związanych z osią podwzgórze-przysadka-nadnercza (oś HPA), czyli reakcją stresową. Okazuje się, że są pewne polimorfizmy (zróżnicowanie pod względem genów między ludźmi) w obrębie genów kodujących białka receptorów kortykoliberyny, wazopresyny, glikokortykosteroidowych (receptor to miejsce w układzie nerwowym gdzie przyłącza się cząsteczka neuroprzekaźnika przesyłającego informację nerwową, a te trudne nazwy to bardzo ogólnie mówiąc tzw. „hormony stresu”) oraz immunofiliny (białka regulujące działanie osi HPA) związane są z występowaniem depresji. Dodatkowo znaleziono także różnice w genie TOX2 zaangażowanym w układ podwzgórze-przysadka-gonady (jajniki lub jądra).

Różnice pomiędzy ludźmi chorującymi na depresję nawracającą a zdrowymi znaleziono także w obrębie genu LHPP, którego uszkodzenie lub obniżenie ekspresji może prowadzić do zaburzeń w produkowaniu przez organizm ATP czyli cząsteczek przenoszących w naszym organizmie energię. Może dlatego osoby chorujące na depresję mają zmniejszoną ilość energii, motywacji i spowolnienie psychoruchowe?

Inne miejsca w ludzkim genomie związane z depresją to:

  • gen SRT1 programujący procesy starzenia i wyciszenie pewnych genów, by nie przekazywać szkodliwych mutacji dalej.
  • Gen OLFM biorący udział w procesie apoptozy, czyli umieraniu komórek, przez co może mieć działanie sprzyjające nowotworom, szczególnie okrężnicy.
  • Gen FHIT odpowiedzialny za hamowanie niekontrolowanej proliferacji. Czyli też może brać udział w chorobach nowotworowych przełyku, żołądka, okrężnicy, płuc i piersi.
  • Gen NEGR1 i gen LRFN5, których białka odpowiadają za połączenia między komórkami w mózgu poprzez wzrost aksonów, LRFN szczególnie w hipokampie (struktura mózgu odpowiedzialna za procesy uczenia się i pamięci).
  • Gen RBFOX1 ma bardzo duże znaczenie w zapewnianiu stabilności mRNA (czyli najprościej mówiąc takiej nici informacji genetycznej, z której potem powstaną namacalne białka do wykorzystania przez organizm) oraz regulowania ataksyny, czyli białka powodującego choroby neurodegeneracyjne.

To co warto wiedzieć, to fakt, że jest to tylko porównanie budowy DNA osób zdrowych vs. chorych, czyli nie wiemy jaki jest kierunek zależności. Czy najpierw było zaburzenie w genach a potem w konsekwencji choroba, czy to wystąpienie choroby i stres zmieniły ekspresję genów a przez to produkcję białek. Obie wersje są równie prawdopodobne.

W genetyce oprócz badania konkretnych „miejsc” w chromosomach człowieka (w uproszczeniu tam gdzie znajdują się poszczególne geny) bada się także cały genom, czyli ogólną informację genetyczną, na tej podstawie oszacowano, że genetyczna komponenta depresji to co najmniej 32%.

Czy to, że ktoś w mojej rodzinie choruje to znaczy, że ja też zachoruję?

Aby choroba wystąpiła konieczne jest zderzenie się takiej podatności genetycznej z czynnikami środowiskowymi. To również zostało zbadane. Kobiety dla których określono, że mogą mieć genetyczną podatność i były wystawione na stresujące wydarzenia częściej chorowały, niż kobiety, które nie były zakwalifikowane do grupy o wysokiej podatności a również doświadczały dużego poziomu stresu. Zostało to również wielokrotnie potwierdzone zgodnie z teorią podatności-odporności na stres. Wynika z tego, że pewne osoby są bardziej predysponowane do wystąpienia choroby przy sprzyjających ku temu okolicznościach – w ich życiu pojawi się duży lub przewlekły stresor. Jeśli w Twojej najbliższej rodzinie, ktoś choruje/chorował na depresję, staraj się o siebie dbać – zachowuj równowagę między pracą a odpoczynkiem, wdróż w swoje życie więcej technik redukujących stres, wprowadź zasady zdrowego stylu życia. Nie jest to gwarantem że nie zachorujesz, ale w ten sposób możesz obniżyć ryzyko.

Czy to, że zachorowałem/am w młodym wieku oznacza, że mam silniejszą predyspozycję genetyczną?

I tak i nie. Odziedziczalność (czyli udział czynników genetycznych) w przypadku dzieci czyli w młodszym wieku jest faktycznie wyższa (43%) niż w przypadku osób dorosłych (31%). Może to wynikać z tego, że osoby dorosłe mają więcej doświadczeń życiowych, czyli więcej innych aspektów ich życia wpływa na to, że u nich ta depresja może wystąpić i mogą to być inne typy depresji, np. poporodowa, związana ze śmiercią małżonka/i. Ale zachorowanie na depresję wśród dzieci i młodzieży może wiązać się z patologicznymi doświadczeniami związanymi z wychowaniem i relacjami rówieśniczymi, presją szkolną itd. Więc niekoniecznie to czynniki genetyczne sprawiają, że choroba występuje u bardzo młodych ludzi.

Czy to prawda, że kobiety są bardziej podatne na depresję?

Faktycznie odziedziczalność w przypadku kobiet jest wyższa (42%) niż u mężczyzn (29%). Ale to, że mówi się o tym, że dwa razy więcej kobiet choruje nie koniecznie zależy od genów. Specjaliści mówią o tym, że kobiety częściej zgłaszają się po pomoc kiedy zaważają u siebie objawy. Kultura piętnuje mężczyzn, by sami sobie dawali radę z problemami, dlatego wydaje mi się, że trudno jest ich odpowiednio zdiagnozować i przeprowadzić rzetelne badania na temat tego czy płeć ma znaczenie.

Podsumowanie:

Dzieci chorych na depresję rodziców mają 7-30% ryzyko zachorowania na depresję, ale także 50-80% ryzyko, że wystąpi u nich jakiekolwiek inne zaburzenie psychiczne.

Czynnik genetyczny jest o wiele większy u osób najbardziej ze sobą spokrewnionymi, w tym też z rodzeństwem. Jeśli mówimy o bliźniakach „dwujajowych” i „zwykłym” rodzeństwie za depresję nawracającą odpowiedzialne jest w 20% obciążenie genetyczne, a przy wystąpieniu pojedynczego epizodu depresji 42%. Natomiast w przypadku bliźniaków „jednojajowych” udział genetyki zdecydowanie rośnie – 46% w depresji nawracającej i 48% w przypadku pojedynczego epizodu depresji. Co to w praktyce oznacza? Gdy Twój bliski krewny zachoruje na depresję, w zależności od tego jak duża pula wspólnych genów jest między Wami (50% zwykłe rodzeństwo i rodzice-dzieci, czy 100% w przypadku bliźniaków monozygotycznych) rośnie również Twoje ryzyko zachorowania.

Czynnik genetyczny może odgrywać znaczną rolę w wystąpieniu choroby (waha się w przedziale 33-44%), ale nie dominującą (żadne oszacowania niezależnie od metody badań nie przekroczyły 50%). Wdaje się, że dużo ważniejsze są osobiste doświadczenia, przeżycia danej osoby, czyli czynniki psychologiczne i środowiskowe.

Jeśli chodzi o konkretne geny, to znaleziono parę związków między odmienną wersją genu a występowaniem choroby. W dużym uogólnieniu są to geny związane z budową i funkcjonowaniem układu nerwowego, reakcją stresową, działalnością hormonów płciowych, procesami starzenia, a także obroną przed chorobami nowotworowymi i neurodegeneracyjnymi. Jednak nie można mówić o tym, że gdy ktoś ma inną wersję genu to na pewno zachoruje albo na pewno nie zachoruje. Mówimy tu tylko o większej bądź mniejszej podatności genetycznej. Nie wiadomo także jaki jest kierunek zależności, czy osoba miała najpierw zaburzone działanie genów i przez to wystąpiła choroba, czy to czynniki związane z chorobą zaburzyły ekspresję genów.


Zdaję sobie sprawę z tego, że wpis jest bardzo długi i ociekający nauką. Ja osobiście jestem bardzo dociekliwą osobą i wyznaję zasadę, że gdy się rozumie skąd bierze się dana choroba czy zjawisko, łatwiej je zaakceptować i stawić im czoła. Gratuluję Wam że dotrwaliście do końca. Tym, którzy przeczytali tylko podsumowanie również dziękuję i winszuję zdobycia kolejnego kawałka wiedzy na temat depresji 😉 A moje szczególne podziękowania wędrują do Eweliny Kamińskiej, genetyczki pracującej w laboratorium w Monachium, doktorantki na Uniwersytecie Ludwiga-Maximiliana, ekspertki Forbes Polska, popularyzatorki nauki poprzez bloga Motivelina (zajrzyjcie: https://motivelina.com/ ) oraz media społecznościowe Facebook https://www.facebook.com/motivelina i Instagram https://www.instagram.com/motivelina_com/ Ewelina konsultowała merytorycznie ten wpis. Ewelina oprócz tego, że zna się na genetyce i szeroko pojętej nauce, jest wspaniałą kobietą wspierającą inne kobiety w drodze po marzenia i w swoich karierach (nie tylko naukowych) i propaguje aktywność fizyczną. Dziękuję Ewelina raz jeszcze ❤

Postaram się również napisać więcej o pozostałych ważniejszych czynnikach sprzyjających rozwojowi depresji. A tymczasem pozdrawiam. Trzymajcie się zdrowo, niezależnie od Waszych genów. Pamiętajcie, że to co robimy na co dzień, jaki prowadzimy styl życia wpływa na nasze geny!

Więcej wpisów na temat depresji znajdziecie tu: wpisy o depresji

Pozdrawiam,
Julia!

Bibliografia: 

Hammen Constance (2006). Depresja. Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne. s. 73-78.

Szczepankiewicz, A. i Leszczyńska-Rodziewicz A. (2010). Geny związane z osią stresu
w patogenezie choroby afektywnej jedno- i dwubiegunowej. Psychiatria, 7(2), 61-67. 

Zajączkowska, M., Talarowska, M., Szemraj, J. i Gałecki, P. (2020). Znaczenie polimorfizmu i ekspresji genu Dvl3 w etiologii zaburzeń depresyjnych nawracających. Psychiatria Polska, 54(3), 509-523. 

Po czym poznać, że to depresja?

blur-1867402_1920

Depresja jest taką chorobą, o której słyszeli niemal wszyscy, zarówno dorośli, jak i dzieci. Ja sama kiedy byłam w liceum podejrzewałam że coś ze mną jest nie tak, i pierwsze co mi przyszło do głowy: „a może mam depresję?”. Wystukałam w wyszukiwarce pytanie o to jakie są objawy depresji, a moim oczom ukazała się strona z testem w kierunku depresji. Teraz już wiem, że był to test przesiewowy (czyli dedykowany do większej grupy ludzi niekoniecznie chorych, by wyłapać te osoby, które potrzebują dodatkowej diagnostyki), a nie test kliniczny, ale gdy otrzymałam wynik, że to prawdopodobnie depresja i powinnam się skonsultować z lekarzem, naprawdę się przeraziłam. Ja chora na depresję? Myślałam sobie, że ktoś kto ma depresję nie jest w stanie w ogóle funkcjonować, leży i patrzy w sufit albo non stop płacze. A ja radziłam sobie całkiem dobrze – chodziłam do szkoły, czasem tylko zostawałam w mieszkaniu bo nie miałam siły by wstać, jadłam chyba normalnie, rozmawiałam z innymi, czasem wyszłam do koleżanki… więc skoro w mojej głowie pojawiały się myśli „depresja tak nie wygląda”, no to jak w takim razie wygląda?

