Jakie znaczenie ma wychowanie? Część 4. NADMIERNA OCHRONA

wallabies-411548_1920

W psychologii wyróżniamy cztery główne postawy rodzicielskie, które są niepożądane w wychowaniu. Są to:

Postawa nadmiernie chroniąca

Polega ona na nadmiernej opiekuńczości wobec dziecka i lęku o jego życie i zdrowie, objawiających się przez traktowaniem go jakby było dużo młodsze, sprawowaniem nad nim nadmiernej kontroli hamując jego spontaniczną aktywność. Rodzic rozwiązuje za dziecko trudności, dyktuje mu wszelkie działania nie dopuszczając do samodzielności i nie doceniając jego możliwości. Z drugiej jednak strony rodzic jest tak bardzo skoncentrowany na dziecku, że ulega mu w wielu kwestiach, uważa je za idealne przez co jest dla niego nadmiernie pobłażliwy i uważa, by dziecka niczym nie urazić czy skrytykować. Może też świadomie bądź nie uzależniać je od siebie, a izolować od rówieśników, dając mu do zrozumienia, że są to mało wartościowe znajomości.

„syneczku, będzie tak jak chcesz” czyli o tym jak wychować sfrustrowanego i samolubnego młodego człowieka

Rodzice nie chcą angażować dziecka w sprawy domowe, uważając, że jest na nie jeszcze za małe, przez co dziecko nie ma szansy dowiedzieć się zbyt wiele na temat codziennego życia rodzinnego. Dziecko nie otrzymuje wyzwań, które stymulowałyby jego prawidłowy rozwój motoryczny czy poznawczy, nie ma stawianych wymagań czy obowiązków do spełnienia. Przez co może się frustrować podczas napotkanych trudności, a jego stany emocjonalne są dla niego trudne do opanowania. Wtedy do pomocy wkraczają rodzice, którzy w dobrej wierze chcą odsunąć od dziecka trudności, wyręczając je w kolejnych zadaniach pogłębiając tym samym jego nieporadność, podatność na frustrację i niedostosowanie do życiowych wymagań.

To co może być jeszcze charakterystyczne dla rodziców nadopiekuńczych, to stopniowe uzależnianie dziecka od siebie, będąc dla niego jedynym wybawieniem, wsparciem, pomocą. Stopniowo wygaszają w dziecku potrzebę posiadania przyjaciół lub w ogóle nie pozwalają tej potrzebie się pojawić. W skrajnych przypadkach może pojawić się świadome izolowanie dziecka od rówieśników, może to być tłumaczone dziecku, że „to nie jest towarzystwo dla ciebie. Chcę żebyś się zadawał z dobrymi dziećmi”. Dzieci, które mają mało kontaktu z rówieśnikami stają się społecznie niedojrzałe, nie rozumieją motywów działania innych ludzi, mają małą zdolność rozumienia emocji, nie potrafią rozwiązywać konfliktów, bywają nieprzystępne, odizolowane.

Kiedy dziecko dostanie zły stopień w szkole, rodzic nie jest zły na dziecko, lecz obwinia o niepowodzenie nauczyciela lub szkołę, program nauczania. Uczy więc tym samym, że niepowodzenia nie są wynikiem jego działań, lecz złośliwością innych, niesprawiedliwymi zasadami itp.

Aby okiełznać dziecko rodzice spełniają jego kaprysy i zachcianki, stopniowo podporządkowując całe życie rodzinne widzi mi się dziecka tym samym sprawiając, że dziecko wcale nie jest okiełznane, lecz otrzymuje pozwolenie na dalsze takie manipulacyjne zachowania. Dlaczego rodzice to robią? Bo nie wyobrażają sobie sprzeciwieniu się dziecku, zapędzili się w taki styl wychowawczy i teraz nie potrafią z niego wybrnąć. To wszystko może być powodowane silną potrzebą posiadania dziecka na wyłączność i zapewnienia mu wszystkiego co (w perspektywie rodzica) najlepsze i oddalić od niego życiowe troski, „aby miał w życiu lepiej niż ja”. Co niestety na dobre mu może nie wyjść.

Jako starsze dzieci, nastolatkowie a potem dorośli osoby wychowywane w ten sposób mogą prezentować nadmierną pewność siebie i poczucie wartości, zarozumiałość, arogancję wchodząc w wiele konfliktów. Ich zachowania z boku mogą wyglądać na infantylne. Obrazowo mówiąc to taki typ stereotypowego pyskującego gimnazjalisty uważającego wszystkich za głupków. Przez innych widziani mogą być jako egoiści mający nadmierne wymagania wobec innych, którzy sami nie kwapią się, by jakiś problem rozwiązać. Tego typu zachowania mają zamaskować wewnętrzne poczucie niepewności, bezradności i lęku.

„córeczko, pomogę ci z tym, zostaw to!” czyli jak nauczyć dziecko by nie miało własnego zdania i nie wierzyło w siebie.

Rodzice często przejawiają wobec dzieci wścibstwo, chcąc panować nad każdym aspektem życia dziecka. Chcą wszystko wiedzieć, zadają zbyt dużo pytań, nalegają na zwierzenia próbując wyszukać problem nawet tam, gdzie go nie ma. Często rodzic wyraża głośno opinię o tym czym dziecko powinno się przejmować a czym nie, więc nie pozostawia w tym względzie przestrzeni dla emocji dziecka.

Charakterystyczne są lękowe motywy rodziców, którzy pod iluzją opieki nad dzieckiem ograniczają jego rozwój i rozumienie świata. Lęk może dotyczyć przeróżnych chorób, np. zarazków, których pełno w miejscach publicznych, dlatego nie pozwalają dziecku jeść na mieście, chodzić z klasą na wycieczki, do kina. Mogą też nadmiernie bać się urazów i wypadków przez co są w stanie codziennie odwozić nastoletnie już dziecko do szkoły, młodszemu dziecku ograniczać ruch by sobie niczego nie zrobiło „bo co to będzie jak sobie skręcisz kostkę?”. Rodzice dzwonią do dziecka kilka razy dziennie lub wymagają by pisało SMS na każdej przerwie odpowiadając na pytanie czy wszystko ok. A kiedy dziecko nie odbierze telefonu, mama czy tata dostają palpitacji serca z lęku mając przed oczami jedynie tragiczne scenariusze. Dzieci nadopiekuńczych rodziców nie wychodzą same z domu, nastolatkowie mogą się poruszać po ulicach tylko z zaakceptowanymi przez rodziców przyjaciółmi a tuż przed zmrokiem mają się meldować w domu na kolacji.

Rodzic nie wierzy, że dziecko będzie w stanie dobrze sobie radzić bez jego pomocy i na wszystkie samodzielne poczynania dziecka rodzic patrzy z niepokojem i każde nawet malutkie potknięcie kończy się wyręczaniem, długimi wywodami na temat tego czego dziecko nie widziało, nie uwzględniło i dlaczego to mogło być niebezpieczne. Dorosły nie uznaje tego, że dziecko by rozwijać się prawidłowo, potrzebuje od najmłodszych lat eksplorować świat za pomocą wszystkich zmysłów i potrzebuje w tym zakresie przestrzeni, by rozwinąć samodzielność, pewność siebie, ciekawość świata, poczucie skuteczności. Gdy takie doświadczenia są mu zabierane z negatywnym feedbackiem, który daje dziecku do zrozumienia, że niczego nie potrafi zrobić dobrze i na każdym kroku czyha niebezpieczeństwo, dziecko buduje zaniżoną samoocenę, uczucie bezwartościowości, niechęć do wyzwań i powątpiewanie w swoje umiejętności radzenia sobie. Takie dziecko może być podatne na wystąpienie reakcji lękowych, wycofanie społeczne, wiele konfliktów wewnętrznych typu „chcę, ale się boję”. Choć badania nie potwierdzają, aby młodzi dorośli wychowywani w taki sposób mieli wyższe natężenie lęku niż osoby wychowywane zgodnie z innymi postawami niepożądanymi (odrzucającą, nadmiernie wymagającą, niekonsekwentną).

Dziecko może nie mieć szans zbudować własnej tożsamości i może być zagubione w życiu i nie wiedzieć jakie właściwie jest, kim jest i czego chce, co mu sprawia radość, co chce robić w dalszym życiu, dlatego że nie miało szansy się o tym dowiedzieć, nie miało odpowiednich doświadczeń, które zostały zahamowane i pokryte lękiem. Dziecko nie umie radzić sobie z porażkami, gdyż zanim podejmie się jakiegoś zadania już się do niego zniechęci. Może nie być w stanie również podejmować decyzji, gdyż rodzice raczej nie pytają go o zdanie, wiedząc lepiej na temat tego czego mu potrzeba i co czuje. Dziecko takie wyrasta na nastolatka a potem dorosłego, który jest niedojrzały emocjonalnie, ma niskie umiejętności społeczne, jest zależny od innych i bierny. Nadmiernie ustępuje innym prezentując swoją uległość.

Skąd nadmierna potrzeba chronienia?

Generalnym problemem występującym w postawie nadmiernie chroniącej jest nieumiejętność obdarzenia dziecka zaufaniem i adekwatną do jego wieku, rozumną swobodą. Ma to wiele negatywnych konsekwencji w późniejszym życiu dziecka, zaburzając szczególnie jego funkcjonowanie emocjonalne i społeczne. Najczęściej to matki są bardziej zaabsorbowane lękowo dzieckiem niż ojcowie i okazuje się, że ta postawa koreluje negatywnie z rozumieniem emocji, czyli im bardziej matka ochrania swoje dziecko tym mniej rozumie emocje własne i dziecka oraz na odwrót: matka odnajdująca się we własnych emocjach i emocjach swojej pociechy daje mu więcej przestrzeni do rozwijania się.

Skąd się bierze takie nadmiarowe dbanie o własne dziecko? czynników może być dużo, najczęściej z postawami rodzicielskimi bywa tak, że są one przekazywane z pokolenia na pokolenie. Być może matka była tak chroniona przez swoich rodziców, a teraz tak bardzo troszczy się o swoje dziecko. wpływ na wytworzenie się takiej postawy wobec dziecka może mieć także długie starania o ciążę i późne macierzyństwo albo zbyt wczesne kiedy matka nie do końca ufa w swoje macierzyńskie umiejętności ale chce dla dziecka jak najlepiej. Nie bez znaczenia są także traumatyczne wydarzenia, takie jak strata dziecka, wypadek lub poważna choroba dziecka (np. nowotworowa), kiedy rodzic chce rekompensować dziecku wszelkie nieprzyjemności jakich doświadczył w szpitalu.


Myślę, że udało mi się pokrótce opisać Wam czym jest nadopiekuńczość i jakie rodzi konsekwencje, choć (jak wszystko w psychologii) jest to rozległy temat. Na koniec jeszcze chciałabym abyście zapoznali się zestawieniem obowiązków domowych dostosowanych do wieku dziecka (przygotowanym przez portal Natuli Dzieci są ważne), tak by dawać mu możliwość sprawdzania, ile jest w stanie wykonać samodzielnie i budując jego poczucie skuteczności i wartości. Oczywiście zasada jest taka: nie zmuszamy, lecz wykorzystujemy naturalną chęć pomocy dziecka, które jest ciekawe tego co robią w domu dorośli. Z artykułem na ten temat możecie się zapoznać pod tym linkiem:
https://dziecisawazne.pl/dzieci-zyskuja-pomagajac-domu-wtedy-dobrowolne-rozmowa-agnieszka-stein/

obowiązki domowe dla dzieci.jpg

Pozdrawiam
Julia!

Jak pomóc osobie w kryzysie psychicznym i depresji?

guy-2617866_1920

Żeby pomóc komuś kto doświadcza trudności po pierwsze trzeba umieć zauważyć, że dzieje się coś niedobrego. Nie trzeba być do tego detektywem, a jedynie życzliwym, empatycznym lub ciekawskim człowiekiem. Czasem można wyłapać zmiany w zachowaniu danej osoby, np. po tym, że jest mniej energiczna niż wcześniej, mniej o siebie dba, popełnia więcej błędów, w mediach społecznościowych publikuje jakieś smutne posty, gdzie między wierszami można wyczytać, że może mieć problem lub przestała zabiegać o kontakt, nie pojawia się na spotkaniach, nie widujemy jej już od dawna. Po drugie trzeba wiedzieć co pomaga, a po trzecie przejść do konkretnego działania. A więc co działa i jak to zastosować?

1. Nawiązać kontakt – rozproszyć poczucie osamotnienia

Czym jest osamotnienie? Jest indywidualnym odczuciem danej osoby, jej interpretacją rzeczywistości. Dlatego może czuć się samotna, nawet będąc w związku, nawet będąc ciągle otoczona ludźmi, czy to znajomymi czy pracując z klientami. Kiedy ja doświadczałam swojego kryzysu, poczucie osamotnienia często mi dokuczało. Ktoś mógłby powiedzieć „przecież masz męża”, tak mam. I nawet jemu płakałam w ramionach, że „czuję się taka samotna”, bo mam wrażenie, że nikt nie rozumie, nie potrafi się wczuć, nie daje mi tego czego potrzebuję, a przede wszystkim nie jest dostępny wtedy, kiedy go najbardziej potrzebuję. Zapewniam Cię, że bardzo trudnym psychicznie momentem jest, kiedy wracasz do pustego domu. Nie ma w nim nikogo, bo albo wszyscy są w pracy/szkole, albo dlatego, że mieszkasz sam. Czeka na ciebie tylko bałagan. Więc pierwszym krokiem, gdy zauważysz, że może być coś nie tak, jest wyrwać tą osobę z poczucia, że jest samotna. Umówić się z nią, zadzwonić, napisać.

Jak zagadać?

Nie można wyskoczyć do osoby w kryzysie jak Filip z konopi z pytaniem „A dlaczego nie przychodzisz ostatnio na spotkania?” „Co się z tobą dzieje, że popełniasz błędy?”. Taka forma może być odebrana przez osobę w kryzysie jako forma ataku i ograniczania jej wolności do życia po swojemu i samodzielnego działania i podejmowania decyzji. Zmusza do poszukiwania wytłumaczeń, uzasadnień, alibi i innych form obrony. Wysłanie przez komunikator samego pytania „co się stało?” albo cytowanie od razu w pierwszej wiadomości słów z posta z prośbą o wyjaśnienie, dlaczego pisze takie rzeczy, też wzmaga to opór pod tytułem „o nagle się zainteresował! Co jemu się stało, że nagle sobie przypomniał” i może być formą wymuszania wyznań, na które „na dzień dobry” osoba może nie mieć ochoty. Wtedy może zareagować rozdrażnieniem, odpisać ucinając rozmowę, że „nic się nie stało” „wszystko dobrze, nie martw się” „nie chcę o tym gadać” lub w ogóle olać takie próby kontaktu. Ja sama nie raz dostawałam wiadomości tego typu i mimo, że jestem osobą bardzo wyrozumiałą, potrafię się wczuć w sytuację drugiej osoby, zdaję sobie sprawę, że ktoś tak pisze w dobrej wierze i w ogóle powinnam być wdzięczna, że okazał zainteresowanie, to i tak nie umiem wyhamować mojego poczucia niezrozumienia i rozdrażnienia, że tak się do osoby w trudnej sytuacji nie powinno zwracać. Lepiej więc to zastąpić pytaniem „co u Ciebie?” jeśli dalej odpowiednio pociągniecie temat tego, że u niego raczej słabo.

Jak więc okazać swoje zainteresowanie? Wyjdź od tego co zauważyłeś i od własnych emocji.

Możesz powiedzieć:

  • „niepokoi mnie to, że nie odpisujesz na wiadomość. Zastanawiam się nad tym czy coś się stało, że nie mogłaś odpisać.”
  • „zaniepokoiłem się, kiedy nie przyszłaś na spotkanie. Pomyślałem, że coś musiało się stać”
  • „Ostatnio nie widuję Cię na zajęciach i przyznam szczerze, że trochę mnie to zmartwiło. Czy coś się stało?”
  • „zrobiło mi się smutno, gdy przeczytałam Twój post na Facebooku. Odniosłam wrażenie, że coś trudnego się u Ciebie wydarzyło”
  • „Martwię się, bo wydaje mi się, że jesteś ostatnio przemęczony. Mam rację?”
  • „czuję się trochę bezradna, bo zauważyłam, że jesteś rozdrażniony i nie wiem do końca czym to jest spowodowane, a chciałabym jakoś pomóc, jeśli mogę”

Dajesz w ten sposób znak, że to co smuci tą osobę, smuci również Ciebie, a nie że smuci Cię to, że ktoś jest przygnębiony. W ten sposób unikniesz indukowania osobie poczucia winy „jestem tak beznadziejny, że nawet innym psuję humor” a dajesz poczucie, że problem, z którym się zmaga, musi być istotny i ma prawo do tego, by czuć się źle. Przez to ta osoba poczuje się ważna i trochę bardziej zrozumiana już na wstępie rozmowy. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to trochę dziwne i sztuczne dla zwykłego człowieka nie zajmującego się profesjonalnym pomaganiem, ale wydaje mi się, że najbardziej skuteczne. Bo gdy my otworzymy się z własnymi emocjami, druga osoba, która de facto jest targana emocjami jeszcze bardziej, dostanie sygnał, że czuć trudne emocje jest ok. i przestrzeń na to, by te emocje wyrazić. Spodziewam się, że dla osoby, która sama nie ma kontaktu z własnymi emocjami, przyznanie się, że czuje się smutna, bo ktoś wyraźnie cierpi, jest trudnym wyzwaniem, ale miejmy na uwadze to, że w tym momencie liczy się to, by pomóc komuś na kim nam zależy.