Pierwsze i najważniejsze co muszę w tym wpisie zawrzeć: depresja to choroba. Co więcej, choroba, która może być śmiertelna ze względu na duże ryzyko samobójstwa. Depresję klasyfikuje się jako zaburzenie afektywne, czyli inaczej zaburzenie nastroju. I to właśnie obniżenie nastroju jest jednym z najbardziej charakterystycznych objawów, które przychodzi jako pierwsze do głowy. Ale to nie wszystko.

Jakie kryteria muszą być spełnione, by postawić diagnozę depresji?

Diagnozę stawia lekarz/ka POZ, psychiatra/ka (mają obowiązek opatrzyć przypadek pacjenta odpowiednim kodem choroby), ewentualnie psycholog kliniczny czy psychoterapeuta. W Polsce obowiązuje Międzynarodowa Statystyczna Klasyfikacja Chorób i Problemów Zdrowotnych ICD-10 i na tej podstawie stawia się diagnozę choroby lub zaburzenia, w oparciu o szczegółowo zebrany wywiad lekarski. Jeśli chodzi o diagnozę psychologiczną to można stosować dodatkowo kwestionariusze/testy psychologiczne oraz obserwację pacjenta jeśli np. przebywa w placówce całodobowej lub dziennej, w trakcie psychoterapii.

Objawy depresji dzielimy na podstawowe i dodatkowe.

Objawy podstawowe (muszą być spełnione co najmniej 2 z 3)

  • Nastrój obniżony w stopniu wyraźnie nieprawidłowym dla danej osoby, utrzymujący się przez większość dnia i prawie każdego dnia, w zasadzie nie podlegający wpływowi wydarzeń zewnętrznych i utrzymujący się przez co najmniej 2 tygodnie,
  • Utrata zainteresowań lub zadowolenia w zakresie aktywności, które zwykle sprawiają przyjemność lub wcześniej tą przyjemność dawały (anhedonia)
  • Zmniejszona energia lub zwiększona męczliwość, zmniejszenie aktywności (np. ograniczenie działań samoobsługowych, trudność w wykonywaniu obowiązków domowych i zawodowych)

Objawy dodatkowe (dopełniając liczbę objawów do co najmniej 4)

  • Spadek zaufania lub szacunku dla siebie (niska samoocena, mała wiara w siebie, niskie poczucie wartości)
  • Nieracjonalne poczucie wyrzutów sumienia lub nadmiernej a nieuzasadnionej winy, pesymistyczne widzenie przyszłości
  • Nawracające myśli o śmierci lub samobójstwie, albo jakiekolwiek zachowania samobójcze,
  • Skargi na zmniejszoną zdolność myślenia lub skupienia się, albo jej przejawy, takie jak niezdecydowanie lub wahanie się,
  • Zmiany w zakresie aktywności psychoruchowej, w postaci pobudzenia lub zahamowania (zauważalne subiektywnie lub obiektywnie),
  • Zaburzenia snu wszelkiego typu (np. trudności z zasypianiem, wczesne wybudzanie się)
  • Zmiany łaknienia (wzrost lub spadek) wraz z odpowiednią zmianą wagi (5% lub więcej w ciągu ostatniego miesiąca),

Co ważne, objawy te muszą utrzymywać się przez co najmniej dwa tygodnie w przeważającej części dnia, albo krócej jeśli narastają bardzo szybko. Jak już napisałam wyżej, aby cierpieć na depresję, nie trzeba mieć wszystkich wymienionych objawów, a ich ilość określa głębokość epizodu depresji. W praktyce jednak bywa tak, że osoba zgłasza się po pomoc już w zaawansowanym stopniu rozwoju depresji, dlatego że nie była świadoma pierwszych sygnałów, nie wyłapała wczesnych objawów lub bagatelizowała je mówiąc sobie, że to nic takiego, bo przecież inni mają gorzej, mają powody do tego by czuć się źle, ale nie ja, ja jestem tylko leniwa. I wcale tu nie krytykuję nikogo kto zgłasza się zbyt późno po pomoc, bo może to wynikać z niewiedzy i ogólnie panującej stereotypizacji osób chorujących, że powinni wyglądać i zachowywać się jakoś charakterystycznie i dopiero poważne utrudnienie codziennego funkcjonowania to jest depresja. otóż nie. Zauważcie: wystarczy że osoba czuje się mniej zadowolona z tego jak wygląda jej codzienność, czuje się zmęczona i dodatkowo ma trudności z zasypianiem i nie ma ochoty na jedzenie – i już możemy określić że u niej dzieje się coś w kierunku zaburzenia depresyjnego.

Nigdy nie jest za wcześnie ani za późno, by zgłosić się po pomoc!

Ja sama nie wyłapałam pierwszego epizodu depresji i w ogóle go nie leczyłam, co przeszło u mnie w stan przewlekłego obniżenia nastroju. Ale nie miałam wtedy takiej wiedzy, by wyłapać, że to, że przestała mi się podobać nauka, nie miałam ochoty wychodzić na przerwach z klasy, byłam ciągle bez sił, nie byłam w stanie wstać rano do szkoły (tata dosłownie wyciągał mnie za nogę z łóżka) a po powrocie szłam od razu spać, jadłam tylko dwa posiłki dziennie na siłę – to właśnie była depresja, w szkołach mnie tego nie uczyli, nie miałam psychologa ani pedagoga szkolnego, do którego mogłabym z tym pójść. Kolejny poważny epizod właśnie w liceum wyglądał podobnie z tym, że zaczęłam wagarować, nie miałam siły przygotowywać się do matury i olimpiady, pracować (choć bardzo chciałam i dawało mi to kiedyś spełnienie), dużo spałam, mało jadłam. Pomocy zaczęłam szukać dopiero wtedy, kiedy miałam objawy psychotyczne i na serio się przeraziłam swoim stanem. W trzecim epizodzie doprowadziłam się do takiego stanu, gdzie nie mogłam już w ogóle funkcjonować, jedynie płakałam i patrzyłam w sufit, niewiele z tego okresu pamiętam, jedynie to, że zostałam wręcz siłą wyciągnięta z łóżka i zawleczona do psycholożki.

Błagam nie doprowadzajcie siebie do takiego stanu, tak samo nie doprowadzajcie do tego, żeby Wasi bliscy w takim stanie wylądowali u psychiatry czy w szpitalu/na oddziale psychiatrycznym. Nie ma sensu tak cierpieć.

Teraz jestem w stanie dużo szybciej wyłapywać kiedy zaczyna się epizod depresji a kiedy jest to zwykłe zmęczenie, przestymulowanie, kiedy potrzebuję zwolnić. Wiem kiedy i w jaki sposób wdrożyć odpowiednią dla siebie pomoc, jak zapewnić sobie wsparcie moich bliskich, ale i dalszych znajomych, kiedy pora na psychologa a kiedy na leki. Aczkolwiek bijąc się w pierś muszę przyznać się, że podczas obecnego epizodu tak długo chciałam być dzielna, nie dopuszczałam do siebie tego, że to znowu mi się przydarza, że w konsekwencji znów osiągnęłam pełną skalę ciężkiego epizodu depresji zanim zgłosiłam się po leki (w obecnej psychoterapii byłam wówczas od kilku miesięcy).

Wątek będzie z pewnością kontynuowany w innych wpisach 😉 W tym akapicie chciałam wyrazić to, że depresja może mieć różne natężenie i że nigdy nie jest za wcześnie, by zgłosić się po pomoc. Może nie dostaniecie diagnozy, leków, nie zostaniecie skierowani na psychoterapię, ale wiedzcie, że zrobiliście dla siebie bardzo ważną rzecz: zadbaliście o własne zdrowie i samopoczucie! Nie ma zbyt błahych powodów, nie zostaniecie zbagatelizowani ani wyśmiani, a jeśli tak, to znaczy że trafiliście na niewłaściwe osoby. To co możecie zyskać, to fakt, że ktoś już objął Was należytą opieką i będzie pomagać Wam monitorować Wasz stan zdrowia psychicznego i somatycznego z resztą też, bo depresja jest bardzo powiązana z dolegliwościami naszego ciała i innymi chorobami.

Nie diagnozuj się sam/a! 

Nie należy się samodzielnie diagnozować tylko na podstawie wyżej wymienionych objawów. One powinny być dla nas jedynie wskazówką mówiącą, że czas wybrać się do specjalisty/ki (psychiatry/ki lub psychoterapeuty/ki). Dlaczego nie warto sobie wkręcać, że chorujesz na depresję? Warto się wstrzymać z przyklejaniem sobie etykietki (a najlepiej w ogóle tego nie robić) do oficjalnej diagnozy, bo może się okazać, że to wcale nie jest depresja, choć objawy są takie same. Tylko dobry lekarz/ka są w stanie wyłapać różnice pomiędzy wieloma różnymi chorobami i zaburzeniami, które w przebiegu mogą mieć objawy depresyjne, np. choroba afektywna dwubiegunowa, zaburzenie adaptacyjne, lękowe, somatyzacyjne, anoreksja, schizofrenia, zaburzenie schizoafektywne. Ponadto tylko lekarz jest w stanie ocenić na ile nasze trudności wynikają z czynników psychologicznych a na ile z biologicznych i oszacować czy konieczne są leki przeciwdepresyjne lub jakieś inne (i rzecz jasna tylko on może nam wypisać receptę na takie leki). I to, czego my możemy nie wiedzieć – specjalista jest w stanie zauważyć czy nasz problem jest natury organicznej, bo chorujemy jeszcze na jakąś chorobę np. reumatyczną, choroby tarczycy, albo przyjmujemy leki, które mogą wywoływać objawy depresyjne, np. doustna antykoncepcja hormonalna. Może być też tak, że faktycznie mamy depresję, ale dodatkowo również inne zaburzenie (np. lękowe) i wtedy lekarz jest w stanie dobrać indywidualną formę leczenia. To że sami sobie przykleimy łatkę osoby chorej na depresję i będziemy o tym mówić innym ludziom nie sprawi, że wyzdrowiejemy. Uważność na własny stan zdrowia jest jednak niezbędna, by to leczenie podjąć i wyłapać, kiedy dzieje się z nami coś niedobrego, dlatego właśnie te kryteria diagnostyczne nie są owiane tajemnicą, którą poznać mogą tylko lekarze i psycholodzy. Znajomość tego, na czym polega i jakie objawy ma dana choroba czy zaburzenie jest też ważnym aspektem profilaktyki zdrowia psychicznego, gdyż jesteśmy w stanie wyłapać dużo wcześniej nienaturalny stan swój lub bliskiej nam osoby, a przez to szybciej i skuteczniej sięgnąć po pomoc.


Jeśli interesuje Cię, jak to jest chorować na depresję, odwiedź ten wpis: Witaj w depresyjnym świecie. Więcej wpisów dotyczących depresji znajdziesz tu: wpisy o depresji Możesz także odwiedzić mój profil na Instagramie gdzie opisywałam swoje doświadczenia: @psychoinspiracja 
Pozdrawiam, Julia.

Dlaczego psychoterapia nie działa?

tree-832079_1280

Dostałam jakiś czas temu pytanie o to, kto odpowiada za efekty psychoterapii. Odwołując się do mojej podstawowej wiedzy ze studiów psychologicznych, literatury naukowej, opinii autorytetów i własnego doświadczenia dwóch procesów psychoterapii wymieniam 4 najważniejsze czynniki wpływające na proces terapii.

Kwalifikacje i doświadczenie psychoterapeuty

Nie ma co ukrywać, że jest to dość kluczowa sprawa, gdyż osoba bez doświadczenia może nie do końca wiedzieć jak ugryźć temat terapii danej osoby, a osoba bez narzędzi w postaci umiejętności terapeutycznych nie będzie w stanie efektywnie wydobyć meritum problemów klienta. Byłabym również sceptyczna w skuteczności psychoterapeuty, który nie ma wykształcenia psychologicznego (czyli nie jest magistrem psychologii), ewentualnie medycznego (czyli jest dodatkowo psychiatrą po 5 letniej specjalizacji), dlatego że 9 lat nauki na temat psychiki człowieka to więcej niż 4 lata samego szkolenia terapeutycznego. Psychologowie z reguły mają większą wiedzę na temat mechanizmów psychologicznych, a przede wszystkim diagnozy psychologicznej niż np. prawnicy czy filolodzy. Można spróbować udać się również do pedagoga psychoterapeuty. Pedagogika to drugi pod względem liczebności ukończony podstawowy kierunek studiów polskich psychoterapeutów.

Jeśli nie bardzo się orientujesz w tym kto i jak może pomagać w problemach psychicznych i emocjonalnych kliknij tu: Psycholog, psychoterapeuta, psychiatra. Do kogo iść?

Może to dziwić, ale tak ważna profesja jaką jest psychoterapia, jest w Polsce nieuregulowana prawnie i szkolenie psychoterapeutyczne mogą skończyć zarówno psychologowie jak i inni specjaliści. Tylko od ośrodków szkolących zależy kogo na takie szkolenie przyjmą. Na rynku istnieją placówki szkolące, zauważające zapotrzebowanie na psychoterapeutów, ale nie oferują wyczerpującego szkolenia psychoterapeutycznego a jedynie podstawowy kurs lub pewien wycinek procesu terapii, więc trudno zweryfikować co takiego potrafią ich absolwenci w kontekście prowadzenia krótko czy długoterminowej psychoterapii. Może być też tak, że ktoś ukończy zupełnie inne szkolenie, np. NLP czy z coachingu i po jakimś czasie postanawia prowadzić psychoterapię nazywając się psychoterapeutą. Dlatego warto sprawdzać osobę, do której zamierzamy pójść pod kątem jej kwalifikacji. Można zapytać o ukończone szkoły i okazanie dyplomu czy certyfikatów na pierwszym spotkaniu.

Podstawowe psychologiczne wykształcenie jest atutem, szczególnie jeśli osoba ukończyła specjalność kliniczną lub podobną będąc na uniwersytecie czy akademii. Dodatkowym ważnym czynnikiem będzie to, gdzie zdobywała doświadczenie, czyli np. czy pracowała w jakiejś renomowanej placówce, oddziale psychiatrycznym, instytucie, klinice psychologicznej, stowarzyszeniu działającym na rzecz chorych psychiatrycznie będąc pod opieką doświadczonych psychologów (dobrą wskazówką jest to, u jakich autorytetów uczyła się dana osoba na kursach, warsztatach, często psychoterapeuci o tym wspominają w swoich opisach).

Kolejną kwestią jest to w jakim ośrodku dana osoba skończyła swoje szkolenie psychoterapeutyczne. Warto wejść na stronę Polskiego Towarzystwa Psychologicznego i tam sprawdzić listę rekomendowanych placówek szkoleniowych i wybrać terapeutę, który jest absolwentem jednej z nich. Podobną listę przygotowało także Polskie Towarzystwo Psychiatryczne. Towarzystwa te potwierdzają, że absolwenci ośrodków są dobrze przygotowani do prowadzenia psychoterapii a także są to szkolenia, na które obowiązuje wymagająca rekrutacja. Podobne akredytacje wydają Polskie Towarzystwo Psychoterapii Psychodynamicznej i Polskie Towarzystwo Terapii Poznawczej i Behawioralnej, które czuwają nad jakością kształcenia psychoterapeutów w tych nurtach.

Wszystko co opisałam powyżej nie oznacza, że należy się zniechęcać jak trafimy na młodą, niedoświadczoną jeszcze osobę, bo kolejne podpunkty mogą się okazać równie ważne.

Nurt psychoterapii i techniki wykorzystywane podczas sesji

Może być tak, że nie odpowiada nam sposób w jaki prowadzona jest psychoterapia. Ja tak miałam, bo pierwszą moją terapią był nurt psychodynamiczny, gdzie przez cały czas to ja miałam mówić co tylko mi przychodzi do głowy. Kompletnie się w tym nie odnajdowałam. Kiedy po kilku latach miałam już wiedzę, by wybrać świadomie w jakim nurcie chcę odbyć swoją psychoterapię (są różne rodzaje psychoterapii, każda z nich ma specyficzne metody pracy i kładzie nacisk na co innego), efekty zaczęły się pojawiać w piorunującym tempie, bo od początku wiedziałam jakiego nurtu potrzebuję wiedząc z czym mam największe problemy, a terapeutka doskonale wiedziała, w które obszary mojego życia celować i szybko wyczuła jakie są dokładnie moje trudności.

Nurty psychoterapii są przeróżne i jak jedna technika nam nie pasuje, np. odgrywanie scenek czy prowadzenie dziennika, to możemy o tym z terapeutką porozmawiać zamiast ciągle się zastanawiać dlaczego te spotkania nas tak irytują, czemu nam nie pasują zadane zadania czy pytania i nie chcemy tego robić. Warto szukać i prosić o inne techniki (każdy nurt ma ich w zanadrzu naprawdę dużo). Przede wszystkim rozmawiać o tym, że coś nam nie leży. A jak to nie pomoże, może warto rozważyć zmianę rodzaju psychoterapii.

A najważniejszy czynnik to…

Badania pokazują, że to co jest najskuteczniejsze w całym procesie psychoterapii to „związek terapeutyczny” albo inaczej „relacja terapeutyczna”. Chodzi o to, na ile dobrze czujemy się wzajemnie w tej relacji, na ile zbudowane jest zaufanie, w jakim stopniu czujemy, że możemy powierzyć naszej terapeutce bardzo osobiste sprawy, na ile możemy liczyć na szczerą chęć pomocy, na ile psychoterapeuta jest w stanie do nas dotrzeć, zrozumieć nasze trudności, otoczyć nas zainteresowaniem.

Nasz psychoterapeuta powinien być osobą, którą będziemy w stanie w pewien sposób polubić, czyli dobrze gdy ma cechy, które cenimy w innych ludziach, np. poczucie humoru, elokwencję, autentyczność. A co ważne musi posługiwać się umiejętnościami społecznymi na wysokim poziomie, to znaczy przejawiać empatię, umieć słuchać z uwagą, łączyć różne wątki naszej wypowiedzi, pamiętać to o czym mówiliśmy na poprzedniej sesji, zachowywać się kulturalnie i z szacunkiem, akceptacją itd. Z kolei jeśli nasz psychoterapeuta w jakiś sposób odpycha nas jako osoba, to szanse na dobre efekty psychoterapii zmniejszają się. Chociaż czasem jest tak, że właśnie to, że czujemy niechęć do innych (w tym do terapeuty) jest naszą trudnością do przepracowania.

Kiedy „nie czujemy” drugiej osoby, nie możemy się z nią zgrać, nie jest to nasz typ człowieka, daliśmy jej dużo szans (3-5 spotkań) i nadal nie widzimy, żeby relacja miała się jakoś układać, to najlepiej zmienić terapeutkę, poszukać kogoś, kto będzie nam osobowościowo lepiej pasować, z kim mamy szansę zbudować lepszą relację.

Tutaj ważną kwestią jest także to, by nie przekraczać granicy relacji terapeutycznej. Psychoterapia nie jest koleżeńską rozmową. Są to spotkania, które mają ścisły cel: praca nad trudnościami klienta. Może to odbywać się w formie w miarę swobodnego dialogu, terapeuta może coś od czasu do czasu powiedzieć o sobie, „zagadać” o pogodzie na początku spotkania, a nawet możemy sobie mówić po imieniu. Wszystko zależy od tego na jakie zasady się umówimy. Jednak nie powinniśmy pozwalać, by terapeutka stała się dla nas naszą najlepszą koleżanką na kawę, bo wtedy terapia miesza nam się z życiem prywatnym i zamiast na trudnościach uwaga zaczyna być skupiona na tym, aby było przyjemnie – jak z koleżanką. A to pożądanego efektu nie przyniesie.

Czy Ty możesz odpowiadać za brak efektów?

Jeśli kilka razy zmieniałeś/aś terapeutów i ciągle coś jest nie tak, warto zastanowić się nad tym czy trudności nie leżą po Twojej stronie. Może być tak, że masz trudność we wchodzeniu w relacje, jesteś nieufny_a, trudno jest Ci opowiadać o swoich problemach i intymnych sprawach. Kiedy nie umiesz obdarzyć zaufaniem swojego terapeuty, to on nie będzie w stanie efektywnie Ci pomóc gdyż będziecie się poruszać tylko po powierzchownych sprawach nie dotykając rdzenia problemu. Oczywiście do zbudowania prawdziwego zaufania i więzi terapeutycznej czasem potrzeba więcej czasu niż 5 spotkań, ale chodzi raczej o gotowość i dopuszczenie do siebie takiej możliwości, że kiedy nastąpi odpowiedni moment będę w stanie wyjawić swoje najgłębsze trudności.

Kolejnym po braku zaufania do terapeuty jest brak zaufania do samego procesu terapii. Brak wiary w to, że psychoterapia cokolwiek pomoże, powtarzanie „mnie się nie da pomóc, jestem beznadziejnym przypadkiem” może być oznaką poczucia własnej bardzo niskiej wartości czy objawem depresji. O tyle może to być uzasadnione, ale generalnie jest przejawem niedawania sobie szansy na zmianę (czy uważasz, że zasługujesz na to by wieść szczęśliwe życie?). Konieczne jest aby podważać swoje myśli, np. dodając na koniec „…ale dam sobie szansę”, albo ubierając to w wątpiące pytanie: „czuję, że nikt nie jest w stanie mi pomóc, ale czy na pewno tak jest?”. Samo stwierdzenie: „czuję że…” jest lepsze niż „jestem…” bo uczucia to coś co łatwo ulega zmianie, określenie siebie jako beznadziejnego itp. jest już określeniem ogółu Twojego funkcjonowania, nadanie sobie etykiety, z którą ciężko polemizować. Może nie przekonają Cię badania naukowe, ale w tym miejscu zaznaczę, że są dowody na to, że psychoterapia naprawdę działa – zarówno na wypracowanie skuteczniejszych sposobów radzenia sobie z trudnościami życiowymi, jak i na przeorganizowanie się mózgu zapewniając lepszą kontrolę emocjonalną szczególnie w przypadku lęku.

Co niezwykle ważne, sama psychoterapia to nie wszystko. Jeśli sam_a nie włożysz wysiłku w to, by stopniowo zmieniać swoje zachowanie i myślenie, zmiany nie nastąpią. Porozmawiać z psychoterapeutą przychodzimy najczęściej raz w tygodniu przez około godzinę. To dość mało, żeby dokonać trwałych zmian, szczególnie kiedy na co dzień żyjemy jakby na autopilocie starych nawyków. Konieczne jest zaangażowanie w podważaniu tego co stare i wdrażaniu tego co nowe. Praca własna wymaga wielkiego wysiłku, ale nie trzeba się rzucać od razu z motyką na księżyc i od tego momentu robić wszystko inaczej. To jest często wręcz niemożliwe na dłuższą metę, bo nie wystarczy nam zapału. Trzeba zachować umiar w każdą stronę, czyli zacząć od małych kroków – najpierw nauczyć się  zauważać stare nawyki i utarte myśli. Powiedzieć sobie „właśnie to zrobiłem” „przed chwilą tak pomyślałam” a potem zamiast obwiniania i obiecywania sobie, że już nigdy więcej tak nie zrobię, powiedzieć sobie „okej, następnym razem wyłapię to troszkę wcześniej”. Ważne jest również zauważanie i nazywanie emocji oraz zauważanie stanów, w których się znajdujesz, np. miałeś coś zrobić do czego zobligowała Cię terapeutka a strasznie Ci się nie chce tego robić. Daj sobie 5 minut na to zadanie, daj sobie szansę by sprawdzić czy ono jest aż tak straszne. Po 5 minutach zdecydujesz czy chcesz je kontynuować czy wrócić do odpoczynku, ale przynajmniej spróbowałeś/aś i możesz sobie pogratulować. Każde przełamanie się, pokonanie trudności, świadoma zamiana myśli czy czynności jest ogromnym postępem, który należy celebrować. Terapia to bardziej trudna podróż niż mordercza walka – nie chodzi o to by się zajechać w pierwszym miesiącu jej trwania.