Potem zachęć do podjęcia rozmowy. Wystarczy zapytać: „chciałbyś o tym porozmawiać?” albo wyrazić to prośbą: „proszę, pogadajmy o tym co się dzieje”.

Co zrobić, jak ktoś odrzuca nasze zainteresowanie i naszą pomoc?

Trzeba być cierpliwym i konsekwentnie próbować. Zaufanie zdobywa się gestem, nie samym słowem. Nie wystarczy powiedzieć: „możesz na mnie liczyć”. Trzeba to pokazać. Pokazać, że jesteś obok gdyby chciał porozmawiać. Powiedzenie „jak zechcesz się wygadać to zadzwoń/napisz” też nie jest wystarczające. Nie raz sama się na tym łapałam, że pisałam komuś, że w razie, gdyby potrzebował, żeby do mnie pisał i… tyle. Potem nasze drogi się rozchodziły i po jakimś czasie relację trzeba budować niejako od nowa. Należy regularnie nawiązywać kontakt, podtrzymywać go i w ten sposób budować zaufanie i dawać przestrzeń na zwierzenia. Okazać zainteresowanie dla samego funkcjonowania danej osoby, o którą się martwimy, bez naciskania na wyjawianie sekretów. Napisać nawet zwyczajnie pytając o to co u niej słychać. Ja lubię pytać o to jak komuś minął dzień. To moim zdaniem bardzo fajna forma pytania o konkret. Zapytanie kogoś: „jak Ci minął dzień/weekend?” sugeruje większe zainteresowanie niż „co u Ciebie?” które przez niektórych jest używane jak angielskie „how are you?”, na które grzecznościowo odpowiada się „fine, thanks” a u nas „po staremu” lub „jakoś leci”.

Trzeba zabiegać o kontakt i trzeba pokazywać, że naprawdę jest się obok, bo jest duże ryzyko, że osoba w kryzysie sama nie zwróci na siebie uwagi i nie poprosi o pomoc, bo ma poczucie, że jest ciężarem dla innych, że sama powinna sobie radzić, że jej problemy są zbyt głupie i wstyd się przyznać, może mieć też duże poczucie winy, że znalazła się w takiej sytuacji i poproszenie o pomoc spowoduje jeszcze większe poczucie winy, że dodatkowo się kogoś wikła w swoje sprawy. Dlatego to osoby z zewnątrz powinny okazać, że się interesują tym co się dzieje z daną osobą i że jej problem nie jest powodem do wstydu i razem coś zaradzimy. Gdy byłam na wykładach otwartych w ramach Światowego Dnia Zapobiegania Samobójstwom, mgr Małgorzata Łuba prelegentka na co dzień zajmująca się wspieraniem osób w kryzysie powiedziała taką metaforę: „należy pukać do drzwi, czekając aż ktoś otworzy a nie walić w drzwi”. Więc musimy oferować swoją pomoc z wyczuciem, delikatnie zaznaczając swoją obecność, ale do niczego nie zmuszać. Weź pod uwagę to, jak sam byś się czuł, gdyby ktoś na Tobie coś wymuszał, zwłaszcza wyjawienie traumatycznych zdarzeń. Osoba w kryzysie boi się, że pytasz tylko z ciekawości szukając sensacji, albo chcesz zaraz się wymądrzać udzielając rad i szybkiego pocieszania („nie mów tak, na pewno wszystko się ułoży”), które są najczęstszymi błędami, a wynikają z tego, że chcesz pomóc za szybko i sam nie radzisz sobie z własnymi emocjami – cierpienie innej osoby wzmaga w Tobie duże napięcie i chcesz je jak najszybciej zredukować, by poczuć się lepiej. O błędach w pomaganiu napisałam tu: Jak NIE POMAGAĆ osobie z depresją

Dostrojenie się

Kiedy już uda Ci się zdobyć zaufanie osoby, kiedy zacznie stopniowo wyjawiać o co chodzi, dlaczego jest w kryzysie i jak się z tym czuje, stwórz odpowiednie warunki do kontynuowania zwierzeń, np. usiądź bliżej, złap za rękę, spójrz na tą osobę komunikując „jestem i słucham”. Przede wszystkim pozwól mówić. Czasami wystarczy razem chwilę pomilczeć i osoba zdecyduje się wykorzystać tę chwilę.

Ważne jest dostrojenie się do osoby, która mówi. Nie chodzi o to, by płakać razem z nią, lecz umieć postawić się w jej sytuacji i nie próbować negować jej emocji. Zaakceptuj to, że dana osoba akurat tak się czuje. Możesz spróbować nazwać jej emocje, np. „widzę, że się boisz”, „domyślam się, że jest ci smutno”, „to musi być dla ciebie bolesne”.

Uwielbiam bajkę „W głowie się nie mieści”, która opowiada o emocjach. Jest to bajka, którą moim zdaniem powinien obejrzeć każdy. Ja ciągle się na niej wzruszam i śmieję do łez. I co ważne, jest tam uchwycony jeden bardzo ważny moment (na który zwróciła naszą uwagę właśnie prelegentka na wspomnianym wykładzie), dlatego ja też przedstawię go Tobie (kliknijcie w link):

Empatia według bajki w głowie się nie mieści.

2. Rozeznać się w sytuacji osoby w kryzysie

Kiedy osoba w kryzysie odważy się coś Ci na temat swojego problemu powiedzieć istnieje duże prawdopodobieństwo, że właśnie teraz odpowie na Twoje pytania, więc nie bój się dopytywać. Często osoba w kryzysie wręcz oczekuje pytań (oczywiście tych z wyczuciem), które są dla niej wyznacznikiem, że jesteś zainteresowany tym jak się czuje, jak sobie radzi i tym co ją gnębi.

Jak widziałeś w filmie, rozmawianie o tym co akurat czuje dana osoba i powodach smutku, rozpaczy, złości, daje osobie w kryzysie ulgę i poczucie, że ma prawo się tak czuć, że to jest w porządku a jej problemy nie są powodem by trzymać wszystko w tajemnicy. Otwarta rozmowa zmniejsza niepokój i lęk. Nawet otwarte rozmawianie o myślach samobójczych. To mit, że nie powinno się poruszać tego tematu, bo utwierdzi się osobę w kryzysie do popełnienia samobójstwa. Jest wręcz przeciwnie, nieokazanie zainteresowania, założenie, że nic sobie nie zrobi, brak wsparcia i rozmowy wzmaga osamotnienie i popycha do pozbawienia się życia. Są to na pewno trudne tematy, nie każdy byłby w stanie je podjąć. Jednak naprawdę warto.

Dać wsparcie – rozproszyć bezradność

Osoba, która jest w kryzysie często nie jest w stanie dostrzec rozwiązań swojej sytuacji, bo skupia się na swoim stanie emocjonalnym, ma poczucie, że to co złe, będzie trwało już wiecznie, a ona sama jest niezdolna do jakiegokolwiek działania. Czuje się bezradna, zagubiona, przeciążona wszystkim co dzieje się wokoło, a przede wszystkim tym co czuje i tym, jakie myśli projektuje jej głowa.

Aby pomóc przełamać spiralę bezradności i trudnych emocji, warto skupić uwagę osoby na jej zasobach. Jak to zrobić? Zapytaj, czy już kiedyś miała podobny problem i jak sobie z nim poradziła. Jak zazwyczaj daje sobie radę w życiu codziennym? Co jej pomaga poczuć się trochę lepiej? Czy jest coś co mogłaby zrobić razem z Tobą by poczuć się lepiej? Czy przychodzi jej jakieś konkretne działanie do głowy, które mogłoby rozwiązać problem? Zapewne nie będzie w stanie znaleźć tego rozwiązania, bo ma poczucie, że wszystko jest do kitu i na pewno to nic nie da, ale może akurat przyjdzie jej coś do głowy nawet z etykietą „ale to głupie, żałosne, bez sensu…” itd. wtedy my wyłapujemy z tego co realnie można zrobić by tej osobie pomóc.

Czy można udzielać rad osobie w kryzysie?

Można, ale umiejętnie. Co to znaczy? Najpierw poszukaj zgody na udzielenie rady. Daj ostrzeżenie, zanim wyrazisz swoje zdanie. Możesz zapytać „chcesz wiedzieć co o tym myślę?” „wiesz co ja bym zrobił na Twoim miejscu?” „zastanawiam się nad tym, czy można temu jakoś zaradzić”. Najważniejsze by w tym miejscu zostawić przestrzeń na reakcję osoby wspieranej. Chwila myślenia, spojrzenie, westchnienie, a może zaciekawienie i dopytywanie o tą radę. Dopiero po uzyskaniu zainteresowania lub przyzwolenia udziel rady w delikatny sposób, np. „myślę, że mogłoby pomóc wypisanie tego co Cię trapi na kartce”, „ja starałbym się skupić na najmniejszej rzeczy jaką mogę wykonać, choćby było to ubranie się, czy umycie zębów i tak stopniowo małe kolejne kroczki”. Potem dowiedz się co osoba w kryzysie o tym myśli. Możesz zapytać wprost „co o tym myślisz?” a potem przegadajcie to razem.

Czego nie robić?

Pamiętajmy, że mamy być raczej osobistym asystentem niż dyrektorem stojącym nad głową osoby w kryzysie. My prowokujemy do wypowiedzenia potrzeb – to osoba w kryzysie najlepiej wie czego potrzebuje nawet gdy twierdzi, że nie wie.  Absolutnie nie bawimy się we wszystkowiedzących i pomagających na siłę według własnego uznania. Pomagamy komuś nie po to by nabijać własne ego lecz po to by poprawić jego sytuację.

To czego musimy się wystrzegać to pouczania, obwiniania i krytykowania. Nawet jeśli byłaby to konstruktywna krytyka, to uważam, że nie jest to dobry moment na to, gdyż osoba może ją odebrać jako zarzut, dotkliwą uwagę, gdyż w tym momencie targają nią przeróżne silne emocje. Nie mówimy nic w stylu „to było do przewidzenia” „wiedziałam że nic dobrego z tego nie wyniknie” „mogłaś się na to nie zgodzić „trzeba było…” „nie płacz nad rozlanym mlekiem” „nic takiego się nie stało” „czemu się martwisz z takiego powodu” „to nie jest warte twoich łez” itd. To wzmaga jedynie poczucie winy, wstydu i niezrozumienia. Nie na tym nam zależy.

3. Działać – co to znaczy?

Kiedy zdobyliśmy zaufanie osoby w kryzysie i dowiedzieliśmy się dość ogólnie jak wygląda problem, na czym polega, być może domyślamy się albo osoba sama powiedziała nam czego potrzebuje w tym momencie przechodzimy do działania nastawionego na problem. Ale to nie oznacza, że mamy robić coś wbrew woli osoby wspieranej a wręcz przeciwnie. To wspólnie z nią ustalacie plan kolejnych działań, np. jeśli okazało się, że osoba od długiego czasu nie jadła, bo straciła apetyt, nie jest w stanie wyjść na zakupy i nic przygotować sobie do jedzenia, możesz zapytać, czy jest coś co najchętniej by zjadła i zaproponować wspólne wyjście na zakupy do małego osiedlowego sklepu albo zaoferować się, że te zakupy zrobisz, a może potem pomoże Ci coś przygotować z tego. Powolutku angażujemy osobę w małe zadania, którym będzie w stanie sprostać, ale nic na siłę. Za każdym razem podkreślajmy, że nie zadzieje się nic wbrew jej woli i jeśli coś jej się nie spodoba, niech o tym powie. Ale niech nie będzie tak, że ciągle tą osobę wyręczamy, sprzątając i gotując, załatwiając za nią wszystkie sprawy. Naszą rolą jest pomoc w zaplanowaniu najbliższych kroków, towarzyszenie osobie w wykonywaniu ich i monitorowanie jak sobie w tym radzi, być obok gdyby czegoś potrzebowała.

W zakres działania bardzo często wchodzą takie formalne sprawy jak opłacenie rachunków, znalezienie psychiatry i psychologa by zapewnić osobie profesjonalną pomoc.

Co zrobić, gdy sytuacja jest niebezpieczna – ktoś planuje popełnić samobójstwo?

Nie podważaj i nie krytykuj jej zamiarów, mówiąc „i tak sobie nic nie zrobisz” „to tylko szantaż, nie dam się nabrać” „tak ci źle, to proszę bardzo” „jak ktoś chce się zabić to nikomu o tym nie mówi”.

W takiej sytuacji nie ma czasu na dyskutowanie. Poinformuj, że jesteś zmuszony prawnie, by wezwać karetkę i ją wezwij wyjaśniając dystrybutorowi całe zajście. Czekając na karetkę bądź w kontakcie z osobą w kryzysie, rozmawiaj z nią, staraj się zachować zimną krew i nie prowokuj do impulsywnych zachowań.

Nie wierz w zapewnienia, że już jest lepiej, żeby nie wzywać karetki albo ją odwołać, że ona jednak sobie nic nie zrobi, że już się uspokoiła. Może być tak, że faktycznie ochłonęła i w tym momencie nic sobie nie zrobi, ale to nie zmienia faktu, że miała tendencje samobójcze, co wymaga bezwzględnej konsultacji psychiatrycznej i to lekarz decyduje o tym jakie istnieje ryzyko podjęcia próby samobójczej i takiej osobie można pomóc. Najczęściej odbywa się to tak, że karetka zabiera osobę w kryzysie samobójczym do szpitala (ogólnego, który ma oddział psychiatryczny lub psychiatrycznego) i tam odbywa się konsultacja psychiatryczna i decyzja o hospitalizacji lub powrocie do domu.

Pamiętajmy, że mamy obowiązek reagować w sytuacji, gdy osoba wypowiada groźby samobójcze, sięga przy nas po niebezpieczne przedmioty lub leki, które chce impulsywnie połknąć albo podejmuje inne niebezpieczne zachowania, np. otwiera okno, ucieka wzburzona emocjonalnie. To na nas spada odpowiedzialność za życie tej osoby, bo jesteśmy świadkami całego zajścia.


Najważniejszą umiejętnością w pomaganiu innym jest przede wszystkim uważne obserwowanie i reagowanie na to co się dzieje w danym momencie. Potrzeba ogromnego wyczucia i delikatności, a zarazem odwagi, by otwarcie rozmawiać o tym co trudne. Szczerość rodzi szczerość i tylko obdarzając innych zainteresowaniem mamy szansę wzbudzić tyle zaufania, by osoba w kryzysie była w stanie opowiedzieć o swoich trudnościach i przyjąć naszą pomoc.

Chcę na koniec zaznaczyć, że każdy przypadek sytuacji jest inny, każda osoba w kryzysie reaguje trochę odmiennie, jednak są to dość ogólne zasady, jakimi należy się kierować pomagając naszym najbliższym czy znajomym, którzy mają trudności życiowe.

Co jeszcze dodalibyście do tego tekstu? Wspieraliście kogoś w trudnej sytuacji? Co pomogło? A może sami byliście w kryzysie i ktoś zaoferował Wam swoją mniej lub bardziej umiejętną pomoc?


P.S. O tym jak pomagać osobie doświadczającej żałoby dowiesz się z poniższego tekstu: Jak pomóc innym w doświadczaniu żałoby czy innego kryzysu psychicznego?

Jak i po co robić podsumowanie roku?

glass-ball-1754432_1920

Schyłek roku jest jakimś magicznym momentem, kiedy wraz z kończeniem się kartek kalendarza naturalnie wiele osób robi mniej lub bardziej szczegółowe podsumowania mijającego roku oraz plany na nadchodzący czas.