Nawiązując jeszcze do Twoich oczekiwań wobec terapii, użyję metafory: nie możesz przyjść opaść na fotel i powiedzieć „dzień dobry, jestem! Proszę mnie uleczyć”. Psychoterapeuta nie jest cudotwórcą, psychoterapia nie jest magiczną różdżką na wszystkie trudności. Nie warto oczekiwać, że osoba, która siedzi naprzeciwko jest tą, która odmieni Twoje życie. Spotkanie z nią owszem, rozmowy o trudnościach, ćwiczenia – tak, ale nie ta osoba. Warto o tym pamiętać, choćbyś był_a jej dozgonnie wdzięczny_a, to cały proces odbywa się we współpracy i to Ty masz największe zasługi w tym jakie są efekty terapii. Psychoterapeuta pomaga Ci wydobyć na wierzch to co nie działa, ale także Twoje zasoby, pokazuje mechanizmy, tłumaczy korzystając ze swojej wiedzy i doświadczenia. Nawet 5lat intensywnej psychoanalizy pewnych rzeczy za Ciebie nie zrobi.


A jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o psychoterapii zachęcam do obejrzenia materiału z webinaru Strefy Psyche Uniwersytetu SWPS: https://www.youtube.com/watch?v=UoezQqFRgns Rozmowę z dr n. med. Agnieszką Popiel (doświadczoną psychiatrą, psychoterapeutką terapii poznawczo-behawioralnej, superwizorką i naukowczynią) o tym o co chodzi z tą psychoterapią i dlaczego działa, przeprowadziła psycholożka i psychoterapeutka Joanna Gutral. Polecam bardzo! Mam nadzieję, że materiał odpowie na wiele Waszych wątpliwości 😊

Życzę Wam dużo determinacji w drodze do samych siebie i owocnej psychoterapii.
Julia!

Psycholog, psychoterapeuta, psychiatra. Do kogo iść?

Dla osób zajmujących się psychiką człowieka wydaje się wręcz nieprawdopodobne jak wiele ludzi nie zna różnicy między profesjami takimi jak psycholog, psycholog kliniczny, psychoterapeuta, psychiatra. Czasem zdarzają się sytuacje kiedy ktoś na forach pisze, że jest rozczarowany tym, że nie dostał podczas spotkania z psychologiem/psycholożką recepty, a ktoś inny, że psychiatra/psychiatrka to tylko leczy lekami, a w ogóle nie rozmawia o problemach i że bez sensu do niego/niej chodzić. Ja jestem wyrozumiała w stosunku do takiej niewiedzy, gdyż sama przed tym jak zaczęłam korzystać z usług psychiatrii i przed studiami psychologicznymi, takiej wiedzy nie miałam. No bo skąd? W szkole się o tym nie mówi, a problemy psychiczne to nadal skrzętnie ukrywany temat w społeczeństwie. Dziś to wszystko od podstaw wyjaśniam.

Kto kim formalnie jest?

PSYCHOLOG / PSYCHOLOŻKA

Psycholog to wręcz podstawowa profesja, o której myślimy, kiedy zmagamy się z jakimś psychicznym czy emocjonalnym problemem. Aby móc nazywać się psychologiem, trzeba ukończyć pięcioletnie jednolite studia magisterskie na kierunku psychologia, obronić pracę magisterską i otrzymać tytuł magistra psychologii. Studia psychologiczne oferowane są zazwyczaj na uniwersytetach (np. Uniwersytet Warszawski, Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego), akademiach (np. Akademia Pedagogiki Specjalnej) i w szkołach wyższych (do tej pory była nim Szkoła Wyższa Psychologii Społecznej, dziś jest to Uniwersytet SWPS). Co ciekawe na kierunkach psychologicznych mniej więcej w połowie studiów wybiera się specjalność (nie mylić ze specjalizacją! O czym będzie w następnym punkcie). Specjalności są różne, ale jest to nic innego jak zawężenie przedmiotów do określonej subdziedziny psychologii, np. psychologia kliniczna, psychologia społeczna, psychologia wychowawcza i rodziny, psychologia zdrowia, psychologia osobowości itd. W praktyce po skończeniu studiów można robić wszystko to co leży w uprawnieniach psychologa/żki niezależnie od skończonej specjalności, od pracy w korporacjach przez prowadzenie konsultacji, po prowadzenie zajęć rehabilitacji psychologicznej.

A co leży w uprawnieniach psychologa/psycholożki?

Opiszę tylko te związane z bezpośrednim oddziaływaniem na człowieka i zdrowiem psychicznym, bo psycholog może się zajmować naprawdę ogromem przeróżnych zajęć.

  • PROWADZENIE KONSULTACJI PSYCHOLOGICZNYCH I PORADNICTWO PSYCHOLOGICZNE – rozmowa z osobami na temat ich trudności i wspólne szukanie rozwiązań. Są to oddziaływania krótkoterminowe, skoncentrowane na najważniejszym problemie. Często wymaga pokierowania osoby do innych specjalistów, nie tylko z dziedziny psychologii i psychiatrii, ale np. do ośrodka pomocy społecznej, prawnika, lekarza, pedagoga, ośrodków zajmujących się orzecznictwem. Poradę psychologiczną może również otrzymać osoba trzecia, np. żona chorego na schizofrenię męża, rodzice dziecka z trudnościami z nauką. Celem tego typu oddziaływań jest odpowiedzenie na pytanie „co mam zrobić w tej sytuacji?” W trakcie takich konsultacji psychologicznych często psycholog wyjaśnia na czym polega dany problem, choroba, zaburzenie, więc takie spotkania mogą mieć także charakter wyjaśniający i edukacyjny.
  • INTERWENCJA KRYZYSOWA I ROZMOWY WSPIERAJĄCE – to również krótkoterminowe oddziaływania. Skoncentrowane są one na kryzysie, który dotknął osobę, która zgłasza się po pomoc. Może to być utrata pracy, zerwanie ważnej relacji, śmierć bliskiej osoby, doświadczenie gwałtu, pobicia czy przemocy domowej, przeprowadzka, otrzymanie diagnozy poważnej choroby, wypadek i mierzenie się z niepełnosprawnością, czyli różne sytuacje, które zaburzają nasze dotychczasowe życie. Często psycholog, który ukończył studia podyplomowe (1lub 2-letnie) z interwencji kryzysowej właśnie nazywa się interwentem kryzysowym. Ale tu uwaga, bo interwentami kryzysowymi mogą być także pedagodzy, pracownicy socjalni, socjologowie, lekarze, ratownicy medyczni, a nawet prawnicy, policjanci czy absolwenci bezpieczeństwa narodowego gdy ukończą takie studia podyplomowe.
  • Diagnoza psychologiczna – najczęściej w oparciu o testy psychologiczne (zarówno zadania do wykonania, jak i wypełnianie kwestionariuszy), obserwację zachowania jak i wywiad. Jest to często potrzebne, kiedy chcemy uzyskać jakieś świadczenia. Może być to korzystne, kiedy chcemy mieć bardziej rzetelną diagnozę poprzez połączenie diagnozy psychiatrycznej (dokonanej przez lekarza) i psychologicznej (dokonanej przez psychologa), by leczenie było jak najbardziej dopasowane do danej osoby i jej trudności.
  • Terapia psychologiczna w ośrodkach wsparcia, warsztatach terapii zajęciowej, środowiskowych domach samopomocy, mieszkaniach chronionych – są to oddziaływania środowiskowe, skierowane zazwyczaj do osób przewlekle chorujących psychicznie, którzy potrzebują wsparcia w odzyskaniu lub zbudowaniu optymalnego codziennego funkcjonowania, np. samodzielnym mieszkaniu, znalezieniu pracy, nawiązywaniu przyjaźni i relacji romantycznych.
  • Warsztaty psychologiczne i socjoterapia – zazwyczaj skierowane do grupy kilkunastu osób mające na celu wypracowanie jakichś umiejętności np. komunikacja, radzenie sobie ze stresem, asertywność.

Co warte podkreślenia: pójście do psychologa nie zawsze oznacza, że ma się chorobę psychiczną i ten zaraz wyśle nas do szpitala psychiatrycznego. Do psychologa równie dobrze można chodzić po diagnozę mocnych stron, by jak najlepiej określić swoje predyspozycje zawodowe i zdecydować się na to do jakiej szkoły iść, jakiej pracy szukać, kiedy czujemy się w tym zagubieni. Możemy pójść porozmawiać, kiedy stoimy przed trudną decyzją, np. przeprowadzką, przed ślubem. Kiedy potrzebujemy wsparcia w aktualnej sytuacji, np. w ciąży, po rozstaniu z chłopakiem/dziewczyną. Te sytuacje nie oznaczają od razu, że chorujemy, ale jeśli się sobą nie zaopiekujemy w odpowiednim momencie, mogą sprzyjać rozwinięciu się zaburzeń psychicznych, najczęściej lękowych, psychosomatycznych, depresji czy tendencji autoagresywnych lub samobójczych. Więc nie warto czekać i zagryzać zęby.

PSYCHOLOG KLINICZNY

Nazwać się psychologiem klinicznym może oficjalnie tylko osoba, która oprócz jednolitych studiów magisterskich ukończyła także czteroletnią podyplomową specjalizację i odbyła wymagany staż. Co w praktyce robi taki specjalista_ka? Najczęściej pracuje w szpitalu, nie tylko psychiatrycznym, ale także somatycznym (czyli „zwykłym” szpitalu np. na onkologii, kardiologii, pediatrii). Nic nie stoi na przeszkodzie aby psycholog_żka kliniczny_a pracowała również w gabinecie psychologicznym konsultując także pacjentów, robiąc diagnostykę psychologiczną problemów emocjonalnych i psychicznych, czy wspierając w aktualnych trudnościach.

PSYCHOTERAPEUTA / PSYCHOTERAPEUTKA

Psychoterapeutą może zostać psycholog (ale też psychiatra, pedagog i pokrewni specjaliści), który ukończył czteroletnią szkołę psychoterapii. Często psychoterapię prowadzą także osoby, które są w trakcie takiego kursu specjalistycznego, ale formalnie nie powinni się nazywać jeszcze psychoterapeutami. Pierwsze spotkanie z psychoterapeutą/ką to zazwyczaj ogólna konsultacja, która ma na celu rozeznać się w problemie klienta. Więcej o tym pisałam tu: Pierwsze spotkanie z psychologiem, czego się spodziewać?

Zwracajcie uwagę na to czy osoba, do której idziecie pisze o sobie „psycholog, psychoterapeuta” czy „psycholog, terapeuta”. Słowa „psychoterapeuta” i „terapeuta” nie są tożsame. Z moich obserwacji wynika, że „terapeuta” to raczej osoba, która formalnie nie ma kwalifikacji a taką psychoterapią się zajmuje, bo nie wiadomo kogo i w jakim celu terapeutyzuje. Terapeutami są nazywani psychologowie, którzy pracują w ośrodkach rehabilitacyjnych (np. prowadząc wczesne wspomaganie rozwoju dzieci z zaburzeniami ze spektrum autyzmu czy zaburzeniami słuchu) czy ośrodkach wsparcia środowiskowego (które opisałam wyżej, np. warsztaty terapii zajęciowej), ale moim zdaniem wprowadza to niepotrzebnie zamieszanie, bo wystarczy, że mówi się o nich „psycholog/psycholożka”. Oczywiście są tam też kwalifikowani terapeuci, np. terapeuci zajęciowi, terapeuci integracji sensorycznej, ale oni nie muszą być psychologami, a np. pedagogami, fizjoterapeutami. Więc podsumowując: jeśli macie trudności emocjonalne/psychiczne idźcie do psychoterapeuty a nie terapeuty.