Po co podsumowywać mijający rok?

korzyści jakie może dawać podsumowanie roku to m.in.:

  • Skupienie na pozytywach i sukcesach jako trening optymizmu i wdzięczności. Fajnie jest powspominać najlepsze momenty przy okazji przeglądania pamiętnika czy zdjęć.
  • zapamiętanie wniosków z niepowodzeń – co w następnym roku mogę zrobić inaczej?
  • pomoc w określeniu w jakim momencie życia jestem i do czego zmierzam, czego potrzebuję.
  • nabywanie umiejętności spojrzenia na siebie z perspektywy czasu i nabranie dystansu.
  • domknięcie spraw, które tego zamknięcia potrzebują.

Jak zrobić podsumowanie roku?

Można to zrobić na cztery sposoby:

  1. Przeglądać pamiętnik, notatniki, zdjęcia i filmiki z minionego roku.
  2. Spotkać się z ważnymi dla siebie osobami i powspominać to co się wydarzyło.
  3. Określić ważne dla Ciebie obszary, np. praca, zdrowie. Zastanowić się ile i co się zmieniło w tych obszarach. Czy są to zmiany korzystne? Jaką naukę możesz wyciągnąć? Czy chcesz kontynuować tę ścieżkę? 
  4. Wypisać kilkunaście zdarzeń, za które jesteś wdzięczny/a i poświęcić kilku minut na to, by je sobie przypomnieć, poczuć z nich przyjemność. Wypisz także kilka zdarzeń, które nie poszły tak jak sobie tego życzyłeś/aś. Co mogło pójść lepiej? Gdzie leżą przyczyny niepowodzenia? Co zrobić by ten błąd się nie powtórzył?

Wizja nowego roku – kierunek a nie cel.

Zastanów się nad tym, co jest dla Ciebie ważne. Czy w Twojej hierarchii wartości i potrzeb coś się zmieniło? Nad czym chcesz popracować w następnym roku? 

Jeśli chcesz postawić przed sobą pewne cele odwiedź ten wpis: Jak stawiać sobie cele i postanowienia noworoczne? Poznaj mój sprawdzony sposób!

Jeśli uważasz, że życie jest zbyt zmienne postaw na elastyczność. Mierzalne cele są super, jeśli chcesz zacząć zmieniać swoje życie (poza tym wpływają na poczucie skuteczności i własnej wartości), ale kiedy wejdziesz na ścieżkę rozwoju to ona poprowadzi Cię sama, bo zaczynasz być coraz bardziej świadomy/a tego, czego chcesz. Czym innym jest jednak określanie kierunku i obszarów do pracy na najbliższy czas.

Szukaj tego czego na dany moment potrzebujesz bez rywalizacji i przymuszania się do czegokolwiek. Warto uwzględnić to, że nikt z nas nie planuje tego, że dopadnie go kryzys czy gorszy czas. Ściśle określone cele często nie dają na to przestrzeni, pozostawiając gorzkie rozczarowanie i zniechęcenie.

Zobacz czemu ciągle się rozczarowujesz?

Takie cele-kierunki na najbliższy rok są bardzo związane z samoświadomością i podejściem małych kroków. Chcę powoli pokonywać ograniczenia, których zazwyczaj mamy w sobie mnóstwo i budować stopniowo siebie takimi jakimi chcemy być.


Życzę Ci wytrwałości na podjętej przez Ciebie drodze!
Julia!

Jakie trudności mogą Cię spotkać w pierwszym kontakcie z psychologiem?

cat-245750_1920

W trakcie studiów psychologicznych na zajęciach warsztatowych wiele razy przewija się słowo „opór” wraz z wyszukanymi sposobami jego wyrażania oraz technikami przezwyciężania. Studenci, jako że nie mają dostępu do „prawdziwych pacjentów”, uczą się na sobie nawzajem zwyczajnie odgrywając scenki wcielając się w rolę pacjenta i psychologa. Najczęstszymi przykładami oporujących pacjentów, do których trudno dotrzeć w pierwszym kontakcie są osoby niezmotywowane do współpracy, mające wtórne korzyści z aktualnego stanu, delegowane („żona kazała mi przyjść”), wysokolękowe i nieufne.

Nie przypuszczałam, że mogę być oporującą klientką, kiedy myślałam o tym, że czeka mnie psychoterapia własna z uwagi na wykonywany w przyszłości zawód psycholożki. Miałam takie przeświadczenie, że nie będę oporować, bo jestem świadoma tego czym jest opór, jak się przejawia, po co pojawia się ten mechanizm obronny i jak to może być utrudniające w relacji terapeutycznej. Myliłam się…

Okazuje się więc, że opór jest równie automatyczny i uniwersalny co odczuwanie emocji i to, że dużo o nim wiemy, nie sprawia, że go całkowicie wyeliminujemy, choć wiedza ta może pomóc nam sobie z nim radzić.

Co może wywoływać opór w pierwszym kontakcie?

Krępująca obecność obcego, który Cię analizuje

To oczywiste, że czujemy się trochę niepewni, kiedy poznajemy nową osobę nawet na stopie koleżeńskiej. Nie znamy się, nie wiemy czego możemy się spodziewać w pierwszym kontakcie. Nie wiemy jaka jest nowo poznana osoba. Więc samo przebywanie z kimś obcym sam na sam może być bardzo krępujące i niepokojące, zwłaszcza gdy jest to osoba płci przeciwnej lub ktoś kto samą aparycją nie zachęca do kontaktu, bo np. przypomina kogoś kogo nie lubimy. Problem z terapeutą jest o tyle skomplikowany, że dochodzi do tego jeszcze myśl, że ta nieznana nam osoba „będzie coś z nami robić” czyli pytać o nasze życie i problemy, patrzeć na nas oceniając jak funkcjonujemy.

Dość częstym problemem może być poczucie chaosu i przeświadczenie o tym, że „tego jest tak dużo, że nie wiem co powiedzieć, jak zacząć”. Problem ten klient może rozwiązać na dwa sposoby: milcząc albo mówiąc wszystko co mu najbardziej dokucza w formie chaotycznego monologu. Obie formy wskazują na silny lęk i obie są okej.

Opieramy się głównie temu, czego nie znamy, a polegamy tylko na wyobrażeniach i skojarzeniach. Tak to już jest, że obawiamy się najbardziej tego czego nie znamy i w naszej głowie pojawiają się najdziwniejsze scenariusze, które wcale nam nie pomagają w ograniczeniu niepokoju, np. muszę się udać na rozmowę z mężczyzną, więc spodziewam się, że będzie w stosunku do mnie dominujący, niemiły, seksistowski, a ja będę się go bać i pokażę, że jestem nieporadna.

Często w tym momencie szukamy informacji na temat psychoterapii i kontaktu z psychologiem od naszych zaufanych znajomych lub z Internetu, próbując dowiedzieć się jak to jest. A jeśli jesteśmy zestresowani, w naszej głowie pojawiają się negatywne scenariusze to zgodnie z kontekstem zwracamy bardziej uwagę na te negatywne opinie i je bardziej zapamiętujemy, co potęguje odczuwany stres przed wizytą u psychologa.

Sama obecność osoby, która przypomina kogoś, kogo się boisz indukuje spory lęk. Lęk, który czujemy w obecności terapeuty_ki mimo iż nie ma obiektywnego powodu, może być trudny do opanowania i objawiać się długo w relacji zanim przekonamy samych siebie że nic nam nie grozi ze strony terapeuty_ki i ostatecznie nauczymy się ufać. Tego typu lęk może się objawiać jako wycofanie się z kontaktu poprzez niezjawienie się na wizycie, sparaliżowanie ciała, niepokój ruchowy, odmowa odpowiadania na pytania, maskowanie lęku rozdrażnieniem, ironią/sarkazmem, a także płacz. Niektóre osoby z trudnością w kontakcie z drugą osobą radzą sobie za pomocą utartych, schematycznych odpowiedzi, np. „wszystko jest w porządku”, „dobrze się czuję”, „nic nowego się nie wydarzyło”, „tak/nie”.

To samo tyczy się skojarzeniu z osobą, która wywołuje w nas złość, bo terapeutka łudząco przypomina Ci kuzynkę, która działa Ci na nerwy. Warto zastanowić się już na samym początku, kiedy pojawiają się jakieś emocje, z czym one są związane, czy jest to reakcja na jakieś skojarzenia. Fakt, tym rodzajem reakcji (nazywanym przeniesieniem) może zająć się też psycholog podczas terapii, jeśli zauważy jakiś problem lub powiemy mu o tym, że nas denerwuje, ale warto zadać sobie samemu krótkie pytanie: czy ten człowiek mi kogoś przypomina?

Psycholog patrzy.

Dla osób, które mają problem z utrzymywaniem kontaktu wzrokowego i siedzeniem naprzeciwko siebie, spotkanie z psychologiem face to face może być dużym problemem. Niestety na to, że ktoś będzie nam się przyglądał musimy być przygotowani i jakoś się z tym oswoić. Pomocne i bardzo naturalne jest odwracanie wzroku, kiedy się mówi o swoich problemach. Dobry psycholog zwraca uwagę na to jak siedzicie, jakie gesty wykonujecie, po to by określić Wasz stan pobudzenia, by lepiej prowadzić rozmowę i nie doprowadzić do nadmiernego napięcia, przerwać stresującą rozmowę w odpowiednim momencie, zaproponować coś na rozluźnienie. Więc jeśli bardzo boisz się tego, że ktoś będzie Cię analizował, pomyśl w ten sposób, że jest to głównie po to, by Ci pomóc i paradoksalnie dla Twojego komfortu psychicznego, choć na początku jest to bardziej stresujące.

„Po co ja tu przyszedłem?”

To chyba najczęstsza wątpliwość osoby zgłaszającej się do psychologa. Choćbyś był nie wiem jak samoświadomy, to i tak może pojawić Ci się w głowie pytanie, po co ja właściwie do tego psychologa przychodzę? I bardzo dobrze, bo warto mieć określone choć w dużym skrócie największe trudności z jakimi się mierzysz. Problem pojawia się wtedy, gdy już na starcie masz poczucie, że „to nic nie da” „bez sensu zawracam mu głowę” „są inni potrzebujący w tym czasie bardziej” „mój przypadek jest beznadziejny”. Warto wtedy pamiętać, że każdy_a psycholog, psychoterapeuta, psychiatrka, lekarka, pielęgniarz, fizjoterapeutka jest przede wszystkim usługodawcą, do tego takim, który właśnie zajmuje się takimi „beznadziejnymi” przypadkami, bo się w tym zakresie właśnie szkolił przez długie lata. Są to zawody pomocowe, więc do kogo zgłosić się po pomoc jak nie do nich?

Nie musisz mieć głębokiego zaburzenia by zgłosić się po pomoc. Jeśli zmagasz się z jakąś trudną życiową zmianą i potrzebujesz wsparcia, również możesz przyjść porozmawiać.

Nie musisz na początku wiedzieć szczegółowo co się z Tobą dzieje i co takiego przyniesie Ci konsultacja czy terapia, tego wspólnie dowiecie się z psychologiem, psychoterapeutką podczas spotkań. Nastaw się na proces, w którym na początku wszystko jest zagmatwane. Jeśli naprawdę martwisz się, że Twój przypadek jest beznadziejny i bardziej skopanych życiowo ludzi niż Ty nie ma, to zapytaj otwarcie psychologa, czy spotkał się już z podobnym przypadkiem. Na tak postawione pytanie można odpowiedzieć tak lub nie i obie odpowiedzi mogą dać pacjentowi dużo nadziei. Jeśli terapeuta miał więcej takich pacjentów w swojej karierze, nabieramy zaufania, że zna się na tym i wie co robi. Jeśli zaś odpowie, że nie, nie miał, ale zajmie się tym (a przynajmniej nie mówi wprost, żeby pójść z problemem do innego terapeuty) to możemy przypuszczać, że będzie się starał pomóc nam tym bardziej szukając przyczyny choćby z czystej ciekawości i chęci podniesienia swoich kwalifikacji. Taki terapeuta nie popada w rutynę i nie przykleja po kilku naszych zdaniach etykiety wyrobionej latami doświadczeń z nazwą jednostki chorobowej, lecz szuka, kombinuje, dowiaduje się więcej, chce poznać bliżej to, z czym mierzy się pacjent. Więc Twój przypadek nie jest beznadziejny, a co najwyżej ciekawy 😉

Szybkie przechodzenie do konkretu, gdy nie jesteś gotowy na zwierzenia.

Kiedy przychodzisz do psychologa oczywistym jest, że zostaniesz zapytany o to, dlaczego w ogóle zdecydowałeś się na wizytę, co takiego dzieje się w Twoim życiu, że wymaga to ingerencji psychologa.

Zobacz wpis: Pierwsze spotkanie z psychologiem, czego się spodziewać?

To co powiesz w tej chwili to (na ten moment) meritum tego spotkania, główna trudność. Na pewno nie jest zbyt komfortowe od razu przyznać się do tego, z czym ma się właściwie problem, bo to wymaga dużego zaufania i poczucia bezpieczeństwa. Może się tak zdarzyć, że pierwsza wizyta będzie rodzajem sztywnego wywiadu, a jeśli będziesz bardzo zestresowany_a to będzie bardziej Ci przypominać przesłuchanie niż empatyczną rozmowę. Najczęściej jednak, gdy trafisz do sprawdzonej osoby, okaże Ci ona dużo zrozumienia i życzliwości, a rozmowa będzie mniej stresująca. Dobry psycholog akceptuje stan emocjonalny pacjenta, delikatnie prowadzi rozmowę pytając o ważne z punktu widzenia danego problemu obszary, nie spieszy się, lecz cierpliwie czeka na to, aż pacjent zaufa na tyle, by sam opowiedzieć o swoich najgłębszych problemach.

To czego się możemy obawiać, to że psycholog będzie za bardzo drążyć w naszym problemie już na starcie. Możemy nie być gotowi do zmierzenia się z aż tak dużym ciężarem. Oczywiście później w trakcie terapii psycholog wypytuje o wiele szczegółów, składnia do refleksji, rzuca dylematy do rozwiązania, ale nie na początku. Więc myślę, że nie ma się czego bać – nie zostaniesz zmuszony do tego by opowiadać od razu o swojej największej traumie. Co najwyżej psycholog zapyta o to, czy doświadczyłeś czegoś trudnego w swoim życiu, co to było i kiedy to było, ale raczej po to by mieć ogólny ogląd niż od razu grzebać się w intymnych sprawach. Jeśli będzie inaczej – psycholog będzie zbyt ciekawski i nachalny najlepiej chyba zastanowić się nad zmianą terapeuty. To na co musisz moim zdaniem być gotowy, to fakt, że możesz po pierwszej rozmowie czuć się podminowany, przygnębiony czy nawet psychicznie „rozgrzebany”. To w miarę normalny objaw, jak to, że opatrzenie rany sprawia fizyczny ból. Konfrontowanie się z własnymi trudnościami nie jest przyjemne, ale warto to zrobić by z czasem uwolnić się od cierpienia i zacząć lepiej sobie radzić.

Kiedy czujesz się niepewnie warto zapewnić sobie pomoc kogoś bliskiego, kto przyjdzie z Tobą do poradni/kliniki i będzie Ci potem towarzyszyć w drodze do domu. Zapewnij sobie również odrobinę wolnego czasu po spotkaniu, by móc odpocząć, popłakać, wyzłościć się, przemyśleć jeśli tego potrzebujesz.

Podejrzliwość wobec zamiarów terapeuty – obawa przed nadużyciami

Bywa też tak, że obawiamy się tego jakie zamiary ma człowiek siedzący naprzeciwko, o którym tak naprawdę niewiele wiemy. Praktycznie oprócz imienia i nazwiska i kilku opinii innych pacjentów nie mamy nic. Jeśli jesteś osobą wysokolękową, możesz odczuwać strach przed tym, by zostać z kimś obcym sam na sam w gabinecie. Jest to tym bardziej przerażające, jeśli wcześniej doświadczyłaś nadużyć ze strony innych osób (rodziców, dziadków, partnera, szefa, koleżanki, nieznajomego) czy to fizycznej napaści czy psychicznego znęcania. Mam wrażenie, że ten problem głownie może dotyczyć kobiet, bo tak to już społecznie się utarło, że jesteśmy tą „słabszą” płcią, bardziej bezbronną. A do tego częściej padamy ofiarami nadużyć fizycznych, seksualnych, psychicznych. Pobrzmiewają więc w głowie straszne myśli w stylu: „Co zrobię, jeśli zacznie się do mnie zalecać?” „Czy będę w stanie się obronić?”.

To, że terapeuta będzie wykorzystywać swoją dominację i swój autorytet, by Cię uwieść czy skrzywdzić,  to dość mało prawdopodobny scenariusz, ze względu na mnóstwo konsekwencji za przekroczenie tej granicy, m.in. utrata reputacji, postępowanie koleżeńskie łącznie z wydaleniem z organizacji psychologicznych, utrata pracy. Nie opłaci mu się robić Tobie krzywdy 😉

Intuicja Ci podpowiada, że to nie jest „ten” człowiek

Niestety czasem słyszy się opinie, że jakiś psycholog bardziej szkodzi niż pomaga, nie zna się na tym co robi, naciąga na kasę, jest niemiły, przemądrzały prezentując tylko swoje stanowisko, zbyt dyrektywny sądząc, że tylko jego rozwiązania to jedynie słuszne drogi dla pacjenta albo wręcz obwiniający i wywołujący poczucie winy. Po takim spotkaniu traci się szacunek do osób, które zajmują się pomocą psychologiczną.

W lepszym scenariuszu trafisz na kogoś, kto nie zaszkodzi ale i nie pomoże, bo masz wrażenie że pani terapeutka przychodzi do pracy chyba tylko po to, by sobie posiedzieć przy biurku, a jej zadaniami jest gapienie się na klienta, zadawanie identycznego pytania na każdym spotkaniu: „z czym do mnie dziś przychodzisz?” po czym zamknięcie ust na kolejne 40min, by na koniec powiedzieć: „musimy już kończyć”.

Tak więc, pacjent po wcześniejszych nieudanych spotkaniach z psychologiem może być bardzo wyczulony na wszelkie sygnały. Może odpychać go nachalny sposób wypowiedzi psychologa, zbyt podniesiony ton głosu, który zdaje się wskazywać na to, że psycholog sam nie umie kontrolować swoich emocji, niedopasowane gesty i mało życzliwa postawa, które nie zachęcają do zaufania. Takie sygnały powinny sprawić, że zastanowimy się nad sensem przychodzenia do takiego specjalisty. Lepiej jest jednak poszukać kogoś bardziej sprawdzonego.


Tym tekstem starałam się uchwycić najważniejsze moim zdaniem trudności i obawy pacjenta podczas pierwszej wizyty u psychologa. Wiadomo, że wszystko zależy od problemu z jakim przychodzisz, jeśli są to zaburzenia lękowe to może być podobnie jak to opisałam, jeśli w drugą stronę masz problem z utrzymaniem dystansu od innych ludzi, bardzo mocno potrzebujesz się na kimś oprzeć, do tego stopnia, że nie umiesz samodzielnie podjąć decyzji, a zdarzają się i takie przypadki gdzie zaburzenie polega na zbliżaniu się do terapeuty, mniej lub bardziej świadomym uwodzeniu terapeuty – możesz mieć problem z tym, że psycholog będzie w kontakcie stosować dystans i już w pierwszym kontakcie wyznaczać granice, które mogą w Tobie wywołać złość.

Przypadki są przeróżne od chorobliwej podejrzliwości przez nieśmiałość po zachowania uwodzące, dlatego ciężko oszacować z czym dany pacjent może mieć problem w pierwszym kontakcie z psychologiem. Starałam się ująć tu najpowszechniejsze problemy, wynikające głównie z poczucia wstydu i winy, które często trapią osoby zwracające się po pomoc, gdyż uważają one, że same sobie na swoją chorobę zasłużyły, że jest to ich słabość i ułomność, a wizyta u psychologa to ostatnia deska ratunku i ciężko się przyznać do tak „desperackiego” kroku przed samym sobą i obcym człowiekiem w osobie psychologa czy psychoterapeuty.

Co jeszcze dodalibyście do tej listy obaw? 🙂

Pozdrawiam Julia!

Dlatego nie powinniśmy określać emocji jako negatywne!

lion-4461391_1920

Emocje to energia, która przez nas przepływa każdego dnia w odpowiedzi na docierające do nas bodźce wewnętrzne (np. głód – kiedy jesteśmy głodni, bywamy rozdrażnieni) i zewnętrzne (np. strach, gdy przechodzimy nocą nieoświetloną ulicą). Dzięki różnorodności emocji mamy poczucie, że naprawdę żyjemy i nasze życie jest dość barwne, urozmaicone, zaskakujące. Na sam fakt wystąpienia emocji raczej nie mamy wpływu, gdyż emocje są często automatyczną, szybką odpowiedzią na bodźce i zdarzenia. Za pojawienie się i regulację emocji odpowiada nasza biologia – odpowiednie struktury w mózgu, kiedyś określane jako układ limbiczny, zbierające i wysyłające informacje do odległych części ciała, by je aktywować lub obniżyć pobudzenie w ciele. Więc emocje to energia w naszym ciele wygenerowana przez sprawnie działające struktury mózgowe. Dlatego emocje same w sobie nie mogą być ani dobre, ani złe, gdyż pełnią funkcję informacyjną („to jest dla mnie ważne” „zależy mi na tym” „boję się” „coś mnie zdenerwowało” „czuję się szczęśliwy”) i motywacyjną/mobilizującą, czyli zmuszają do reakcji zgodnej z daną emocją.

 

Biologia emocji: Jakie struktury odpowiadają za regulację emocji?

mógz gadzi ssaczy i człowieczy

W dużym uproszczeniu mózg człowieka można podzielić na struktury korowe i podkorowe. Kora mózgowa jest uznawana za siedlisko człowieczeństwa (m.in. myślenie, rozwiązywanie problemów, kojarzenie faktów i interpretacja, zaplanowane działanie), natomiast struktury podkorowe u nas ludzi są podobne do struktur zwierzęcych, dlatego mówi się, że człowiek jest myślącym zwierzęciem.

pituitary-gland

Ośrodki odpowiedzialne za generowanie emocji (w znaczeniu emocji jako energii wewnętrznej aktywującej nasze ciało) znajdują się głównie w strukturach podkorowych wspólnych wszystkim ssakom takich jak:

  • Wzgórze, które przyjmuje informacje płynące ze zmysłów, przekazując je do odpowiednich struktur odpowiedzialnych za ich przetworzenie. W reakcji nagłej informacja od razu przekazywana jest do ciała migdałowatego.
  • Ciało migdałowate, które jest magazynem pamięci emocjonalnej, bierze udział w generowaniu emocji strachu i złości. Ma bezpośrednie połączenie z podwzgórzem.
  • Podwzgórze odpowiedzialne za sterowanie autonomicznym układem nerwowym (pobudzenie współczulnego układu nerwowego, który ma za zadanie natychmiast zmobilizować organizm np. podczas strachu w reakcji „walcz lub uciekaj”) oraz zapoczątkowuje kaskadę wydzielania hormonów reakcji stresowej, stymulując przysadkę mózgową do pracy. Zajmuje się także regulowaniem przyjemnych emocji za pomocą hormonów takich jak oksytocyna („hormon więzi”) i endorfiny.
  • Przysadka mózgowa, która wydziela m.in. hormony reakcji stresowej, ma za zadanie przedłużyć wydajność organizmu podczas stanu mobilizacji.
  • Hipokamp odpowiada za pamięć jawną, czyli to co jesteśmy w stanie sobie świadomie przypomnieć np. informacje o miejscu, czasie i kontekście zdarzenia. Hipokamp bierze udział w regulacji emocji, gdyż odpowiada za przywołanie skojarzeń jakiegoś fragmentu zdarzenia z tym co do tej pory zapamiętaliśmy. Na przykład, kiedy jesteśmy sami w mieszkaniu i przestraszymy się jakiegoś szmeru przypominamy sobie, że współlokator mówił nam rano, że może wrócić wcześniej i wydobycie z pamięci tej informacji redukuje nasze napięcie.

Wychodzi więc na to, że emocje typu złość i strach pełnią funkcję mobilizującą organizm i bez nich nie bylibyśmy w stanie odpowiednio zareagować na docierające do nas bodźce. Jeśli tak postawimy sprawę, nie możemy absolutnie mówić o tym, że emocje te są złe, bo aktywacja tych struktur pełni funkcje adaptacyjne.

Oczywiście może być tak, że sami świadomie wywołujemy pojawienie się emocji, np. kiedy zamartwiamy się o przyszłość lub ktoś powiedział żart, który ja zinterpretowałam jako obraźliwy, więc zamiast rozbawienia wywołał we mnie złość. Za myślenie i racjonalne analizowanie sytuacji a przez to świadomą regulację emocji odpowiada kora przedczołowa.

W typowej dla ludzi ekspresji (okazywaniu) emocji bierze udział przedni zakręt obręczy (ACC). Nazywany jest detektorem niezgodności moralnych i sprzeczności poznawczych, dlatego że dopływają do niego zarówno sygnały z kory przedczołowej („racje rozumu”) jak i struktur podkorowych („głos serca”) szczególnie z ciała migdałowatego, przez co przedni zakręt obręczy aktywuje się głównie przy przetwarzaniu emocji związanych ze strachem i złością oraz w takich sytuacjach gdy „coś nam nie gra”, nasze uczucia są sprzeczne, czujemy, że nie możemy jakiemuś człowiekowi ufać lecz nie wiemy dlaczego, bo nie ma żadnego racjonalnego powodu. W tym miejscu przetwarzane są też informacje dotyczące afektywnego (biologicznego elementu emocji) aspektu bólu fizycznego oraz „bólu społecznego” czyli wykluczenia, poczucia samotności, niezrozumienia. Struktura ta odpowiada także w pewnym stopniu za empatię, czyli umiejętność wczucia się w czyjś stan emocjonalny.

Dlaczego więc mówimy „negatywne emocje”?

Negatywność emocji polega głównie na tym, że nie jest nam przyjemnie odczuwając dany stan emocjonalny albo reakcja jaką wykonaliśmy pod wpływem emocji miała negatywne dla nas lub innych konsekwencje. Ale pamiętajmy, że samych emocji nie możemy za to winić. To od nas (ludzi dorosłych) zależy kontrola behawioralnej reakcji emocjonalnej, czyli tego co zrobimy w przypływie emocji. Zauważ, kontrola reakcji behawioralnej, a nie sam fakt wystąpienia emocji, bo emocje pojawiają się automatycznie w odpowiedzi na jakieś zdarzenie lub bodziec, o czym napisałam wcześniej.

Często bywa tak, że ekspresja danej emocji, szczególnie złości jest niemile widziana w społeczeństwie, dlatego jest piętnowana, choć nie powinna, bo to jedna z sześciu podstawowych emocji (obok radości, smutku, wstrętu, strachu i zaskoczenia) każdego człowieka małego czy dużego na całej kuli ziemskiej.

Skąd więc pomysł, że akurat złość/gniew i od nich pochodne (zazdrość, irytacja) są emocjami niewłaściwymi?

Osoba, która jest wściekła i jawnie okazuje swój gniew jest fizycznie napięta, porusza się szybko, ma zaciśnięte pięści i szczęki, ściągnięte brwi. Taka osoba może w innych wywoływać strach, czyli kolejną emocję uznawaną za negatywną, bo nieprzyjemną w odczuwaniu, więc ludzie z otoczenia bronią się przed uczuciem strachu atakując lub uciekając od agresora, co może być odebrane przez osobę w gniewie jako społeczna kara. Wyobraź sobie przykład dziecka, które nie umie jeszcze w odpowiedni sposób regulować swoich emocji i często uzewnętrznia swoją złość. Rodzice nie potrafią zaakceptować tej dziecięcej złości, nie umieją sobie radzić z własnym dyskomfortem więc zabraniają dziecku się złościć stosując surowe kary. Niewyrażona złość może doprowadzać do większych wybuchów agresji albo zduszona przez zastraszanie przez środowisko przekształcić się w wycofanie, lęk i depresję, szczególnie kiedy dziecko jest piętnowane za okazywane uczucia (np. prowokowane a potem wyszydzane) również w szkole przez co czuje się dziwne, nieadekwatne, odrzucone.

Niestety zdarza się, że rodzice i nauczyciele uczą, że złość jest zła, bo łatwiej im utrzymać w ryzach dziecko, które jest grzeczne a raczej zastraszone. Pokazuje się nam, że złość jest przez innych oceniana jako niewłaściwa („złość piękności szkodzi”), a strach i smutek są emocjami, z którymi my sami nie potrafimy sobie poradzić, bo są nieprzyjemne, utożsamiane ze słabością („chłopaki nie płaczą” „czemu się mażesz?!” „przecież nic się nie stało”), więc ją też blokujemy.

Dlaczego nie powinniśmy nazywać złości, strachu i pochodnych emocji emocjami negatywnymi?

Jeżeli mamy przekonanie, że część emocji jest zła, a część dobra, to podświadomie staramy się tych złych unikać. Nie do końca nam to wychodzi, bo energia z nimi związana i tak się pojawi wewnątrz nas w postaci pobudzenia naszego ciała. Jedyne co staramy się (niesłusznie) zrobić to blokować ekspresję emocji, czyli nie okazujemy emocji na zewnątrz. Energia zostaje wewnątrz nas i metaforycznie zżera nas od środka. Tłumienie emocji często prowadzi do chorób psychicznych (zaburzenia lękowe, depresyjne) i somatycznych (problemy sercowo-naczyniowe, choroby i dolegliwości ze strony układu pokarmowego, dysfunkcje układu rozrodczego), gdyż wiąże się z nadmiernym i przewlekłym pobudzeniem układu nerwowego.

W tym miejscu również zwracam uwagę rodziców na to, że Wasze dzieci również ponoszą konsekwencje Waszego przekonania, że niektóre emocje są nieakceptowalne, co prowadzi ich do zamknięcia się w sobie, poczucia zastraszenia, problemów z koncentracją, pogorszenia w nauce, obniżenia odporności i również może wywołać w przyszłości choroby psychosomatyczne i utrwalone zachowania lękowe, które rozwijają w przyszłości osobowość lękowo-unikającą i sprzyjają rozwojowi poważnych zaburzeń psychicznych jak napady lęku panicznego czy depresja z zagrożeniem samobójstwem.

Po co nam złość, wstręt, strach?

Nieprzeżywanie nieprzyjemnych emocji, może pozbawiać nas wielu cennych doświadczeń. Za każdą emocją, kryją się konkretne potrzeby. Te „negatywne” emocje są dla nas informacją, że nasze potrzeby nie zostały spełnione, coś stanęło nam na drodze, co uniemożliwiło osiągnięcie zamierzonego celu.

Dla przykładu: jestem rozczarowana i czuję się bezsilna, bo oczekiwałam, że ktoś domyśli się, że potrzebuję pomocy. Nikt się nie domyślił, nie otrzymałam pomocy, teraz muszę sobie radzić sama i to wywołuje we mnie złość. Chciałam spędzić wspólny wieczór z ukochanym, on musiał do późna pracować, jestem smutna, bo inaczej wyobrażałam sobie ten czas i moja potrzeba bliskości i intymności nie została zaspokojona. Czuję się zestresowany i rozdrażniony, bo mam natłok zadań, a wziąłem je wszystkie na siebie, bo chcę być uznawany za eksperta, ciągle się rozwijać, więcej zarabiać, by kupić mieszkanie lub wyjechać w podróż marzeń, otrzymać uznanie w oczach ważnych dla mnie osób.

EMOCJE schemat

Nie doświadczając negatywnych emocji, nie dowiemy się na czym tak naprawdę nam w życiu zależy. Nie dotrzemy w inny sposób do swoich potrzeb i pragnień. Mogę przytoczyć Wam setki przykładów z mojego życia, które potwierdzają, że negatywne emocje, mogą mieć pozytywne konsekwencje i sprzyjać rozwojowi, bo pokazują co tak naprawdę jest ważne.

Przykład z niedawnych zdarzeń: byłam u psychoterapeutki i opowiadałam jej o wątpliwościach związanych z tym, że źle wybrałam specjalność na studiach i ta, którą wybrałam przygotowuje mnie do pracy w szkole, a ja chyba nie chcę pracować w szkole, bo miałam już wizję, że wolałabym pomagać ludziom w kryzysach psychicznych. Terapeutka próbowała przedstawić mi pracę psychologa szkolnego jako ciekawą i potrzebną, próbowała dowiedzieć się ode mnie, dlaczego mam takie a nie inne przekonania na temat pracy w szkole i pracy z dziećmi, czym zaczęła mnie denerwować. Poczułam irytację i złość, że ona nic nie rozumie i że ja po prostu nie chcę już brnąć w psychologię szkolną. Wtedy uświadomiłam sobie ostatecznie, że ja chcę tą specjalność zmienić, bo jest to dla mnie bardzo ważne, zgodne z moją potrzebą udzielania innym pomocy i podążania za swoimi zainteresowaniami.