PSYCHIATRA / PSYCHIATRKA

Psychiatra to osoba, która ukończyła najpierw 6-letnie studia medyczne na kierunku lekarskim, potem odbyła 13-miesięczny staż na różnych oddziałach, a następnie specjalizację z zakresu psychiatrii + staż na psychiatrii. Psychiatrzy pracują w szpitalach/oddziałach psychiatrycznych, poradniach zdrowia psychicznego lub prywatnych klinikach. Psychiatra z uwagi na medyczne wykształcenie i lekarskie uprawnienia jest jedyną osobą, która w całym tym zestawieniu może wypisać receptę na leki, określić dawkę i częstotliwość stosowania. Może także wypisać skierowanie do szpitala, na psychoterapię jeśli uzna, że jest potrzebna (a bardzo często jest szczególnie w przypadku depresji i zaburzeń lękowych, nerwicowych). Zdarza się (wcale nie tak rzadko), że psychiatra/ka kończy również szkołę psychoterapii i wtedy jest także psychoterapeutą/ką.

Skąd mam wiedzieć czy jest to psycholog, psycholog kliniczny, psychoterapeuta, terapeuta, psychiatra?

Pierwszy krok to najczęściej sprawdzenie opisu specjalisty na stronie internetowej gabinetu, przychodni lub na profilu znanylekarz.pl czy Therapify. Tam otrzymamy wstępne informacje np. czy mamy do czynienia z magistrem psychologii czy lekarzem medycyny, czy osoba ta ukończyła kształcenie podyplomowe, jakie i gdzie.

Kolejny, bardzo ważny krok to zweryfikowanie tego czy osoba posiada odpowiednie dokumenty potwierdzające jej kompetencje. Pamiętajcie, że macie prawo zapytać na pierwszym, albo każdym kolejnym spotkaniu o ukończone szkoły i poprosić o okazanie dyplomu ukończenia uczelni wyższej a także certyfikatu potwierdzającego ukończenie szkoły psychoterapii albo innych zaświadczeń, że osoba ta nadal się szkoli. Moja terapeutka przyjmuje pacjentów od około 20lat i tylko raz zdarzyło jej się, że ktoś zapytał ją o to jakie szkoły skończyła, a gdy zaproponowała, że pokaże kopie swoich dyplomów to pan się zmieszał, gdyż bał się, że terapeutka poczuła się jego pytaniem dotknięta. Sprawdzanie specjalisty, do którego się udajecie (nie tylko opinii o nim – co też jest cenną informacją) jest ważne dla Waszego bezpieczeństwa. Zdarzają się osoby, które prowadzą gabinet nie mając nawet ukończonej psychologii a nazywają się psychologami i psychoterapeutami a ukończyli szkolenie z NLP czyli programowania neurolingwistycznego, albo szkolenie coachingowe, więc psychoterapię w ich wykonaniu przyrównać można do mechanika samochodowego naprawiającego hydraulikę w domu – niby jedno i drugie opiera się na pracy manualnej różnymi narzędziami, niektóre zawory mogą być podobne, ale jednak nie ma gwarancji skutecznej naprawy.

Do kogo mam pójść z moimi problemami?

Zacznijmy od tego, że niezależnie do kogo pójdziesz – dobrze, że w ogóle podjąłeś/podjęłaś decyzję, by po tą pomoc się udać. Jak pójdziesz do psychologa_żki to on_a będzie wiedział_a gdzie Cię w razie czego pokierować na inne oddziaływania, tak samo gdy udasz się do dobrego lekarza_ki psychiatry.

A przechodząc do odpowiedzi na pytanie to sprawa ma się następująco:

  • Jeśli w Twoim życiu przydarzyło się coś bardzo trudnego, z czym czujesz, że nie możesz sobie samodzielnie poradzić albo jesteś w takiej sytuacji, kiedy nie wiesz co dalej; potrzebujesz informacji jak pomóc sobie albo bliskim – udaj się do psychologa (najczęściej ma więcej wolnych terminów niż psychoterapeuta).
  • Jeśli Twoje problemy ciągną się od bardzo długiego czasu; ciągle wpadasz w swoim życiu w takie same trudne sytuacje, np. każdy związek kończy się w podobny sposób; czujesz, że potrzebujesz przepracować wiele spraw w swoim życiu, męczą Cię objawy psychiczne, np. lęk, podejrzewasz, że to może być depresja – udaj się do psychoterapeuty.
  • Jeśli odczuwasz wiele dolegliwości zdrowotnych np. różnego rodzaju bóle, które nie są spowodowane żadnymi chorobami (wyniki badań są prawidłowe a Ty nadal cierpisz). Jeśli masz trudności ze snem, zmniejszony/zwiększony apetyt od dłuższego czasu co ma konsekwencje dla Twojej masy ciała, często odczuwasz lęk lub niepokój, nie masz siły by zmierzyć się ze swoimi obowiązkami, wszystko stało Ci się obojętne, masz wrażenie, że inni Cię obserwują, prześladują, nie masz ochoty wychodzić z domu, czujesz się kompletnie odrealniony, zagubiony, masz natłok myśli, z którymi sobie nie radzisz, szczególnie jeśli są one niepoparte rzeczywistością, bierzesz wszystko do siebie, np. spojrzenia innych osób, często płaczesz, dużo śpisz albo ciągle leżysz w łóżku i łapiesz „zawiechy”, przestałaś się myć i dbać o siebie. To są objawy, które wskazują, że konieczna będzie wizyta u psychiatry/ki.

Garść praktycznych informacji dla pacjenta/klienta

Lepiej na NFZ czy prywatnie?

Jest to jedno z najczęściej zadawanych przez Was pytań. Sama korzystałam na początku z usług poradni zdrowia psychicznego na NFZ (zarówno ze spotkań z psychiatrkami jak i z psycholożką), a obecnie leczę się prywatnie. Nie chcę tutaj demonizować, ani przyczyniać się do rozprzestrzeniania się poglądu, że jak nie zapłacisz to nie będziesz mieć dobrej opieki… ale w większości przypadków tak niestety jest, głównie przez strasznie długie kolejki sięgające nawet lat, bo specjalistów w ogólnodostępnej opiece zdrowia jest po prostu za mało i nie chodzi o to, że nie ma komu pracować, tylko, że NFZ podpisuje za mało umów (psychiatria jest bardzo słabo finansowana), w poradniach jest za mało miejsc pracy, a to, że się tam zarabia bardzo mało (w przypadku psychologów, bo nie wiem jak zarabiają lekarze) to też nie pozostaje bez znaczenia…

Podejście do pacjenta w prywatnych klinikach też jest zupełnie inne – lepsze. Zazwyczaj dzieje się tak, że po prostu kliniki między sobą konkurują w jakości usług i w ich interesie jest by zatrudniać jak najlepszych specjalistów i ich szkolić. Oczywiście zarówno na NFZ jak i prywatnie możecie trafić na różnych specjalistów, zarówno profesjonalnych i empatycznych, jak i niekompetentnych i oschłych.

Rekomenduję jednak leczyć się prywatnie ze względu przede wszystkim na to, że otrzymacie o wiele szybciej odpowiednią pomoc.

Jak długie kolejki?

Piszę o długich kolejkach, a ile to oznacza w praktyce? Myślę, że wygląda to tak samo jak w przypadku każdego innego specjalisty na NFZ, czyli od kilku miesięcy nawet do 2lat. Najgorzej jest w przypadku psychiatrii dziecięcej gdyż w całej Polsce jest zaledwie około 400 psychiatrów dziecięcych. W mniejszych miejscowościach nie ma ich w ogóle. Nawet zakładając optymistyczny scenariusz, że najbliższy termin do psychiatry jest za jakieś 2 miesiące, to w przypadku osób w głębokim kryzysie psychicznym, z depresją z tendencjami samobójczymi to taki czas oczekiwania może być zdecydowanie zbyt długi.

W mniejszych miastach, gdzie jest o wiele mniej ludzi i mniejsza świadomość społeczna żeby swoje zdrowie psychiczne chronić jest wbrew pozorom podobnie, bo przychodni jest tam po prostu mniej. Ja 6 lat temu kiedy próbowałam się dostać mając już założoną kartę w poradni czekałam 1,5 miesiąca. Prywatnie do naprawdę dobrego lekarza możecie się dostać nawet następnego dnia.

Trzeba mieć skierowanie?

To może się wydawać mało intuicyjne, ale do psychiatry (poradnia zdrowia psychicznego) nie jest konieczne skierowanie, ale do psychologa/psychoterapeuty już tak, mimo że nie są to zawody medyczne. Skierowanie takie może wystawić psychiatra albo lekarz rodzinny.

Jakie są koszty?

Koszt wizyty u psychiatry/ki w Warszawie to zazwyczaj 180-220zł (wizyta u profesora psychiatrii sięga nawet 300zł) za około 15-20min. Natomiast konsultacja psychologiczna waha się w granicach 130-160zł (interwencja kryzysowa to koszt od 100 do 160zł) a sesja psychoterapeutyczna 130-220zł w zależności od doświadczenia i wykształcenia terapeuty – lekarze psychiatrzy z dodatkowymi uprawnieniami w psychoterapii albo profesorzy psychologii wyceniają swoje usługi na więcej, zazwyczaj 200-220zł za 50min.

Jak często odbywają się wizyty?

Kiedy przychodzimy do psychiatry na pierwsze spotkanie najczęściej wychodzimy z receptą lub/i skierowaniem do psychoterapeuty. Wykupujemy leki, zapisujemy się na spotkanie z psychologiem/psychoterapeutą, i co dalej? Lekarze różnie podchodzą do tego tematu, bo pierwsza moja lekarka w ogóle nie poinformowała mnie o tym, że mam jeszcze kiedyś do niej przyjść. Kolejna powiedziała, że mam przyjść jakbym się poczuła gorzej. A obecna (kiedy już miałam sporo wiedzy w tym temacie po trzech latach studiów i świadomie wybrałam sobie lekarkę) kazała mi przyjść po miesiącu na kontrolę, a teraz przychodzę wtedy kiedy kończą mi się leki, albo kontaktuję się kiedy czuję, że potrzebuję zmienić dawkę. I to ostatnie podejście ma największy sens i najskuteczniejsze rezultaty w leczeniu zaburzeń i chorób psychicznych. Bo oczywiście są leki, które bierzemy doraźnie, jak np. leki uspokajające na sen, ale zazwyczaj leczenie odbywa się za pomocą neuroprzekaźników, które trzeba brać przez dłuższy czas żeby były w miarę trwałe efekty. Trzeba więc liczyć jakieś minimum pół roku leczenia (przy szybkim uzyskaniu remisji objawów), przy wizytach nie częstszych niż raz w miesiącu (na początku, potem nawet co 3-4miesiące).

Jeśli chodzi o to jak często spotykamy się z psychologiem to zależy od naszych potrzeb, najczęściej optymalnie jest to raz w tygodniu, potem co dwa tygodnie. W takich krótkoterminowych oddziaływaniach zazwyczaj wystarcza 6-12 spotkań.

W przypadku psychoterapii spotkania najczęściej odbywają się raz w tygodniu przez okres kilku miesięcy a nawet lat jeśli mamy do czynienia z większą ilością trudności do przepracowania. W przypadku jednego nurtu psychoterapii – psychodynamicznej spotkania są częstsze, dwa razy w tygodniu.

Podsumowanie w formie graficznej ściągi: 

Blue Photo Medical Trifold Brochure

Mam nadzieję, że udało mi się wyjaśnić dość treściwie na czym polegają najważniejsze różnice między profesjami zajmującymi się zdrowiem psychicznym człowieka. Jest to dość zawiłe jeśliby się mocno w to zagłębiać, ale takie podstawowe informacje jak w dołączonej grafice w zupełności wystarczą by być świadomym odbiorcą usług psychologów, psychoterapeutów i psychiatrów. Gdyby jakaś jeszcze kwestia Cię nurtowała, napisz proszę o tym w komentarzu. Pamiętaj, że nie ma głupich pytań i normalnym jest, że możesz czegoś nie wiedzieć 😉

Skuteczny sposób na natłok myśli!