Grunt to przyjąć te emocje takimi jakimi są, np. „jestem rozzłoszczona” a potem umieć je na chwilę odsunąć, zdystansować się od nich by zadać sobie bardzo ważne pytanie: „dlaczego ta emocja się pojawiła?” „jaka potrzeba stoi za tą emocją?”

W jaki sposób regulujemy tzw. negatywne emocje?

Najłatwiejszym sposobem zredukowania napięcia wywołanego nieprzyjemnymi emocjami jest ich identyfikacja i nazwanie: „jestem rozzłoszczony” „wkurzyłam się” „boję się” „jestem zazdrosny”. Okazuje się, że samo wypowiedzenie lub pomyślenie o tym jaką emocję odczuwam, redukuje napięcie związane z tą emocją. Oczywiście na początku może być trudno zatrzymać się w automatycznej ekspresji emocji by określić jaka to jest emocja, ale trening czyni mistrza.

Od czego można zacząć?

Określ emocje po fakcie przyznając przed sobą jaką emocję czułeś_aś. Rób tak systematycznie, aż z czasem zastanowienie się nad tym co czujesz przyjdzie wcześniej, w trakcie sytuacji wywołującej te emocje. Daj sobie czas by dojść do momentu kiedy będziesz gotowy_a by zatrzymać się w tej trudnej sytuacji i powiedzieć na głos co czujesz. Sprawdź czy wtedy emocje opadną.

Możemy regulować emocje świadomie za pomocą kory przedczołowej, czyli odszukując powody, dla których emocja się pojawiła i racjonalizując to co chcieliśmy pod wpływem emocji zrobić lub zrobiliśmy. Kora przedczołowa pomaga nam odkryć związki przyczynowo skutkowe, rozumieć daleko idące konsekwencje i je przewidywać, znaleźć ukryty sens w zdarzeniach, odszukać pozytywne aspekty pozornie negatywnej sytuacji i uczyć się na błędach.

Kora przedczołowa rozwija się przez bardzo długi czas i jest całkowicie dojrzała (sprawna biologicznie w swoich funkcjach) dopiero w wieku około 20-21 lat. Więc wymaganie od dzieci tego, by z wyprzedzeniem myślały o przeróżnych konsekwencjach swojego czynu jest dla dzieci niemożliwe do zrealizowania (już nie mówiąc o tym, że są mniej doświadczone życiowo), a karanie dzieci za ekspresję złości jest według mnie całkowitym niezrozumieniem psychiki dziecka i mechanizmów emocjonalnych i wiąże się jedynie z brakiem kontroli osoby dorosłej (jej poczuciem bezradności i rozdrażnieniem), która ma już możliwość skorzystania ze swojej kory przedczołowej, ale korzystać najwyraźniej z niej nie umie… wtedy najlepiej wrócić do poprzedniego akapitu.

Jak się złościć?

Oczywiście nie chodzi o to, by od teraz po przeczytaniu tego tekstu emanować złością na prawo i lewo twierdząc, że skoro nie jest zła to można. Jest mnóstwo społecznie akceptowanych sposobów wyrażania złości, np. uprawianie sportu. Osobiście uważam, że nie ma nic złego w rozmowie podniesionym głosem, jeśli podczas tej wymiany zdań nie lecą wyzwiska i przy założeniu, że po wyciszeniu emocji nastąpi rozmowa wyjaśniająca dotycząca tego skąd to wzburzenie. Co do przeklinania to jest to również jedna z form ulżenia sobie w irytacji i bólu, szczególnie gdy aż się prosi by uwieńczyć nieprzyjemne uderzenie się soczystym słowem z dźwięcznym „r”, jednak trzeba wiedzieć w jakich warunkach można tego sposobu użyć. Gdy masz ochotę czymś rzucać ze złości, pamiętaj by była to rzecz należąca do Ciebie a kiedy chcesz trzaskać drzwiami, zadbaj o to by nikt w nich nie stał lub się do nich nie zbliżał. Tupanie, kopanie, uderzanie czymś bezpiecznym nie powinno spowodować żadnych obrażeń, więc śmiało. Pomóc może również odgadanie się z sytuacji, która się wydarzyła.

Co zrobić ze strachem?

Jeśli chodzi o inną nieprzyjemną szczególnie dla nas emocję, czyli strach to moim zdaniem najważniejsze co możemy zrobić to właśnie starać się przyjąć tę emocję i informację skąd przybyła, racjonalizować zagrożenie, odwrócić uwagę, oddychać spokojnie powtarzając sobie w myślach „wdech i wydech”.

Strach jest taką emocją, która ma tendencję do rozkręcania się, kiedy poświęcimy jej zbyt dużo naszej uwagi, karmiąc je myślami. Zamiast rozmyślania warto dać sobie prawo do tego by chwilowo ciało i umysł były w niedyspozycji, obserwować otoczenie (praktykowanie uważności), oddychać głębiej i świadomie. Z lękiem czy strachem najlepiej radzić sobie w ten sposób, by je zauważyć i zastanowić się skąd się wzięły, ale nie rozpamiętywać tego, a czasem po prostu odwrócić uwagę na coś co mamy pod swoją kontrolą.


Mam nadzieję, że udało mi się uzasadnić to, dlaczego nie ma sensu dzielić emocji na pozytywne i negatywne. Oczywiście możemy potocznie mówić o negatywnych emocjach o ile nie mamy wewnętrznych przekonań, że one rzeczywiście są złe i trzeba je za wszelką cenę blokować, co jest syzyfową pracą. Lepiej nauczyć się w odpowiedni sposób wyrażać emocje, by nie krzywdzić innych i siebie a spuścić parę. A co najważniejsze, angażować do regulacji emocji korę przedczołową, dając sobie chwilę na oddech i szybki ogląd skąd ta emocja akurat w tym momencie. A jeśli dotyka nas strach, warto odwrócić swoją uwagę od źródła stresu.

Spójrzcie na emocje w ten sposób: gdyby nie złość, gniew, rozczarowanie, zazdrość, wstręt, smutek, poczucie winy, wstyd, strach, nie moglibyśmy podejmować słusznych decyzji (bo nie wiedzielibyśmy co jest dla nas ważne, a dzięki złości i zazdrości mamy szansę to dostrzec), wyciągać nauki na przyszłość (dzięki naszym reakcjom na wewnętrzne pobudzenie związane ze smutkiem, rozczarowaniem, poczuciem winy i wstydem) w niektórych sytuacjach, bez nich moglibyśmy nie przetrwać (bo wpakowalibyśmy się w kłopoty, przed którymi chroni nas strach i wstręt).  Mamy ogromny wachlarz emocji, czy nie fajnie jest czasem spróbować przeżyć i nazwać je wszystkie?

Więcej na temat funkcji emocji możesz przeczytać tu: Po co nam emocje?

Pozdrawiam
Julia!

Pierwsze spotkanie z psychologiem, czego się spodziewać?

psychology-531071_1920

Kiedy doświadczamy dużych trudności w naszym życiu i mamy poczucie, że przestajemy sobie radzić, nasza racjonalna część podpowiada nam, by zgłosić się do psychologa. Wiemy, że taka opcja jest dostępna, jednak nasze myśli mogą nas sabotować, bo „przecież nie jestem wariatem”, „nie jest aż tak źle, może się tylko nad sobą użalam, a to tylko lenistwo”, „nie będę nikomu zawracać głowy”. Moim zdaniem wiele obaw i tego typu obron przed kontaktem z psychologiem może wynikać z niewiedzy i niepewności co do tego, jak wygląda spotkanie z psychologiem, czego się spodziewać i jak się zachować na pierwszej konsultacji psychologicznej.

Warto abyście wiedzieli, że nawet gdy zapiszecie się do psychoterapeuty, to każda pierwsza wizyta, a czasem też 2-3 następne to raczej forma konsultacji, niż psychoterapia. Różnica między konsultacją psychologiczną a sesją terapeutyczną to być może dla pacjenta niewyczuwalne niuanse, ale technicznie mają sporo różnic, a najważniejsza z nich to ilość i głębokość podejmowanych w rozmowie obszarów. Psycholog podczas konsultacji stara się najpierw zebrać jak najwięcej informacji o wielu aspektach funkcjonowania człowieka, a potem przedstawia dostępne opcje rozwiązania problemu. Natomiast sesja psychoterapeutyczna skupia się już na konkretnym problemie odnajdując mechanizmy i przyczyny takiego stanu rzeczy, przez co sięga głębiej w psychikę człowieka i mocno zahacza o emocje.

Wchodzisz do gabinetu i…?

Zacznij od „dzień dobry” 😉

Kiedy masz już przywitanie i zapoznanie się z imienia i nazwiska z głowy, zostajesz poproszony_a o zajęcie miejsca. Być może ktoś zaproponuje Ci herbatę lub kawę. Potem zaczyna się rozmowa.

Na początek spodziewaj się pytania w stylu: „Co Pana do mnie sprowadza?” „W czym mogę Pani pomóc?”.

Dobrym pomysłem będzie więc zastanowienie się co właściwie jest Twoim największym problemem, co sprawia Ci największą trudność i jakie odczuwasz objawy w ostatnim czasie.

To naturalne, że psycholog chce wiedzieć z jakim rodzajem problemu ma do czynienia, jakie obszary będą poruszane. W ten sposób rozeznaje się w tym, czy będzie w stanie w danym problemie pomóc.

Jakich pytań możesz się spodziewać?

Psycholog może zapytać o to „Dlaczego zgłasza się Pan z tym problemem akurat teraz?” „Co takiego się wydarzyło co skłoniło Panią do przyjścia do mnie?”. Tym pytaniem psycholog chce sprawdzić czy ostatnio wydarzyło się w Twoim życiu coś przełomowego, trudnego, co odmieniło Twoje funkcjonowanie i jakie to ma dla Ciebie znaczenie i konsekwencje.

Często psycholodzy proszą o opowiedzenie czegoś o sobie, choćby takich podstawowych danych jak to czy się uczysz/pracujesz i gdzie, jak sobie radzisz z pracą/nauką, z kim mieszkasz, jak wyglądają Twoje relacje z bliskimi, czy masz przyjaciół, co robisz w wolnym czasie. To pytanie służy ogólnemu zorientowaniu się w Twojej sytuacji i zidentyfikowaniu potencjalnych trudności i zasobów w radzeniu sobie, np. jeśli psycholog dowie się, że masz bliską przyjaciółkę, to będzie mógł nawiązywać do tego potem w trakcie pracy.

Jeśli jesteś młodym dorosłym mniej więcej do 35 roku życia spodziewaj się pytań o pochodzenie, rodzinę, dzieciństwo i aktualne relacje z rodzicami i rodzeństwem, bo to skarbnica wiedzy o tym jak funkcjonujemy i tam często znajduje się wyjaśnienie dla naszych obecnych problemów.

Dla przykładu, jeśli reagujesz silnym lękiem informacje o tym jak wyglądała Twoja relacja z rodzicami może przynieść wniosek, że strach przed rodzicami z czasów dzieciństwa rzutujesz na inne relacje w dorosłym życiu.

Kiedy psycholog nie pomoże

Kiedy zgłaszasz się do psychologa mając wiele niepokojących objawów, np. napady paniki, ciągły niepokój, bezsenność, utrata apetytu, różnego rodzaju bóle, czujesz, że nie jesteś w stanie kompletnie funkcjonować, bo ciągle płaczesz i nie jesteś w stanie wstać z łóżka, psycholog może skierować Cię na wizytę do psychiatry, gdyż Twój stan może być wskazaniem do farmakoterapii, która pomaga złagodzić objawy i po szczegółowym klinicznym wywiadzie przeprowadzonym przez lekarza psychiatrę i dobraniu odpowiednich leków poczujesz się lepiej (przy niektórych stanach psychicznych działanie leków wymaga dłuższego czasu przyjmowania, by zaobserwować poprawę, np. w przypadku antydepresantów). Może być też tak, że psycholog zaproponuje konsultację z innymi specjalistami (np. lekarzami) i podpowie, że może warto zrobić na wstępie jakieś badania lekarskie (np. jeśli pacjent skarży się na przewlekły ból lub problemy z sercem).

Psycholog na początku też stara się uzyskać informacje o tym czy należy wdrożyć dodatkowe działania np. prawne, socjalne, i czy ktoś jeszcze jest zaangażowany w dany problem i może konieczna jest terapia pary lub całej rodziny.

Werdykt

Może się zdarzyć tak, że psycholog po wstępnej konsultacji odeśle Cię do innego specjalisty psychologa czy psychoterapeuty specjalizującego się w danym zakresie lepiej niż on. To jest właściwa praktyka zgodna z etyką zawodu i chodzi po prostu o to, by jak najlepiej pomóc pacjentowi nie szkodząc mu. Lepiej odesłać osobę do kogoś innego od razu niż po kilku spotkaniach, kiedy pacjent już się przyzwyczai, przywiąże do terapeuty, a potem będzie musiał cały proces zaczynać od nowa z kimś innym.

Jeśli psycholog/psychoterapeuta zdecyduje się z Tobą pracować, bo czuje się kompetentny w tym zakresie może poprosić Cię byś w domu na spokojnie zastanowił się nad celami terapeutycznymi, czyli tym co chcesz podczas tych spotkań wypracować. To pomaga zarówno psychologowi poprowadzić Cię przez terapię jak i Tobie, bo wiesz do czego zmierzasz. Poza tym określenie celów daje poczucie, że jest to proces w pewien sposób skończony, a nie zobowiązanie do przychodzenia w nieskończoność uzależniając się od terapeuty.

Psycholog może ustalić też z Tobą zasady współpracy tzw. kontrakt, np. częstość spotkań, sposób w jaki będziecie się do siebie zwracać, jak sygnalizować, że nie chcesz o jakimś temacie rozmawiać, co zrobić, kiedy chcesz odwołać wizytę, kwestie poufności.

To jest również moment, kiedy psycholog może zasygnalizować czym chciałby się zająć na następnym spotkaniu i jak sobie wyobraża, że je przeprowadzi opisując jakieś ćwiczenie, które chciałby pacjentowi zaproponować np. kiedy pacjent zgłasza się z fobią, psycholog może uprzedzić, że zechce więcej rozmawiać o lękotwórczym obiekcie i różnych skojarzeniach z nim przeplatając rozmowę czymś przyjemniejszym jak zainteresowania pacjenta.

Na koniec psycholog często chce sprawdzić, czy jesteś gotowy i zmotywowany do współpracy. Zazwyczaj pyta o to np. „czy widzimy się w takim razie za tydzień?”. To idealny czas dla Ciebie na zadanie pytań i wyrażenie wątpliwości co do współpracy.


W tym tekście chciałam określić ogólne ramy i potencjalne pytania, na które warto być przygotowanym. Oczywiście dużo zależy od osoby zgłaszającej się po pomoc, sytuacji i indywidualnego problemu, oraz od tego na jakiego człowieka po drugiej stronie drzwi gabinetu traficie. Nie będę ukrywać, że w branży pracują też takie osoby, które nie powinny mieć styczności z pacjentami, bo są dla nich zagrożeniem (np. obwiniając klientów o to, że sami są sobie winni) albo zwyczajnie nieskuteczne, liczące na to, że pacjent przyjdzie i sam wszystko wyśpiewa a oni tylko posłuchają. Musicie być czujni, a najlepiej najpierw poczytać opinie lub podpytać innych o polecenie jakiegoś godnego zaufania psychologa.

Jestem ciekawa Waszych doświadczeń z pierwszego kontaktu z psychologami 😊 Dajcie znać.

Przygotowując się do pierwszego spotkania przeczytaj również o tym Jakie trudności mogą Cię spotkać w pierwszym kontakcie z psychologiem? A żeby przekonać się, że to nie tylko przerażające procesy zobacz Co może dać Ci psychoterapia? Wsparcie i relacja terapeutyczna.

Pozdrawiam Julia!

Co Ci może dać psychoterapia? WSPARCIE i relacja terapeutyczna

hand-2634753_1920

Mówi się, że psychoterapeuta to przyjaciel za pieniądze. Jest w tym ziarno prawdy. Chyba każdy, kto decyduje się pójść do psychologa liczy na to, że dostanie od niego przede wszystkim wsparcie. O to przecież w tym chodzi – człowiek czuje się samotny ze swoimi problemami, więc idzie do kogoś, z kim będzie mógł przejść trudne chwile, kto służy dobrym słowem, dodaje otuchy. Psychoterapeuta okazuje swoje wsparcie budując z pacjentem relację terapeutyczną, opartą w dużej mierze na mowie niewerbalnej (na czym szczególnie się dziś skupię). Nie jest to co prawda relacja przyjacielska, ale też oparta jest na szacunku, akceptacji, zrozumieniu, empatii i zaangażowaniu. Przynajmniej taka powinna być relacja terapeutyczna, by spełniała swój cel – budowanie bezpieczeństwa i intymności, by pacjent skłonny był zaufać i wyjawić swoje problemy bez poczucia zażenowania, bez lęku, bez nadmiernego oporu wynikającego z podejrzliwości wobec zamiarów terapeuty.

O oporze poczytasz tu: Jakie trudności mogą Cię spotkać w pierwszym kontakcie z psychologiem? A ten tekst przygotuje Cię na Pierwsze spotkanie z psychologiem, czego się spodziewać?

Z jakich narzędzi korzysta terapeuta, by okazać wsparcie?

Idąc do dobrego psychoterapeuty macie pewność, że słucha Was z uwagą. Uważne słuchanie jest jednym z najważniejszych narzędzi dobrego psychologa. Słuchanie po to, by zrozumieć, nie po to by ocenić czy odpowiedzieć coś mądrego przedstawiając własne zdanie czy wiedzę (tak, to też jest w terapii ważne, ale o tym innym razem). Psycholog to ktoś, kto wysłucha nie przerywając co chwilę słowami „ty, to nic! ja mam lepiej” i nie zacznie zmieniać tematu, kiedy chcesz coś jeszcze powiedzieć i bez poczucia winy. Ktoś przy kim będziesz mogła się wygadać, nie myśląc co chwilę o tym, czy przypadkiem nie zagłuszasz rozmówcy i nie mówisz zbyt dużo o sobie. Specjalista jest uważny na bieg rozmowy i świadomy tego w jakim momencie się urwała, bo to on ma niejako kontrolę nad przebiegiem rozmowy (to daje pacjentowi poczucie bezpieczeństwa). Zachęca do dokończenia tematu.

Psycholog często utrzymuje kontakt wzrokowy z pacjentem, jeśli pacjent nie ma z tym problemu. Kontakt wzrokowy buduje bliskość psychiczną i również jest potwierdzeniem tego, że „Jestem tutaj dla ciebie. Teraz liczy się tylko nasza rozmowa. Słucham cię z uwagą”. Co ważne, psycholog musi umiejętnie korzystać z mowy niewerbalnej by okazać przychylność i akceptację  (np. uśmiechając się lub delikatnym skinieniem głowy) i przede wszystkim być autentyczny w reakcjach tak jak normalny człowiek czy bliski przyjaciel. Raczej nie mielibyśmy ochoty mówić do kogoś, kto siedzi i jedynie patrzy bezwiednie, bez żywej mimiki.

Okazaniem wsparcia jest też zadawanie konkretnego pytania, np. „Co ważnego wydarzyło się w ostatnim tygodniu, o czym chciałaby mi pani opowiedzieć?” i dopytywanie o szczegóły z troską i dbałością o granice intymności klienta. Pacjent przez to wie, że jego sprawy są ważne i może o nich teraz opowiedzieć.

Duże znaczenie ma też fizyczna odległość pomiędzy terapeutą a pacjentem, niezbyt bliska tak by pacjent nie czuł dyskomfortu czy zagrożenia, ale niezbyt daleka, tak by czuł, że znajduje się w relacji terapeutycznej z kimś komu może zaufać i miał poczucie intymności, że może mówić na tyle cicho jak potrzebuje, a terapeuta będzie w stanie to usłyszeć. Zazwyczaj nie mamy możliwości przestawiania mebli w gabinecie psychologa, chyba że jest to krzesło – wtedy można przysunąć je dalej lub bliżej, tak by czuć się swobodnie. Czasem możemy zostać zapytani o to w którym miejscu gabinetu chcemy usiąść, gdzie poczujemy się bardziej komfortowo.

Skoro jesteśmy przy dystansie to warto wspomnieć o bardzo ważnej rzeczy, jaką jest siedzenie lub stanie względem siebie. Siedzenie na różnych wysokościach i na różnych meblach może być oznaką tego kto w relacji ma wyższa pozycję. Dlatego zwraca się uwagę na to, by psycholog i pacjent siedzieli na podobnej wysokości i podobnych jakościowo siedzeniach (a nie psycholog na miękkim fotelu, kiedy pacjent ma do siedzenia twardy stołek). Tak samo jest ze staniem i siedzeniem. Osoba, która stoi wzmaga w osobie siedzącej poczucie niższości. Dlatego uważny psycholog nie stoi nad pacjentem, a kiedy musi to zrobić informuje najpierw o tym pacjenta.

Idąc do psychologa musicie być świadomi, że z bardzo dużym prawdopodobieństwem będziecie siedzieć z psychologiem twarzą w twarz. Siedzenie naprzeciwko siebie jest kojarzone z konfrontowaniem się dwóch punktów widzenia. I w istocie w psychoterapii też tak jest, ale co chyba najważniejsze, to takie siedzenie jest zwyczajnie komfortowe dla psychologa by mógł Was obserwować i reagować na Wasze reakcje, np. jak jakiś temat będzie generować zbyt dużo napięcia, psycholog może zadać pytanie z innej kategorii wprowadzając więcej spokoju – co też swoją drogą jest dbaniem o komfort pacjenta i formą wspierania go w procesie terapii. Może się więc zdarzyć, że będziecie czuć dyskomfort w takim ustawieniu względem terapeuty i odbierzecie to jako mało wspierające a za to bardzo stresujące, gdy psycholog obserwuje Waszą postawę i zachowanie. Gdy czujecie się z tym bardzo niezręcznie, spróbujcie o tym powiedzieć, bo jest to cenna informacja.

Natomiast siadanie obok siebie jest bardzo wspierające, bo metaforycznie jest wystawieniem drugiej osobie własnego ramienia. Tak robią w stosunku do siebie przyjaciele by okazać sobie swą bliskość i dostępność. Wydaje mi się, że psycholog również może z tego korzystać, zwłaszcza w przypadku pracy z dziećmi, które potrzebują wsparcia zdecydowanie bardziej, by zbudować czy odbudować zaufanie do dorosłych. Psycholog dziecięca, z którą współpracowałam na praktykach za każdym razem siedziała z boku dziecka, by pokazać, że jest po jego stronie i jest po to by pomóc, przećwiczyć z nim pewne rzeczy czy razem się pobawić. I mówiła to również dzieciom wprost, żeby nie czuły się skrępowane.

Co jeszcze w tym niewerbalnym kontekście jest warte wspomnienia? Zauważyłam, że moja psychoterapeutka przy zakończeniu spotkania nie wstaje jako pierwsza, lecz czeka aż to ja pierwsza się podniosę, by nie sprawiać wrażenia, że mnie wygania z gabinetu a potem podaje mi rękę życząc mi na najbliższy tydzień spokoju, powodzenia czy czego tam potrzebuję ze względu na kontekst rozmowy terapeutycznej. To jest bardzo ważne, bo pacjent może po tym wyczuć, czy jest w tym miejscu mile widziany czy psycholog tylko czeka aż opuści on pomieszczenie by móc sobie odetchnąć. Okazaniem szacunku jest także odprowadzenie pacjenta do drzwi i wyjście po pacjenta na korytarz i zaproszenie do gabinetu.

Słyszałam też sporo historii moich znajomych, którzy opowiadali, że psycholog zachował się wobec nich bardzo nieprofesjonalnie a wręcz chamsko obwiniając o to, że pacjent ma problemy („jest pani sobie sama winna”) i po co w ogóle teraz przychodzi. Bywają też takie sytuacje, kiedy psycholog sprawia wrażenie, że wie lepiej czego Ci potrzeba i co będzie dla Ciebie najlepsze, a do tego wydaje własne opinie na temat Twoich sposobów życia np. „To pani nie pomoże”, „To jakaś bzdura!”. Czasami są to uzasadnione interwencje psychoterapeutyczne, choć mało przyjemne dla pacjenta są celowe, by wypracować w pacjencie coś nowego, np. umiejętność dostrzeżenia własnego błędu i przyznania się do niego albo nauka wyłapywania ironii, wyolbrzymienia. Jednak jeśli wyczuwamy nieustanne pouczanie i ocenianie, nie warto na siłę pozostawać w takiej terapii.

Jestem więc w stanie sobie wyobrazić, że są psychologowie, którzy nie tyle że nie okażą wsparcia, co mogą nawet zaszkodzić. Tym bardziej uważam za słuszne, by dzielić się z Wami wiedzą i doświadczeniami, byście byli świadomi tego jak psycholog powinien się względem pacjenta zachowywać, co jest standardem w pracy psychologa, jakie narzędzia i techniki może stosować i do czego zobowiązuje go etyka zawodu.

Rekomenduję Wam wyszukiwanie specjalistów w Internecie, czytając opinie o nich. Doświadczenia innych mogą być dla nas wskazówką, jednak bierzcie też pod uwagę to, że każdy pacjent pisze opinie z własnego punktu widzenia i czasem negatywne komentarze wynikają z tego, że pacjent nie dał sobie szansy by wejść w relację terapeutyczną, czy nie ma świadomości tego na czym ta relacja polega i jaka jest rola psychologa (np. wzbudzanie poczucia winy u kogoś kto nie dostrzega konsekwencji swoich czynów: może on potem wystawić negatywną opinię, bo niedostatecznie zrozumiał celowość oddziaływań. Inną kwestią jest, że psycholog powinien takie sprawy wyjaśniać pacjentowi).

Pozdrawiam
Julia!

Jakie znaczenie ma wychowanie? Część 3. UNIKANIE

małe dziecko bawi się samotnie z pluszowym misiem na drewnianym pomoście.

W psychologii wyróżniamy cztery główne postawy rodzicielskie, które są niepożądane w wychowaniu. Są to:

Błędy wychowawcze rodzica unikającego

Postawa unikająca jak sama nazwa wskazuje polega na świadomym bądź nie, unikaniu dziecka. Rodzic jest mocno skupiony na własnym życiu i „sprawach dorosłych” przez co mało uwagi poświęca dziecku i zbywa każdą prośbę dziecka o uwagę.

Wyobraź sobie scenę, w której 5 letnie dziecko rysuje obrazek. Bardzo chce pochwalić się swojej mamie co narysowało, jednak na prośby dziecka matka nie reaguje. Kolejny raz dziecko prosi „Ale mamusiu zobacz”, na co matka rzucając okiem „No przecież widzę, ładny”. Dziecko doskonale czuje, że matka ani nie zobaczyła dobrze tego obrazka, ani nie uważa go za ładny a powiedziała to dla świętego spokoju, żeby dziecko się odczepiło. Przy powtarzających się takich sytuacjach dziecko nie zechce podejmować wysiłku z braku motywacji, albo zacznie niszczyć swoje dzieła, bo i tak nikomu na nich nie zależy, wyładowując na nich swoją złość na mamę, która nie spełnia potrzeb.

Rodzic ignoruje potrzeby dziecka, spełniając tylko te podstawowe jak fizjologiczne, zapewnienie ubrań i podręczników do szkoły lub elektroniki, żeby dziecko miało się czym zająć. W przekonaniu opiekuna zapewnienie opierunku to wszystko czego dziecko potrzebuje i dziecku pod jego opieką niczego przecież nie brakuje. W gruncie rzeczy nie daje mu tego na czym dziecku najbardziej zależy, czyli wspólnie spędzonego czasu, zainteresowania światem dziecka, troski i opieki emocjonalnej, fizycznej bliskości (np. przytulania).

Niewiele z nim rozmawia, bo nie jest zbytnio zainteresowany światem dziecka lub zasłania się ważniejszymi zadaniami do wykonania. Nie interesują się tym co w szkole, jakich ma znajomych (i czy w ogóle ich ma), czym się martwi a czym cieszy. Postrzega dziecko jak kogoś niżej w hierarchii, kto nie ma nic interesującego do powiedzenia, bo jeszcze życia nie zna, niczego nie rozumie. Generalnie niewiele czasu mu poświęca i nie podejmuje z nim wspólnych aktywności, jak np. zabawa, wyjście do sklepu, spacer po okolicy, wyjście do kina/zoo. Bywa, że pozostawia je pod opieką innych osób, gdyż jest mu tak wygodniej (np. wynajmuje nianię od rana aż do nocy, podrzuca dzieci dziadkom niemal w każdy weekend). Najwygodniejsze byłoby jednak, żeby dziecko po prostu zajęło się sobą samym. Czas poświęcony dziecku jest zastępowany komputerem, tabletem, telefonem, zabawkami, nowymi gadżetami, zakupami, kinem, koleżankami i kolegami, zajęciami dodatkowymi. Czymkolwiek, oby tylko dziecko nie przeszkadzało.

Rodzic często jest przez to wszystko niekonsekwentny w wychowaniu i nie stawia wymagań adekwatnych do wieku dziecka. Nie wymaga, nie stawia granic, nie egzekwuje wywiązywania się z obowiązków albo wymaga zbyt dużej samodzielności, tak jakby dziecko było zaradne na poziomie osoby dorosłej.

Skąd bierze się unikanie? Czemu nie lubię (nie kocham) własnego dziecka?

Najczęściej są to mocno zakorzenione przekazy pokoleniowe, mówiące o tym, że dziecka nie można rozpieszczać, dziecko nie może ci wejść na głowę, uważanie że nie warto dziecka słuchać „dzieci i ryby głosu nie mają”. To oczywiście mity. Dziecko, które ma zaspokojone podstawowe potrzeby fizjologiczne, materialne a przede wszystkim emocjonalne, wcale nie ma potrzeby „wchodzić rodzicowi na głowę” cokolwiek to znaczy.

Rodzice mogą mieć przekonanie, że to oni mają być ponad dzieckiem, oni mają rządzić, ale wybierają do tego strategię ignorowania, jakby chcieli przekazać dziecku „jestem bardziej cierpliwy od ciebie, nie ugnę się pod twoimi lamentami”.

Generalnie taka postawa wskazuje na niską inteligencję emocjonalną – czyli niską empatię, mały kontakt z własnymi emocjami, nie rozumienie emocji innych osób. Pewnego rodzaju niedojrzałość emocjonalną rodziców, która nie jest jedynie związana z wiekiem rodziców – młodzi rodzice mogą być bardziej dojrzali emocjonalnie od rodziców po 30-35roku życia, jest to kwestia indywidualna.

U niektórych osób mogą to być własne nieuleczone rany z przeszłości, traumy relacyjne – coś złego działo się w ich domach rodzinnych, szkole, młodości. A może trauma dotyczy samego macierzyństwa/macierzyństwa – osoba nie była gotowa emocjonalnie do podjęcia tej roli, doznała zaburzeń adaptacji przez opór wobec konieczności szerokiego przeorganizowania własnego życia i podporządkowania się roli matki/ojca. A może doświadczenia przed (np. poronienia), w ciąży i wczesnych doświadczeniach rodzicielskich były tak trudne, że odcisnęły w ten sposób piętno na psychice i zachowaniach.

Taka postawa mogła się wytworzyć również na skutek przewlekłego zaburzenia depresyjnego czy lękowego, albo innych zaburzeń zdrowia psychicznego (schizofrenii, zaburzeń osobowości, alkoholizmu).

Jaki wpływ na dziecko ma takie wychowanie?

Na początku dziecko woła o uwagę, np. poklepuje lub tyka palcami innych, po każdym zdaniu mówi „co nie?”, „prawda?”. Stopniowo jednak zauważa, że to nie przynosi efektów. Może coraz bardziej zamykać się w sobie w poczuciu, że to co mówi, robi jest nic nie warte i nic niewarte jest samo ono. Zaczyna wierzyć w to, że nie warto się starać, nie tylko o kontakt z rodzicem czy innymi ludźmi, ale w ogóle w stosunku o cokolwiek. Porzuca starania. Czuje się bezradne.

Może przepełniać je złość i poczucie krzywdy za to, że było odpychane od rodzica. Nie rozumie tego co się zadziało a winę może przypisać sobie („jestem złym dzieckiem”), co może przełożyć się na czyny autoagresywne, chęć ukarania się.

Może być też tak, że dziecko zacznie się buntować, karać rodzica. Przestanie wykonywać polecenia, nie zważać na zdanie opiekuna, „robić na złość”. Nie ma ochoty na rozmowę, słuchanie tego co mówi rodzić, bo przecież ono samo również nigdy nie zostało wysłuchane. Nie ma wręcz żadnego interesu pomagać rodzicowi w obowiązkach domowych, tłumaczyć się ze swoich działań, informować o swoich planach – z poczucia, że i tak nie zostanie zrozumiane, a w pewien sposób wykorzystane, by tylko spełnić wolę rodzica.