LRM_EXPORT_214089717792131_20190907_165554969

Niektórzy twierdzą, że rolą naszego umysłu jest jedynie generowanie myśli. Jest w tym trochę prawdy. Czują to zwłaszcza ci, którzy na co dzień borykają się z myślotokiem, obawami, urojeniami, czarnowidztwem, porównywaniem się z innymi i wiecznym niezadowoleniem z siebie. Dorzuciłabym do tego jeszcze tendencję do perfekcjonizmu, kiedy jesteśmy częściej w głowie pełnej planów niż w działaniu, bo przecież jeszcze nie czas i trzeba się lepiej przygotować, oczywiście mentalnie.

Ja od dziecka miałam bardzo bujną wyobraźnię i wysokie potrzeby intelektualne przez co w pewien sposób żyłam w swojej głowie. Odkąd pamiętam byłam bardzo perfekcjonistyczna, ambitna i wymagająca od siebie bardzo dużo. Pogłębiło się to, kiedy zaczęłam doświadczać problemów z psychiką. Trudno było mi zaakceptować, że nie jestem już w stanie zrobić tyle ile bym chciała przez totalny wewnętrzny sprzeciw mojego ciała i psychiki. Nawet teraz mam bardzo duży problem, by uporządkować swoje myśli, by jakoś nad nimi zapanować zwłaszcza przed snem, kiedy ze zmęczenia moja samokontrola jest bardzo niska i zalewa mnie fala automatycznych trudnych do zniesienia myśli.

To co w sobie wypracowałam, by okiełznać szalejące w mojej głowie potwory, to wypisywanie sobie wszystkiego co tylko przyjdzie mi do głowy, co mnie trapi, męczy, czego potrzebuję, jakie mam marzenia, czego się obawiam, jakie zadania i wyzwania przede mną stoją, jakich projektów jeszcze nie dokończyłam. W zasadzie wszystko co w danym momencie zaprząta moje myśli. Takie wyrzucanie śmieci z głowy daje ulgę. Widzimy czarno na białym co zaprząta nasze zwoje mózgowe. Niejednokrotnie okazuje się, że martwimy się czymś co jest mało sprecyzowane, a dzięki wypisaniu tego możemy się dowiedzieć więcej na temat tego o co właściwie nam chodzi, dlaczego w naszym poczuciu jest coś nie tak. Możemy to doprecyzować a co najważniejsze – coś z tym potem zrobić.

Samo wypisanie tego co kłębi nam się w głowie daje niesamowite poczucie wolności. Szczególnie jeśli jest to wypisanie zadań, a nawarstwiło ich się tyle, że mamy poczucie, że nie wiadomo za co zabrać się najpierw. Kiedy to spiszemy, nie musimy już się stresować, że o czymś zapomnimy. Potem z takiej kartki łatwo jest przenieść takie zadania do organizera lub kalendarza.

Spisywanie także takich natrętnych myśli, które urastają do rangi automatycznych hejterów czy obsesji pomaga zmniejszyć ich oddziaływanie na nas. To trochę tak jak z pupilem, który domaga się uwagi. Kiedy się nim zajmiemy przez jakiś czas, spełnimy jego naglącą potrzebę bliskości z nami, potem odchodzi by położyć się na swoim własnym posłaniu. Ja mam specjalnie do tego przygotowany zeszyt z uwagi na to, że takich męczących myśli i snów pojawia mi się bardzo dużo i razem z terapeutką staramy się je po kolei rozbrajać, by nie były już takie absorbujące i krzywdzące. Kiedy mam pogorszenie nastroju i chodzę po domu marudząc, że nie jestem zadowolona z tego czy tamtego, mój mąż podsuwa mi kartkę wymownie bym to zapisała, albo sam bierze długopis i zapisuje czytając na głos mój cytat. Wtedy już wiem, że to co przed chwilą powiedziałam to był automatyzm, który pojawił mi się zupełnie niepotrzebnie w głowie.

IMG_20200425_182447

Każda forma wynotowywania tego co akurat tkwi nam gdzieś z tyłu głowy będzie okej. Czy to codzienne pisanie w pamiętniku, czy doraźne wynotowanie, kiedy mamy poczucie przytłoczenia. Spróbuj to zrobić teraz.

  1. Weź kartkę/zeszyt i długopis lub otwórz nowy dokument w edytorze tekstowym i pisz co tylko przyjdzie Ci do głowy, co prosi o Twoją uwagę.
  2. Następnie spójrz na swoją listę i postaraj się pogrupować jakoś te myśli, np. zadania do zrobienia, zmartwienia, plany, postanowienia, samokrytyka, która nie jest mi potrzebna.
  3. Teraz zastanów się chwilę nad każdym punktem zadając sobie pytanie: co mogę z tym zrobić? Napisz co zamierzasz zrobić później (zaplanuj to), a co możesz zrobić od razu. A te rzeczy, które są zdecydowanie krzywdzące zostaw do pracy na psychoterapii lub sam zastanów się, dlaczego się pojawiły, na jaką Twoją potrzebę wskazują? Potem pomyśl, jak możesz tę potrzebę spełnić inaczej niż zadręczając się, a następnie pozwól tym automatycznym, krzywdzącym myślom odejść, bo wziąłeś z tego najważniejsze przesłanie, a całą resztę wywal bez skrupułów do śmietnika.

IMG_20200425_182538

Kiedy już w ten sposób posortujesz swoje myśli, zastanowisz się nad nimi i przekujesz w coś konkretnego nad czym masz już kontrolę, poczujesz się zapewne lepiej, czego z całego serca Ci życzę.

Daj znać o tym czy ten pomysł do Ciebie przemawia, czy robisz coś podobnego we własnym zakresie i jak Twoje wrażenia po wykonaniu takiego ćwiczenia 😉

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na temat trudności dnia codziennego przeczytaj ten wpis: Nagromadzone napięcia dnia codziennego lub: Jak sobie radzić z problemami?

Jak przetrwać Święta w izolacji?

easter-4977641_1920

Nie tak wyobrażaliśmy sobie Święta Wielkanocne. Nie w zamknięciu, nie w samotności, nie pozbawieni wolności do spędzenia ich tak, jak tego chcemy, jak jesteśmy do tego przyzwyczajeni. To z pewnością trudny czas dla niemal każdego z nas, szczególnie dla osób, które i tak na co dzień czują się samotne. Zostaliśmy zmuszeni do tego by w tej nowej rzeczywistości się odnaleźć i zachować pozory normalności. I dziś właśnie o tej względnej normalności chciałabym napisać ku pokrzepieniu.

Sama potrzebowałam czasu, aby zebrać myśli na temat tego jak to będzie, kiedy odwiedziny bliskich nie są zalecane, a właśnie do takich świąt jestem przyzwyczajona, kiedy odwiedzam kilka domów (5-7) zarówno mojej części rodziny jak i mojego męża. Dziś mam tylko jeden dom. Jest inaczej, co nie znaczy od razu z automatu gorzej. Paradoksalnie trudne sytuacje często wychodzą nam po pewnym czasie na dobre. Warto się zastanowić nad tym, co jest dla mnie najważniejsze w tych świętach i na ile mogę to sobie dać. Czy będzie to utrzymanie tradycji, modlitwa, spotkanie z najbliższymi, pyszne potrawy i ładne ozdoby to myślę, że nadal jesteśmy w stanie sobie to tak zorganizować, by było to możliwe. Co prawda nie możemy wielu rzeczy jak np. organizować większych spotkań na żywo przy stole, ale nadal możemy dużo.

Jak mam zorganizować te święta sam/sama?

Mamy możliwość samodzielnego gotowania świątecznych potraw i pieczenia ciast (może pierwszy raz? Na co warto spojrzeć jak na ciekawe wyzwanie) choćby dla samego/samej siebie, bo dlaczego nie? Doceń siebie w ten sposób, bo jesteś równie ważny/ważna jak członkowie rodziny, dla których przygotowujesz zazwyczaj to jedzenie. Podpytaj tą osobę, która zazwyczaj robi sernik lub mazurek o to jak go zrobić. To pomoże docenić ją za to, że to co robiła zazwyczaj jest dla Ciebie ważne na tyle że zwracasz się do niej jak do specjalisty w tym obszarze.

Możemy nadal ozdobić wynajęte mieszkanie tak jak nam się podoba. Może odkryjemy jakieś fajne tutoriale o tym jak wykonać w domu ozdoby z tego co już mamy, skoro nie czas teraz na kupowanie. I oczywiście pisanki. Ja nie robiłam ich samodzielnie od bardzo dawna. Farbowałam jajka, ale nie ozdabiałam ich, bo nie miałam na to czasu, kiedy tuż przed świętami wyjeżdżałam.

Miałam największy dylemat związany z tym, co będziemy robić z tym czasem, aby był on inny, bardziej wyjątkowy niż to co robimy na co dzień. Co można zrobić, jeśli nie pójść na spacer (co jest teraz bardzo kontrowersyjną i sporną kwestią), oglądać telewizję, gdzie ciągle temat wirusa? Można skomponować własną propozycję filmów do obejrzenia lub nadrobienia zaległości książkowych. Można przeglądać zdjęcia. Albo zwyczajnie się wyspać.

Poczucie samotności można przełamać przez wideorozmowy z członkami rodziny i przyjaciółmi (niech żyje Skype, MS Teams, Messenger, WhatsApp i inne użyteczne teraz narzędzia wirtualne!). Wczoraj jedliśmy kolację z naszą przyjaciółką właśnie za pośrednictwem komunikatorów i jest to naprawdę ciekawe doświadczenie 😀 Więc jeśli to możliwe korzystajcie z tego, postawcie komputer/telefon na stole i cieszcie się tym, że możecie się choć usłyszeć. Może to być okazja, by nauczyć się czegoś nowego, np. właśnie obsługi tego typu programów w przypadku osób starszych.

A może te święta to będzie idealna okazja by spędzić pierwsze święta ze swoim partnerem/partnerką? Poczuć się jak rodzina, uwspólnić oczekiwania i przekonania dotyczące obchodzenia świąt, bo każdy z partnerów pochodzi z innej rodziny, gdzie Wielkanoc obchodzi się mimo wszystko w inny sposób. To wspaniały czas, by zbudować bardziej stabilny fundament w tej bliskiej relacji.

Nie czuję się dobrze emocjonalnie.

A jeśli nie czujesz się z tą sytuacją najlepiej, rób to co da Ci ulgę. Czy to będą memy (polecam! Z przyjaciółką mamy już całą kolekcję) czy wręcz odwrotnie płacz w poduszkę, wiedz, że każda reakcja jest ok. jeśli Ci pomaga. Zaakceptuj to co czujesz, nie walcz, a odejdzie szybciej. Święta mogą być przytłaczające w tej sytuacji. Mogą się nasilać objawy depresyjne, lękowe. Możemy nie mieć sił na jakiekolwiek przygotowania. Warto to uszanować. Powiedzieć sobie, że nie muszę. Nie muszę gotować jeśli nie mam na to siły, nie muszę się cieszyć i wysyłać radosnych życzeń, kiedy tego nie czuję. Zadbaj o to, by mimo wszystko mieć obok siebie kogoś, kto wesprze Cię psychicznie. Zadzwoń lub napisz do przyjaciela, bliskiego z rodziny i powiedz o tym jak się czujesz. A po świętach rozważ, czy może potrzebujesz bardziej profesjonalnego wsparcia. Psychologowie teraz pracują online, można z tego skorzystać. Kiedy czujesz, że sytuacja jest na tyle trudna, że potrzebujesz wsparcia natychmiast, bo np. pojawiają Ci się myśli samobójcze możesz zadzwonić:

Nie wyobrażam sobie świąt bez obrzędów religijnych.

Ograniczenia dotyczą teraz również udziału w nabożeństwach, co może być trudne dla osób zaangażowanych religijnie. Jeśli nie jesteśmy w stanie przeżyć tych świąt wraz z wspólnotą religijną, jestem pewna, że można znaleźć alternatywne rozwiązania. Bardziej nowoczesne wspólnoty organizują spotkania online. A jeśli wolisz tradycyjne rozwiązania, możesz włączyć transmisję mszy w telewizji lub radio. Możesz czytać Pismo Święte i modlić się samodzielnie w domu. Pamiętajmy, że prawdziwą wiarę mamy w sercu niezależnie od tego co dzieje się na zewnątrz.