W pewnym momencie rodzic jest zaskoczony – „coś z moim dzieckiem się porobiło!”. Ma pretensje do niego, że się zmieniło. W kłótniach mogą padać do dziecka słowa w stylu „z tobą nie da się rozmawiać!”.  Opiekun nie widzi tego, że sam nie dał przykładu jak rozmawiać, nie nauczył, jak spędzać wspólnie czas, nie dał szansy, by poznać się nawzajem i zbudować relację. Widzi, że to dziecko jest opryskliwe, czepialskie, buntownicze, zamknięte w sobie. Jak możesz wymagać od dziecka, by się przed Tobą otworzyło, gdy Ty nie jesteś zainteresowany jego życiem, uczuciami i potrzebami? Prawdopodobnie sam jesteś zablokowany nawet na własne emocje i potrzeby. Może masz trudności w komunikowaniu się i nawiązywaniu relacji z innymi? To wszystko przekłada się na to, że nie byłeś w stanie przekazać dziecku tego jak właściwie rozwijać takie umiejętności, gdyż sam nie do końca wiesz jak z nich korzystać.

W dorosłym życiu osoby takie są podatne na szybkie odczuwanie frustracji, gdy coś się nie udało, nie wyszło tak jak zakładały, nie dostali tego czego chcieli. Z domu wychodzą z przekonaniem, że są nic niewarci, beznadziejni, nic im się w życiu nie uda. Wierzą w to, że ich życie jest byle jakie i że nic lepszego ich nie czeka. Zbyt szybko się poddają lub w ogóle unikają wyzwań, bo tylko potwierdzą to, że są niekompetentni i nieporadni życiowo. Bywają niezdolni do nawiązywania z innymi kontaktu czy podtrzymywania relacji, bo myślą o sobie, że są za mało ciekawi, atrakcyjni, wartościowi, by inni ich lubili, szanowali czy kochali. Uganiają się za aprobatą innych, bo brakowało im bliskości, docenienia i podziwu ze strony rodziców. Zakładają konta w mediach społecznościowych, by się dowartościować i swoją wartość liczą ilością polubień pod zdjęciami czy opublikowanymi postami. Może też chętnie się podporządkowują innym, są zbyt ulegli i biorą na siebie dużo więcej niż powinni. Wpadają w stany depresyjne. A może być też tak, że złoszczą się na innych, w poczuciu że nikt nigdy ich nie docenia i inni ludzie są niewdzięczni, niewarci kontaktu z nimi. Tak czy inaczej ich umiejętności społeczne mogą być na stosunkowo niskim poziomie, co nie ułatwia codziennego życia i realizowania zadań człowieka dorosłego (np. praca zawodowa, założenie rodziny, relacje przyjacielskie, spełnianie marzeń).

Jak się zbliżyć do dziecka?

Stopniowo i cierpliwie budować zaufanie. Zacząć od zainteresowania się światem dziecka, propozycjami by wspólnie spędzić czas tak, jak chce tego dziecko. Warto pokazać  mu, że jest się po jego stronie, np. w sprawach szkoły, trudności rówieśniczych. Wierzyć w to co mówi dziecko. Umiejętnie stawiać granice, w których dziecko poczuje się bezpiecznie, np. nie wychodzisz w nocy z domu, przyjadę po ciebie jeśli trzeba; nie wagarujesz a za to wspólnie ustalimy dla ciebie nagrodę, która cię do tego zmotywuje i konsekwencje jeśli złamiesz zasadę.

Odbudowa relacji może trwać bardzo długo. Jeśli jest to bardzo trudne, warto zgłosić się na terapię rodzinną, najlepiej do psychoterapeuty w nurcie systemowym. Pomóc może również zmierzenie się z własnymi osobistymi problemami, np. leczenie zaburzenia. Jeśli niepewnie czujesz się w roli matki/ojca, może skorzystasz z warsztatów umiejętności wychowawczych? Tam nabędziesz podstawowe umiejętności, które pozwolą na wyznaczanie granic, radzenie sobie z frustracją i innymi emocjami czy organizowanie wspólnego czasu i zrozumienie potrzeb dziecka w danym wieku 😉


Dla zainteresowanych – prawdziwa historia

„Kiedyś było mi bardzo przykro, że mama nie spędza ze mną za dużo czasu. Pamiętam głównie, że musiałam się prosić, żeby mnie posłuchała bo głównie mówiłam do samej siebie. Mama po prostu wychodziła z domu zamykając drzwi przed nosem, mówiła „później! Jak wrócę”. Tata z reszta podobnie, ciągle pracował. Dziwne było dla mnie to, że mama nie zabierała mnie nawet na zakupy. Nawet ubrania dla mnie kupowała na oko. Niby mi niczego nie brakowało w dzieciństwie, ale jakoś nie mam też fajnych wspomnień.

Kiedy dorastałam moim problemem było to, że nie potrafiłam zagadać do ludzi, odpowiedzieć na proste pytania tak, żebym była z tego zadowolona. Nawet przedstawienie się innym sprawiało mi trudność i chyba wolałam wersję bezosobową. Nie mogłam uwierzyć w to, że ktoś może się interesować moją osobą, widzieć we mnie wartość. Nie umiałam przyjmować komplementów, zaprzeczałam im od razu. Byłam strasznie zakompleksioną i zamkniętą nastolatką. Wydawało się, że wszystko jest ok., bo rozmawiałam z innymi, śmiałam się, ale pod tym wszystkim krył się lęk o to, czy ja naprawdę jestem lubiana? Czy nie jest tak, że inni śmieją się za moimi plecami z tego jaka jestem i co robię? Bałam się, że inni mnie oceniają i nie zechcą ze mną wchodzić w kontakt. W dorosłym życiu też się tego bałam. Gdy szukałam pracy, nikt nie chciał mnie zatrudnić, bo od razu było po mnie widać, że jestem zalękniona a moje poczucie wartości jest jak wycieraczka do butów. Nie potrafiłam się nawet przedstawić. O zareklamowaniu się nawet nie mówmy. Z każdej rozmowy rekrutacyjnej wracałam zdołowana. Do tej pory mam problem, gdy muszę się komuś przedstawić. Gdy spotykam się z kimś pierwszy raz czuję się niepewnie, bo co mam o sobie powiedzieć? Myślę sobie, że jestem przecież szarą, nieciekawą osobą, co odbiera mi pewność siebie. Boję się przyznać do tego co mnie interesuje, bo ktoś mnie wyśmieje, albo okaże się, że jednak nie jestem w tym dobra. Z resztą nie potrafię się czymkolwiek pochwalić, bo jest tyle osób, którym to wychodzi dużo lepiej, a ja nie mam aż tylu sukcesów. Przechwalanie się też jest przecież nieładne, niemile widziane. Nie chcę uchodzić za osobę zadufaną w sobie. Tak naprawdę chyba nie wiem dokąd zmierzam, czego chcę.”


P.S. polecam filmik z kampanii „Wielka Moc” Stowarzyszenia Moc Wsparcia. Link znajduje się tu: WIELKA MOC Ukazuje on trzy różne postawy rodzicielskie: wspierającą, nadmiernie chroniącą i unikającą. To są słowa opisujące kampanię:

Kampania „Wielka Moc” ma na celu zwrócenie uwagi na budowanie bezpiecznej więzi rodzic-dziecko. Więź z rodzicem to relacja dwustronna, która ma wpływ na zachowanie dziecka w ciągu całego życia. Wczesne bezpieczne doświadczenia więzi mają wpływ na późniejszy społeczny i emocjonalny rozwój dziecka poprzez oddziaływanie na: rozwój mózgu; sposób reagowania na doświadczane emocje; oczekiwania i sposób reagowania w bliskich relacjach.

Jakie znaczenie ma wychowanie? Część 2. RODZICIELSKIE AMBICJE

W psychologii wyróżniamy cztery główne postawy rodzicielskie, które są niepożądane w wychowaniu. Są to:

chains-19176_1920

Postawa nadmiernie wymagająca

Postawa ta charakteryzuje się stawianiem bardzo wysokich wymagań dziecku. Jednocześnie ograniczana jest samodzielność i odpowiedzialność dziecka. Nie może ono o sobie decydować, bo decyzje zostały już podjęte przez rodzica. Rodzic wyznaje zasadę, że to on rządzi, a dziecko musi się podporządkować, dostosować do wymagań, sprecyzowanego planu na jego życie i zasad przez co ma niewiele swobody i jego zdanie się nie liczy.

Dobrym przykładem takiej postawy jest zapisywanie dziecko na wiele różnych zajęć dodatkowych, na które dziecko nie ma ochoty lub zmuszanie do trenowania sportu czy gry na instrumencie do upadłego, wymuszanie samych najlepszych ocen i udziału w konkursach. Rodzic nie zwraca uwagi na to, że dziecko potrzebuje równowagi pomiędzy nauką i zabawą oraz kontaktem z rówieśnikami. Rodzic ma w głowie idealny wzór dziecka, do którego próbuje je przypasować niezależnie od tego jakie dziecko ma predyspozycje. Dąży on do tego by dziecko przyspieszyło swój naturalny rozwój, marzy mu się dziecko-geniusz.Dzieci często są nadmiernie obciążane obowiązkami domowymi, które muszą wypełniać pomiędzy ślęczeniem w książkach a zajęciami dodatkowymi. Przy czym nie mogą one narzekać na swój los, bo przecież rodzice dla nich tyle poświęcili, tak się starają i powinny być wdzięczne za to co mają, bo oni w dzieciństwie takich warunków nie mieli. I tu dotykamy jednej z przyczyn tego sposobu patrzenia na własne dziecko. Rodzic, który nie zaznał w swoim dzieciństwie czegoś, nie miał szans na osiągnięcia, nie zrealizował marzeń, chce, aby zrobiło to jego dziecko. Jest to spełnianie własnych ambicji ciałem własnego dziecka. Rodzic pragnie być dla dziecka największym autorytetem oraz dąży do tego by szanowało autorytety innych, a w dorosłości samo stało się „kimś wielkim”. Rodzic wymaga od dziecka coraz większych osiągnięć, niezależnie od wkładanych kosztów.

Nie muszę chyba tłumaczyć, jak bardzo jest to dla dziecka obciążające… Ciągła presja sprawia, że dziecko nie radzi sobie z tak dużymi wymaganiami, bo one zwyczajnie są mało realne. Ogromny stres odbija się na samopoczuciu dziecka i może odbić się na relacjach z innymi, bo niemile widziane jest spędzać czas z kolegami, którzy są nieambitni i „nie dla ciebie”.

Taka postawa rodziców uczy dziecko, że w życiu trzeba rywalizować z innymi i zawsze być od nich lepszym. Takie sytuacje dzieją się nawet w rodzeństwie, gdzie jedno dziecko jest porównywane do drugiego. Najczęściej młodsze rodzeństwo ciągle słyszy, że nie jest tak zdolne, tak mądre, tak zaradne jak ten najstarszy brat lub siostra. W rodzinie występują licytacje podczas spotkań świątecznych, na temat tego czyje dziecko jest bardziej zaradne, ma wyższą średnią i do jakiego liceum pójdzie, choć oczywiste jest, że do najlepszego w mieście. Często te porównania są niedorzeczne, bo dzieci są przecież zupełnie różne, mają inne predyspozycje i inne warunki rozwoju. Rodzic nadmiernie wymagający, nie zważa na takie różnice między dziećmi.

Dziecko nie może samodzielnie podjąć decyzji, nie może też ponieść konsekwencji własnego działania, bo w chwilach „słabości” jest wyręczane czy to przez rodzica, starsze „bardziej utalentowane” i „mądrzejsze” rodzeństwo albo specjalnie zatrudnionych korepetytorów. Widziałam już takie sytuacje, gdzie matki same pisały za dzieci wypracowania lub rysowały rysunki, bo były przekonane, że nie zrobią one tego na tyle dobrze, żeby otrzymały dobrą ocenę. Ale zapominają o tym, że w ten sposób odbierają dziecku prawo do samostanowienia, poczucie wartości, wiarę we własne możliwości i przekonanie o własnej skuteczności. To wszystko w dziecku nie ma prawa się wykształcić, kiedy rodzic na każdym kroku pokazuje dziecku, że jest nie dość dobre. Rodzic ciągle poprawia po dziecku to, co ono robi, np. ścieląc łóżko, rodzic widzi nadal nieidealnie ułożone poduszki albo zacieki na umytych naczyniach. Każe poprawić, aż będzie usatysfakcjonowany albo na oczach dziecka robi to samodzielnie, mówiąc lub dając do zrozumienia, że zawsze trzeba po nim poprawiać, bo niczego nie potrafi zrobić jak trzeba.

Dziecko podlega nieustannej ocenie, kontroli i sprawdzaniu. Rodzic bez refleksji wyraża w stosunku do dziecka swoją dezaprobatę za nieosiągnięcie wystarczająco dobrego wyniku. Kiedy plan się nie powiedzie, rodzic uważa, że zawsze winne jest dziecko (jego cechy), nie okoliczności. Rodzic nigdy nie jest usatysfakcjonowany efektem jaki uzyskało dziecko, bo „zawsze mogło być lepiej” lub „za mało się postarałeś”. Nie chwali dziecka, gdy ono napisze dobrze sprawdzian, lecz najpierw zapyta o to jak napisali koledzy. Gdy okaże się, że chociaż jedna osoba w klasie dostała wyższą ocenę, rodzi to do dziecka wyrzut, że mogło się postarać bardziej. Dla rodzica czwórka to nie jest satysfakcjonująca ocena, bo uważa, że można było dostać piątkę. Zmusza dziecko do ciągłego poprawiania ocen, by było najlepsze w klasie. Po czym i tak nawet pierwsza pozycja w rankingu, nie jest dla rodziców szczególnym osiągnięciem, bo zaraz znajdą się powody, aby umniejszyć dziecięce zasługi lub stawianie kolejnych wygórowanych wymagań. Rodzic nadmiernie wymagający to taki, który na wykonany rysunek przez dziecko spojrzy pobieżnie i może nawet przyzna, że ładny, ale przy tym wyrazi dezaprobatę, że całe się ubrudziło. A gdy dziecko z czystego serca zrobi dla mamy śniadanie, ta w pierwszej kolejności zwróci uwagę, że w kuchni zostawiło chlew.

Rodzic nadmiernie wymagający, to taki, który uważa, że wie najlepiej. Nie słucha swojego dziecka i dziecko nie ma prawa dociekać czy prosić o argumentację. Zamiast tego często słyszy „Nie bo nie”, „Masz tak robić, bo ja tak mówię”, „Wiem co dla ciebie dobre”, „Kiedyś mi za to podziękujesz”. Wszelkie próby zaprotestowania są niemile widziane i interpretowane jako pyskowanie i niewdzięczność ze strony dziecka.

Rodzic ma już określoną wizję i drogę życiową dla dziecka. Syn ma być prawnikiem a córka lekarzem. Nie dopuszczają do siebie, że dziecko może mieć inne pasje i inne potrzeby. Każda próba odzyskania kontroli nad własnym życiem przez nastolatka, a nawet już młodego dorosłego, kończy się awanturą, bo mama/tata wie lepiej. Liczy się renoma uczelni, prestiż kierunku, poważanie wykonywanego zawodu i wielkość zarobków. Schemat jest prosty: dziecko najpierw musi się dużo uczyć, ćwiczyć i trenować, nie tracąc czasu na inne, mało ważne w mniemaniu rodziców, zajęcia. Perfekcyjnie napisać maturę i dostać się na szanowane studia najlepiej w stolicy, a może nawet za granicą. Potem rozpocząć prestiżowy staż w najlepszej placówce i dostać wysokopłatną pracę z wszelkimi udogodnieniami w postaci służbowego telefonu czy samochodu. W międzyczasie wziąć kredyt na mieszkanie i koniecznie znaleźć odpowiedniego partnera_kę, oczywiście takiego_ą który_a przypadnie do gustu całej rodzinie. Ślub musi być zorganizowany w jak najbardziej wyszukanym stylu tak, żeby inni byli pełni zachwytu i zazdrości. Podróż poślubna ma być zagraniczna i oryginalna. No a potem wnuk i to natychmiast, bo ja chcę być już babcią/dziadkiem!

Tu wszędzie widoczne są oczekiwania rodzica, a nie dobro dziecka. Przez cały czas rodzic wysyła komunikat JA, np. „Chcę żebyś Ty…” „Nie życzę sobie…”. Nie ma miejsca na zdanie dziecka i jego potrzeby. Tak jest aż do momentu, kiedy dorosła już osoba, zdecyduje się radykalnie odciąć pępowinę. Będzie to okupione wieloma awanturami i groźbami skreślenia z rodziny czy odcięcia dopływu finansowego. Tacy rodzice mogą uciekać się do szantażu emocjonalnego, mówiąc, że są strasznie zranieni, samotni, schorowani, starzy a dziecko niewdzięczne, bez serca. Po części taki rodzic jest uzależniony od swojego dziecka, bo gdy jego zabraknie, nie będzie mógł na nikogo przelewać swoich wygórowanych oczekiwań.

Jakie jest dziecko rodzica nadmiernie wymagającego?

Zmuszanie dziecka do ciągłej pracy, może przynieść odwrotny skutek od zamierzonego, bo dziecko jest zniechęcone. Możliwe, że z czasem wyrobi w sobie postawę uległą, nie potrafiąc określić tego, czego potrzebuje i co lubi. Z trudnością przychodzi mu koncentracja na zadaniach. Częste ocenianie dziecka niszczy jego rozwijającą się samoocenę, która jest dramatycznie niska, tak jak wiara w siebie i wewnętrzne aspiracje. Dziecko jest niepewne siebie, swoich możliwości. Jest zalęknione i przewrażliwione na swoim punkcje i wszędzie doszukuje się krytyki w myśl postawy „nie jestem wystarczająco dobry”.

Dziecko ciągle kontrolowane i sterowane na bycie najlepszym i rywalizującym, ma potem problem z odnalezieniem się w grupie. Nie wie czego od życia oczekuje i w czym jest tak naprawdę dobre. Największą trudność, nawet dorosłemu już człowiekowi, sprawia określenie nawet tego co on tak naprawdę lubi robić, co jest jego pasją i w jakim kierunku chciałby w życiu pójść.

Jest wyuczonym perfekcjonistą, niezadowolonym z siebie, czującym się ciągle nie na miejscu i zbyt mało kompetentny. Każde niepowodzenie jest dla niego dotkliwe. Oczekuje szybkich efektów, a gdy one nie przychodzą – poddaje się, bo uważa, że nigdy nie osiągnie takiego poziomu, aby go zadowolił. Wypruwa sobie żyły dla pracy, której nienawidzi, tylko dlatego, że jest społecznie uważana za prestiżową i jest dobrze płatna. Nie poddaje refleksji swojego życia, bo bolesnym byłoby, gdyby okazało się, że to tak naprawdę oczekiwania rodziców a nie jego samego. Nadmierne wymagania rodziców mogą sprzyjać rozwojowi zaburzenia obsesyjno kompulsywnego, w którym lęk przed niespełnieniem oczekiwań, ogromna presja emocjonalna w nieadekwatny sposób kojone są przez natrętne myśli i przymusowe działania (np. częste sprawdzanie czy zadanie jest wykonane poprawnie).

Oczywiście nie można odmówić rodzicom, że dzięki ich wymaganiom dzieci mogą nauczyć się pracowitości, wytrwałości, zorganizowania, dbałości o jakość swojej pracy. Jest to jednak okupione dużą presją psychiczną, z którą nie każde dziecko sobie poradzi nie popadając w problemy emocjonalne czy choroby psychiczne. Nie twierdzę, że dzieci nie mogą mieć wymagań, ale muszą one być dostosowane do wieku i możliwości dziecka. I w żadnym wypadku dzieci nie mogą być zmuszane, a powinny być zachęcane do nauki, pracy czy pomocy rodzicowi. W przeciwnym razie jest to dla dziecka przykry obowiązek i ciężka, wyczerpująca praca ponad siły a nie szansa na rozwój i spełnione życie czy udzielenie pomocy z nadzieją na otrzymanie w zamian wdzięczności.

Wpływ nadmiernych wymagań rodziców może być łagodzony przez umiejętność sprzeciwu, buntu wobec opiekunów oraz dobry kontakt z rówieśnikami, którzy akceptują dziecko niezależnie od osiągnięć.


Mam nadzieję, że udało mi się ukazać szkodliwość nadmiernych wymagań rodziców i skłonić Was do większej refleksji nad wychowaniem i będziecie pamiętać o tym, że nie zawsze presja na dziecko popłaca. Dzieciństwo szybko przeminie i na dodatek będzie bardzo źle wspominane, jeśli w ogóle będzie się czymś różnić od zapracowanego życia dorosłego. Zwróćcie także uwagę na to, jak często używacie porównań swojego dziecka do innych dzieci, gdy ono wypada niezbyt dobrze (abstrahując od tego, że w ogóle porównywanie dzieci przynosi niewiele dobrego, ale na tym niestety stoi system edukacji, który nie pomaga) i postarajcie się te porównania ograniczyć, zwłaszcza gdy przyrównujecie do siebie rodzeństwo. Pomyślcie: chcecie mieć wspierające się i kochające nawzajem dzieci, czy rywalizujące i zapatrzone w siebie?

Starając się ze wszystkich sił samemu być jak najlepszym w tym co robimy i dążąc do tego, by wychować dzieci na ambitne, pracowite, wytrwałe, nie zauważamy, że ma to negatywne konsekwencje. Dostrzegam dużo potencjalnych zagrożeń dla naszego zdrowia psychicznego:

  • Jesteśmy na tyle zapracowani, że nie wiemy czym jest odpoczynek i rozrywka. Liczy się tylko praca. Stawiamy sobie ambitne cele, naciskamy na szybkie tempo osiągania wiedzy i umiejętności.
  • Często porównujemy swoje wyniki do wyników współpracowników, a swoje życie i siebie do innych. Porównujesz się z innymi? Sprawdź!
  • Chcemy być najlepsi w wielu dziedzinach. Perfekcjonizm to nasze drugie imię, ale nie potrafimy zabrać się do konstruktywnego działania. Zobacz czemu odwlekasz działanie!

Takie zagrożenia czyhają także na nasze dzieci, gdy będziemy na nie bardzo „cisnąć”. Zachęcam Cię do przemyśleń nad swoją postawą wobec dzieci albo wizji swojego przyszłego rodzicielstwa, ale także zastanów się nad własnym życiem, wartościami i potrzebami.

Pozdrawiam
Julia!

Jakie znaczenie ma wychowanie? Część 1. PRZEMOC

fist-4117726_1920

Kiedy jesteśmy mali, nie znamy innego życia niż to, jakie prezentowane jest w naszej rodzinie. Jesteśmy wychowywani, czyli przystosowywani do reguł panujących w danym środowisku rodzinnym. Każda rodzina ma swój własny system reguł, który często przekazywany jest z pokolenia na pokolenie. To co mówią czy robią rodzice uznawane jest za jedyną opcję dla małych dzieci, które dopiero uczą się jak funkcjonować w świecie. Dzieci wykonują polecenia rodziców, są poddawane systemowi kar i nagród, naśladują to, co widzą.

W psychologii wyróżniamy cztery główne postawy rodzicielskie, które są niepożądane w wychowaniu. Są to:

Postawa odtrącająca

Rodzic nie okazuje dziecku uczuć pozytywnych, nie docenia, nie dopuszcza do głosu, stosuje rozkazy wymagając bezwzględnego podporządkowania się, podkreśla to co złe i krytykuje, zastrasza i ucieka się do dotkliwych kar. Dziecko samo w sobie jest dla takiego rodzica obciążeniem a opieka nad nim udręką.

Często po rodzicu mającym taką postawę od razu widać, kiedy zachowanie dziecka mu się nie podoba. Choć nie wypowiada swoich poleceń wprost, dziecko ma wiedzieć czego się od niego wymaga. Rodzic nie powtarza dwa razy, nie akceptuje odpowiedzi „zaraz”. Surowo mierzy wzrokiem, nie szczędzi przekleństw czy wyzwisk. Stosuje groźby, że pobije albo zabierze to co dla dziecka cenne (zabawki, komputer, spotkania z kolegami, hobby). W skrajnych przypadkach taki rodzic stosuje przemoc fizyczną, by wiedziało kto rządzi. A więc dziecko jest bite nie do końca rozumiejąc za co, co zrobiło źle. Bo za głośno się bawi, bo nie umie płynnie czytać, bo weszło do pokoju, kiedy nie powinno, bo płacze i dopiero „jak ci p**********ę to będziesz mieć powody do ryku”.

Rodzic przejawia przekonanie, że dziecko jest jego własnością, ale nie zamierza spełniać jego potrzeb, co najwyżej potrzeby fizjologiczne i materialne. Sfera psychiczna, emocjonalna, relacyjna, rozwojowa jest niezaopiekowana a nawet rujnowana. Bezdusznie wylicza każdy grosz wydany na dziecko oraz wie lepiej czego dziecko (nie)potrzebuje.

Do osób trzecich wypowiada się krytycznie o dziecku podkreślając jego wady, nazywając „leniem patentowanym”, „nieukiem”, „debilem”, „gnojasem p*********m”. Zalet zazwyczaj nie widzi, a jeśli już, przypisuje te zasługi swojemu sposobowi wychowania „Gdyby nie ja to…”, „Dzięki mnie wyrośniesz na ludzi”.

Odrzuca możliwość przeżywania pozytywnych emocji, ucina je często kwitując ostro „no i z czego rżysz?”. Nie pozwala na ich prawdziwe przeżywanie również sobie.

Co się dzieje z dzieckiem doświadczającym przemocy?

Gdy dzieci są poddawane przemocy fizycznej i psychicznej, stopniowo wykształcają sobie własne specyficzne sposoby radzenia sobie w tej sytuacji. Można zauważyć dwie tendencje:

  1. Dziecko staje się jeszcze bardziej nieposłuszne, buntownicze, kłótliwe. Nie umie spożytkować właściwie swojej wzbudzonej energii. Nie potrafi zrozumieć własnych emocji i nie zważa na uczucia innych. Kopiuje zachowania agresywnych rodziców i samo staje się agresywne w obliczu zagrożenia. Problemy będą narastać, gdy trafi w niewłaściwe środowisko rówieśnicze – może wtedy przejawiać zachowania antyspołeczne, czyli naznaczone dużą demoralizacją. Może sięgać po używki (alkohol, narkotyki, dopalacze) i łamać prawo.
  2. Dziecko poddane jest zjawisku wyuczonej bezradności, czyli ma postawę: „niezależnie od tego co zrobię i tak będzie źle, zostanę ukarany, więc po co się starać”. Dziecko staje się wycofane, przepełnione lękiem, podatne na depresję i reakcje nerwicowe (zaburzenia lękowe, psychosomatyczne). Jako sposób radzenia sobie z napięciem może się samookaleczać.

Często to cechy temperamentalne (czyli to co biologiczne, częściowo odziedziczone po rodzicach) takie jak wrażliwość układu nerwowego, decydują o tym, jaką ścieżką potoczy się życie dziecka, które doświadcza przemocy. Ale nie bez znaczenia są również uwarunkowania społeczne. Chłopcy mają trochę większe przyzwolenie na okazywanie złości, niezadowolenia i przejawianie dominacji niż dziewczynki. One natomiast „powinny” w chwilach słabości płakać, co chłopcom według społeczeństwa nie przystoi.

Dziecko, które nie ma wsparcia w rodzinie ani w szkole może reagować dużą złością na prowokację ze strony kolegów i koleżanek, którzy tym bardziej mu dokuczają. Kiedy dziecko poddawane jest przemocy, nawet przypadkowy kontakt fizyczny z drugą osobą, może wzmagać złość, jeśli dziecko jest w stanie tę złość uzewnętrzniać pojawiają się zachowania agresywne, a jeśli nie można jej okazać przemienia się ona w tendencje autodestrukcyjne (samookaleczanie, uderzanie się, gryzienie, wyrywanie włosów). U podłoża tych reakcji leży przekonanie o tym, że ludzie są nastawieni wrogo i lęk, że zrobią mu krzywdę.

Dziecko wrażliwe stopniowo zaczyna się izolować, bo jest nieufne wobec innych, a izolowanie się nie zachęca do wchodzenia z nim w interakcję, więc problem się pogłębia. Do tego stopnia, że z czasem osoba nie potrafi nawiązywać i utrzymywać relacji, boi się odezwać, o cokolwiek poprosić, spełniać swoje potrzeby bliskości z innymi, rozwijać się. Dziecko agresywne podąża podobną ścieżką, lecz zamiast izolacji od grupy wybiera dominację i inne dzieci również starają się go unikać pogłębiając jego trudności z wchodzeniem w relację. Pod wpływem doświadczeń odrzucania przez bliskie osoby, uczy się jak odrzucać innych. Wypiera potrzebę bliskości i przez brak umiejętności ufania może upokarzać innych, którzy próbują się zbliżyć.

Dziecko pamięta słowa rodziców bardzo długo, bo kształtują one jego poczucie wartości, samoocenę, zdolność adaptacji do wyzwań życiowych. Głos rodziców zostaje w głowie na długo i staje się wewnętrznym głosem, głosem obezwładniającego, gnojącego na każdym kroku krytyka. Utrudnia to samodzielne myślenie i podejmowanie decyzji. Dziecko zaczyna wierzyć, że jest beznadziejne, niczego nie osiągnie, nie zasługuje na dobre traktowanie i jest zbyt słabe, by żyć.

Postawa odtrącająca wykształca w dziecku raczej niską inteligencję emocjonalną, która polega na tłumieniu ekspresji emocji, nieumiejętności korzystania z emocji w życiu (poznawanie świata, relacje międzyludzkie, kierowanie własnym zachowaniem).

Matka i ojciec ranią inaczej… swoje córki

Postawę odtrącającą mogą stosować zarówno ojcowie jak i matki. Gdy matka jest odtrącająca, córka może tę złość na matkę kierować na siebie i inne kobiety. Nie potrafi wchodzić w przyjaźnie, odgrywa się na koleżankach, nie ufa kobietom, przejawia negatywne poglądy o nich. Te mechanizmy mogą być bardzo głęboko ukryte i objawiać się w zazdrości, plotkowaniu, rywalizowaniu. Dzieje się tak dlatego że dziecko identyfikuje się z rodzicem tej samej płci, uczy się w jaki sposób traktować siebie i inne przedstawicielki własnej płci. Matki pokazujące sferę emocjonalną mocno wypaczoną, w której przeważają trudne emocje (złość, smutek, wstręt, rozczarowanie, strach, odrzucenie itd.) a do tego są niedostępne i niekonsekwentne, robią większą krzywdę córkom od których potem społecznie wymaga się większego zaangażowania emocjonalnego, wrażliwości, umiejętności komunikacyjnych, ze względu na to, że są kobietami. A jeśli tego nie potrafią ich problemy dodatkowo się pogłębiają.

Relacja z ojcem jest dla córki szczególnie ważna, gdyż jest pierwowzorem jej wszystkich późniejszych relacji z mężczyznami. Gdy ojciec budzi w córce strach, podświadomie będzie się bać innych mężczyzn. Będzie skrępowana, nieufna i zlękniona, przez co może się bronić niedostępnością lub arogancją. Kontakt fizyczny z mężczyznami może nie być dla niej zbyt przyjemny i może przywoływać złe wspomnienia, bo ciało dużo pamięta.


Rodzice często nie krzywdzą całkowicie świadomie (chyba że mają dyssocjalne zaburzenie osobowości) a raczej powielają wzór wychowania przekazywany przez pokolenia, ten sam którego sami doświadczyli. Niestety przemoc domowa jest dość powszechnym zjawiskiem. Zarówno w domach bogatych i wykształconych rodziców jak i biednych niewykształconych. Przemoc ciągnie się latami nie tylko ze względu na jej konsekwencje na nasze życie, ale także przyszłe pokolenia. Tego jak postępowali Twoi rodzice zmienić się już nie da, ale możesz zmienić to jak odtąd będzie wyglądać Twoje życie i jak ty będziesz wychowywać własne dzieci.

Pozdrawiam
Julia!

P.S. Jeśli chcesz zobaczyć jak wygląda przykład takiej postawy rodzicielskiej, polecam obejrzeć film Magdaleny Piekorz „Pręgi”.

Bibliografia

Knopp, K. (2007). Inteligencja emocjonalna a temperament studentów oraz postawy rodzicielskie ich matek i ojców. Roczniki Psychologiczne, 10(2), 113-133.
Skibska, J. (2014). Postawy rodzicielskie jako determinant prawidłowego rozwoju społeczno-emocjonalnego dziecka w młodszym wieku szkolnym – komunikat z badań.
Ziemska, M. (1973). Postawy rodzicielskie. Wiedza powszechna. Katowice.