Niby nie chodzę do kościoła i nie jestem specjalnie wierząca, ale nie czuję tych świąt.

Te święta są faktycznie wyjątkowe na swój sposób. Nawet jeśli nie jesteś osobą wierzącą i praktykującą, to z dużym prawdopodobieństwem masz potrzeby duchowe jak każdy inny człowiek. Można je realizować na wiele różnych sposobów. Przykładami mogą być tradycyjne obrzędy pochodzące jeszcze z czasów pogańskich np. Śmigus-Dyngus, jeśli nadamy mu dodatkowy wymiar (np. zapewnienie sobie radości), niż tylko to, że polewamy się wodą lub smagamy gałązkami. Może to być medytacja, praktyka mindfulness, kiedy koncentrujemy się na tym co jest wokół, na sytuacji, w której jestem obecnie. Może to być też zanurzenie się w naturze (tak, wiem, teraz może być to utrudnione… ale Ci co mają przydomowy ogród lub działkę czy chociażby balkon mogą skorzystać). Moim zdaniem warto odszukać tego, co to znaczy „klimat świąt” indywidualnie dla mnie. I w miarę możliwości zadbać o te potrzeby, które się za tym kryją. A jeśli nadal czuję, że to wszystko jest nie takie i nie ma się z czego cieszyć, to warto zaakceptować to, że te święta są po prostu inne, ale nie gorsze! Nawet jeśli tak nam się wydaje, to spróbujmy znaleźć w tej sytuacji pozytywy.

Jak mam znieść atmosferę w domu, kiedy nie mogę z niego wyjść?

Czas izolacji sprawia, że może rosnąć w nas frustracja, rozdrażnienie, poczucie dyskomfortu, co niestety sprzyja konfliktom, aktom agresji. Niepokojące są doniesienia o tym, że pogłębia się zjawisko przemocy domowej. Jeśli doświadczasz poniżania, wyśmiewania, bicia możesz zadzwonić i zgłosić sprawę na policję. Nikt nie ma prawa Cię w taki sposób traktować, niezależnie od tego kim jest dla Ciebie sprawca. To nie jest tak, że ktoś od razu idzie do więzienia (choć to na pewno zależy od indywidualnej oceny zagrożenia dla ofiar) lecz zakładana jest tzw Niebieska Karta, na mocy której udzielana jest tej rodzinie pomoc by uporać się z przemocą.

Jeśli sytuacja jest zwyczajnie nie do zniesienia a nie jest to przemoc, może pomóc wyrażenie własnej potrzeby, np. „zmieńmy temat, bo robi się nieprzyjemnie” „potrzebuję się położyć”. Nie daj się wciągać w negatywne rozmowy. Weź kilka oddechów. Wyjdź choćby do łazienki czy na balkon i tam pomedytuj lub postaraj się wyciszyć choć przez 2-3minuty. Stosuj komunikaty spokojne, konstruowane z własnej perspektywy typu: „ja się czuję źle z tym jak podnosicie głos, porozmawiajcie o tym po świętach i na osobności”. „Przykro mi patrzeć, jak złościsz się na to, że coś ci nie wyszło. Rozumiem, że się starasz, żeby wszystko było jak najlepiej.” „Złości mnie to, że w kolejne święta widzę, jak się upijacie”.  „Nie chcę o tym rozmawiać, to dla mnie zbyt osobiste”.

Może nie jest to czas na rozwiązywanie wielkich problemów rodzinnych, ale odpowiednie zasygnalizowanie tego co nie jest w porządku jest ważne, by nie urosło to do olbrzymich rozmiarów uniemożliwiając potem konstruktywne rozwiązania. Jeśli coś Cię gnębi, niepokoi da Ci to możliwość porozmawiania o tym z rodziną lub przygotowania się do takiej rozmowy.

Pomocna może okazać się technika dystansowania się. Spójrz na zachowania innych tak, jakbyś był badaczem i próbował zrozumieć co takiego w danym członku rodziny Cię złości. Skąd wzięło się jego zachowanie?

Inne rozwiązanie, może wyda Ci się dziwne, ale pomaga łapać dystans. Popatrz na swoją rodzinę w momencie, kiedy ich zachowania przekraczają Twoją tolerancję jak na zwierzęta, np. małpy. Obserwuj jak tata-goryl próbuje przeforsować swój punkt widzenia, mama szympansica próbuje uspokoić całą rodzinę, a nikt jej nie słucha, jak małe makaki w postaci młodszego rodzeństwa dokazują tworząc harmider. Takie ćwiczenie oprócz dystansu, czyli spojrzenia na swoją rodzinę z innej perspektywy nie wciągając się emocjonalnie w ich przeżycia, daje jeszcze przekształcenie emocji z negatywnych na bardziej pozytywne, bo to co wkurza nas w najbliższych ludziach w świecie małp byłoby śmieszne.

Podobny wpis na temat Świąt Bożego Narodzenia napisałam tu: Jak przeżyć Święta? może wyniesiesz z niego coś dodatkowego dla siebie.

Jak wytłumaczyć dzieciom, dlaczego nie pojedziemy do babci?

Z dziećmi trzeba przede wszystkim szczerze rozmawiać dostosowując się do ich rozumienia świata. Nie można zostawiać dziecka bez odpowiedzi na jego pytania w poczuciu niezrozumienia i niepewności, bo dziecko domyśli sobie straszne scenariusze. Można odwołać się do tego jak kiedyś samo było chore i jak źle się wtedy czuło, kichało, kaszlało a potem chora była cała rodzina i opowiedzieć, że teraz nie chcemy, żeby babcia tak zachorowała, dlatego zostajemy w domu. W rozmowie z dzieckiem trzeba wykazać się cierpliwością i zrozumieniem dla jego ciekawości, dając przestrzeń na zadawanie pytań. Możemy zaproponować dziecku, by powiedziało, jak chce te święta spędzić i razem ustalić co możemy zrobić np. grać w planszówki.

Nie obchodzę świąt, ale i tak chcę coś wartościowego ze sobą zrobić.

Działanie to najlepszy sposób radzenia sobie z trudną sytuacją. Pomyśl o tym, co możesz w tej sytuacji zrobić dla siebie, ale i dla innych. Może zostaniesz wolontariuszem w schronisku dla zwierząt? A może obdzwonisz swoich znajomych i rodzinę, sąsiadów, którzy mogą czuć się samotni, by rozproszyć ich smutki?


Warto szukać w tej sytuacji możliwości i rozwiązań zamiast popadać w rozpacz, że jest nie tak jak być powinno. To czego możesz potrzebować w tej dynamicznej i niestabilnej sytuacji, kiedy możesz mieć poczucie, że wiele Twoich praw zostało ograniczonych to poczucie bezpieczeństwa, stałości, normalności. Skup się na tym co możesz zachować jako punkty stałe tych Świąt Zmartwychwstania, co możesz odtworzyć by było takie jak w latach poprzednich. A może jesteś osobą, która lubi wyzwania i potrzebuje zmierzyć się z nową rzeczywistością i wykorzystać ją do rozwoju. Masz teraz ogromne ku temu pole!

Może jestem niepoprawną optymistką, ale życzę tego sobie i Wam, aby ta sytuacja izolacji zbliżyła nas do siebie jeszcze bardziej. Kiedy uświadomimy sobie kogo i czego brakuje nam najbardziej, docenimy to po zakończonej izolacji. Może ten wpis Ci w tym pomoże: Wdzięczności można się nauczyć. Czyli o tym, jak naturalnie stać się dla innych dobrym?

Pozdrawiam życząc spokojnych, zdrowych (również psychicznie) Świąt Wielkanocnych. Spędź je tak, by jak najlepiej zaopiekować się sobą i swoimi najbliższymi 🙂

Jak i dlaczego koronawirus zawładnął naszą psychiką?

coronavirus

Koronawirus to słowo, które niektórym ludziom spędza sen z powiek a innych inspiruje do tworzenia śmiesznych memów. Reakcje na obecną sytuację są przeróżne i każda z nich jest w pewien sposób adaptacyjna dla konkretnego człowieka, bo ma na celu przystosować się do niej i obniżyć lęk. Tak więc jedni przeglądają portale internetowe w poszukiwaniu jak największej ilości wiadomości, dzwonią do znajomych by podzielić się swoimi obawami, robią zapasy w sklepie, wygłaszają swoje koncepcje dotyczące teorii spiskowych, zajmują się swoimi sprawami korzystając z tego, że mogą zostać w domu, śmieją się z całej tej sytuacji lub bagatelizują problem żyjąc tak, jak do tej pory nie stosując się do odgórnych zaleceń.

Dlaczego tak się dzieje, że ludzie różnie reagują na tą samą sytuację?

Przede wszystkim chodzi o to, że jest to sytuacja nowa, dość nieprzewidywalna, zmieniająca się dynamicznie. To rodzi poczucie bezradności i pozbawia nas kontroli nad tym co dzieje się wokół nas. A to z kolei sprzyja temu, że interpretujemy to jako poważne zagrożenie. Myślenie o tej sytuacji w kontekście tragedii sprawia, że kontrolę nad nami przejmuje biochemiczna reakcja stresowa, w skrajnych przypadkach (jak ataki paniki) pozbawiając nas racjonalnego myślenia. Reakcja stresowa prowadzi do trzech opcji:

  • walki – chcę za wszelką cenę zmierzyć się z wyzwaniem, zrobić cokolwiek.
  • ucieczki – nie chcę o tym słyszeć, zaszywam się w domu i temat koronawirusa nie istnieje, nie wpuszczam do domu nikogo, nie wychodzę totalnie nigdzie, nawet nie mam ochoty odbierać telefonu, bo wszędzie temat koronawirusa, który wywołuje we mnie gęsią skórkę.
  • dysocjacji – żyję zupełnie w swoim świecie, temat epidemii nie istnieje, wypieram tak bardzo to, że się boję, że faktycznie przestaję odczuwać jakiekolwiek reakcje emocjonalne.

Reakcja walki sprzyja odzyskiwaniu poczucia kontroli i przewidywalności poprzez działanie. To właśnie dlatego ludzie tuż przed zamknięciem uczelni, miejsc pracy, galerii handlowych, kin itd. wykorzystują ostatnią chwilę by wszystko załatwić i kupić, czyli jednym słowem przygotować się na najgorsze. To dlatego towary znikają z półek, choć nie dostaliśmy żadnej informacji o tym, że sklepy zostaną zamknięte. W trudnej sytuacji skupiamy się na takim działaniu, które jest dla nas w danym momencie dostępne i jest w naszej ocenie słuszne. Organizujemy różnego rodzaju akcje typu #zostajęwdomu by pokazywać ludziom jak w fajny sposób można zagospodarować ten czas i pilnujemy, by inni siedzieli grzecznie w domach (szczególnie troszczymy się o osoby starsze i chore przewlekle, bo dla nich zarażenie jest najbardziej niebezpieczne). Czytamy informacje dotyczące samego wirusa, statystyk zachorowań, środków ostrożności.

Reakcja ucieczki też jest w sytuacji stresu dobrym posunięciem, gdyż odcina nas od nieprzyjemnych emocji i trudnych informacji. Więc to, że ktoś nie chce na ten temat rozmawiać jest jak najbardziej w porządku. Nie oznacza to, że jest ignorantem, lecz chroni siebie.

Na etykietę „ignoranta” niestety według społeczeństwa może zasłużyć osoba, która w sytuacji stresu doświadcza dysocjacji, czyli nie udziela się, nie interesuje i zdaje się żyje tak jak do tej pory, czyli w oczach innych – zbyt beztrosko, nie zdając sobie z powagi sytuacji. Oczywiście nie mam tu na myśli osób, które nic sobie świadomie nie robią z narzuconych restrykcji i totalnie łamią zakazy.

Ludzie mają naprawdę różne strategie radzenia sobie w trudnych sytuacjach, o czym możesz przeczytać tu: Jak sobie radzić z problemami?

Dlaczego towary tak szybko znikają z półek, a społeczeństwo ogarnia panika?

Wyobraźcie sobie sytuację, że Kowalski idzie do sklepu, żeby zrobić standardowe zakupy dla swojej dużej, 7-osobowej rodziny. Siłą rzeczy jego tygodniowe zakupy będą duże. Kiedy Nowak zobaczy to, że Kowalski robi takie zakupy, nie wiedząc, że tamten ma wielką rodzinę, zaczyna sobie myśleć: „hmm tamten Kowalski chyba wie, że niedługo zamkną sklepy i że trzeba robić zapasy, więc może i ja wezmę na wszelki wypadek trochę więcej.” Widzą to następne osoby i łańcuszek większych zakupów idzie dalej. A jeśli do tego zobaczymy, że półki stają się puste, to zaczyna nam pobrzmiewać w głowie „oho! Naprawdę sytuacja jest poważna, skoro tyle ludzi robi teraz zakupy a w magazynach może już nie ma towaru!”. Taki efekt psychologia nazywa informacyjnym wpływem społecznym. Chodzi o to, że w momencie, gdy sytuacja jest dla nas niejasna, nie wiemy, jak się zachować i reagować patrzymy, jak zachowują się inne osoby i reagujemy podobnie, gdyż wierzymy, że cudza interpretacja jest słuszniejsza i ci ludzie wiedzą co robią.

Może być też tak, że kiedy rozmawiamy z naszymi znajomymi na temat koronawirusa i oni mają jakieś swoje stanowisko na ten temat, które nam przedstawiają a my się z nim zgadzamy choć tak naprawdę myślimy coś zupełnie innego, a go nie wyrażamy. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ ulegliśmy mechanizmowi publicznego konformizmu – dostosowaliśmy swoje zdanie i zachowanie do tego czego nawet nieświadomie wymagała od nas grupa. Oczywiście to nic złego i każdy z nas ulega tym mechanizmom nie tylko w przypadku epidemii, lecz w zupełnie normalnych, występujących na co dzień warunkach.

Ogólnie zazwyczaj jest tak, że w sytuacjach nowych, zaskakujących a nawet zagrażających ludzie odczuwają niepokój lub lęk, ale są w stanie racjonalnie działać np. w przypadku pożaru wiedzą, jak się zachować i nie dają się całkowicie opanować przez emocje. Do paniki dochodzi wtedy, gdy czujemy, że sytuacja zdecydowanie przerasta nasze możliwości radzenia sobie i czujemy totalną bezradność. W obliczu zagrożenia całej społeczności może dość do indukowania, czyli kierujemy się zachowaniami innych wierząc, że są właściwe, a tak naprawdę okazują się one nieadekwatne. W tłumie bardzo łatwo o indukowanie zachowań i emocji, bo mamy wiele osób, które są dla nas punktem odniesienia. Dla przykładu: kiedy jadę pociągiem i zatrzyma się na chwilę pomiędzy stacjami nie stresuję się, bo zazwyczaj moje myśli zajęte są czymś innym, ale kiedy zauważę, że inne osoby zaczynają się niepokoić tą sytuacją i zaczynają wstawać z miejsc, dopytywać się o to co się stało mi też udziela się ten stan i czuję lęk. Byłam też świadkiem sytuacji, w której pasażer zaczął krzyczeć na kierownika pociągu a inni się do niego dołączyli zaczynając oskarżać go o to, że nie poinformował nas o tym, że się zatrzymamy w tunelu na poprzedniej stacji, a na pewno już to wiedział. Zebrała się kilkuosobowa grupa ludzi wokół kierownika a inni potakiwali. To jest przykład na nieadekwatne zachowania, które indukowane są w tłumie. Możliwe, że gdyby każda z tych osób rozmawiała z kierownikiem na osobności, nie doszłoby do obwiniania go o zaistniałą sytuację.

Ciekawym zjawiskiem społecznym, który bardzo pasuje do obecnej sytuacji jest psychoza tłumu. Polega ona na tym, że w tłumie prezentujemy takie same objawy fizyczne choć nie ma ku temu żadnych przesłanek. Ja sama, kiedy jechałam autobusem już po zamknięciu różnych instytucji i usłyszałam, że ktoś chrząknął, sama wyczulałam się na to, że coś mnie drapie w gardle. Psychika jest w stanie się nieświadomie dostosować i śmiem twierdzić, że może sama wywołać objawy. Przykładem są zaburzenia konwersyjne, czyli fizyczne objawy np. utrata wzroku, czucia w nogach na skutek silnych przeżyć emocjonalnych. Więc może być tak, że będąc bardzo mocno wyczulonym na to jak objawia się koronawirus sami dostrzeżemy u siebie objawy, których tak naprawdę nie ma (ale inna skrajność – bagatelizowanie objawów infekcji jest jeszcze gorsza).

Na wpływ społeczny jesteśmy więc narażeni wtedy, kiedy sytuacja jest wieloznaczna (nie wiadomo co o niej myśleć), kryzysowa (nie ma czasu by przemyśleć co zrobić) oraz wtedy, kiedy inni wydają nam się w tej dziedzinie ekspertami. Uwaga! kiedy wydają się, a niestety nie wtedy, kiedy faktycznie nimi są. Stąd ogromną rolę w rozprzestrzenianiu się wpływu społecznego i psychozy tłumu mają środki masowego przekazu, które są ogromnym źródłem (niekoniecznie prawdziwych) informacji. Pamiętajmy, że „sprzedaje się” najbardziej to, co działa na ludzkie emocje, a strach jest zawsze w cenie 😉 Często bywa tak, że o sytuacji wypowiadają się osoby, które na ten temat nie mają pojęcia albo nie miały czasu by rzetelnie zebrać informacje.  Ja sama unikałam tematu koronawirusa i nie chciałam się wypowiadać publicznie na temat epidemii, bo nie jest to mój obszar tematyczny. Jednak mając czas i chcąc przede wszystkim uporządkować swoją wiedzę na temat procesów społecznych w tym kontekście, postanowiłam napisać coś z perspektywy dziedziny, którą się zajmuję – psychologii.

Czy to prawda, że jako Polacy jesteśmy bardziej podatni na epidemię Covid-19?

Prawda, że chwytliwy nagłówek? Chciałam Wam pokazać jak szybko ulegamy sugestiom. Nie tylko my jako Polacy, ale wszyscy ludzie są bezbronni wobec wielu społecznych i poznawczych mechanizmów. Ale jest coś co faktycznie nas jako społeczeństwo wyróżnia: narzekanie, panikowanie i nieufność. Niestety tak postrzegamy samych siebie (choć nie mamy do tego powodu, bo obiektywnie powinno nam się żyć coraz lepiej w naszym kraju). Jesteśmy historycznie zakotwiczeni w narzekaniu na sprawy publiczne, podejrzewaniu innych o nieuczciwość lub spostrzeganiu wszystkiego co nowe i dynamicznie zmieniające się jako zagrażające. Nie da się ukryć, że jesteśmy dość straumatyzowani społecznie przez naszą historię i nie utworzyliśmy jeszcze silnego, demokratycznego społeczeństwa. A jak to się ma do obecnej sytuacji?

Ciągle powołujemy się na przykład Włoch, że oni zbagatelizowali problem i epidemia u nich urosła do ogromnych rozmiarów. Boimy się, że u nas będzie podobnie, a że jesteśmy narodem, który jest bardzo nieufny (zwłaszcza starsze pokolenia) to patrzymy teraz na innych dość wrogo. Zastanawiamy się czy on na pewno umył ręce, a czy ona nie przyjechała wczoraj z Niemiec, a on jest Włochem, więc na pewno już ma koronawirusa! Poza tym nawet młodsza część społeczeństwa sceptycznie podchodzi do tego, czy aby na pewno uczniowie i studenci są w stanie wysiedzieć dwa tygodnie w domu w izolacji nie robiąc imprezy i nie zarażając staruszków w autobusach, a znowuż staruszkom nie wierzymy, że nie pójdą w piątek na targ a w niedzielę do kościoła. Niestety, stereotypy i uprzedzenia to trudny temat, który jest obecny (szczególnie) w takich sytuacjach społecznych…

No i ciekawa sytuacja ze znikającym makaronem i ryżem ze sklepów jest taka, że ludzie boją się wprowadzenia stanu wyjątkowego pamiętając czasy PRL i stanu wojennego, kiedy brakowało wszystkiego a społeczeństwo było uciskane, więc wyznają zasadę „przezorny zawsze ubezpieczony”. A jeśli już widzą puste półki to wtórnie sprzyja to wzmożeniu niepokoju społecznego – „a co, jeśli wprowadzą limity albo wykupią wszystko a ja nie zdążę nic kupić?”. Do tego takie dynamicznie zmieniające się sytuacje sprzyjają rozprzestrzenianiu się plotek i niepotwierdzonych informacji szybciej niż sama infekcja wirusem.

Koronawirus to na pewno spisek!

Pewnie słyszeliście już niejedną teorię na temat tego, skąd się wziął wirus i komu jest na rękę by go rozprzestrzeniać i o nim mówić…

Skąd w nas potrzeba tworzenia teorii spiskowych? Ano stąd, że gdy mamy za mało danych, sytuacja jest nieprzewidywalna, a do tego jesteśmy społeczeństwem narzekającym (lub skrajniej: obwiniającym innych za nasze krzywdy) i nieufnym to spisek rządu, Chińczyków, Amerykanów, banków, sklepów itd. pasuje tu jak ulał! Nie ważne jak, ale jakoś tą sytuację, której nie rozumiemy trzeba wyjaśnić. Szukamy więc (czasem na siłę) powiązań przyczynowo skutkowych nawet tam, gdzie ich nie ma.


Lęk można więc przekuwać w wiele różnych zachowań: aktywne działanie i poszukiwanie informacji, unikanie wiadomości, przekuwanie sytuacji w żart by pozbywać się napięcia emocjonalnego lub zamknąć swoją psychikę w obronie i żyć, jak gdyby nigdy nic. Każda reakcja jest ok, jeśli nie prowadzi do skrajności, które już nie sprzyjają adaptacji, lecz sieją panikę lub dają przyzwolenie na bagatelizowanie problemu. Oczywiście oprócz lęku czy determinacji do działania można czuć złość i pewnie wiele z Was ją czuło, kiedy Wasze osobiste plany zostały pokrzyżowane.

Cieszę się, że jako społeczeństwo potrafimy stanąć na wysokości zadania i bardzo szybko podejmować decyzje i elastycznie podporządkować się nowej sytuacji, nawet gdy wymaga to od nas poświęcenia. Muszę wyrazić swoje zdanie, że naprawdę nie mamy powodów do kompleksów w stosunku do innych krajów, np. Niemiec (do których lubimy się porównywać jako bardziej prestiżowy kraj), bo oni nie wdrożyli tak szybko działań jak my.

Mam głęboką nadzieję, że pewne nawyki z nami zostaną szczególnie te, że będziemy regularnie kupować mydło i papier toaletowy, myć często ręce i zostawać w domu, kiedy mamy objawy infekcji. Jak z każdego kryzysu można wyjść z dodatkową nauką i jeszcze lepszym funkcjonowaniem. Dlatego rozumiem też tych, którzy mówią, że grypa jest równie niebezpieczna i powoduje dużo zgonów a jakoś w sezonie jesienno zimowym nie panikujemy z tego powodu… powtórzę: boimy się tego co nowe, a do naszej rodzimej (choć ciągle groźnej i mutującej) grypy się już przyzwyczailiśmy.

Trzymajcie się, nie dawajcie się panice (czytajcie informacje tylko z rzetelnych źródeł), dbajcie o siebie nie tylko przez najbliższe tygodnie, ale tak w ogóle 😉