Moja historia o tym jak polubiłam siebie

happiness-1866081_1920

Nie poddawałam się!

Kiedyś miałam ogromny problem z samoakceptacją. W myślach nieustannie krytykowałam się za to co zrobiłam lub czego nie zrobiłam a powinnam. Beształam się przez długi czas jeszcze po zdarzeniu, utwierdzając się w przekonaniu, że to było niewybaczalne. Szczególnie kiedy mój błąd dotyczył relacji z innymi ludźmi, chciałam zapaść się pod ziemię i nigdy z tych czeluści samokrytyki nie wyjść. Po wielu doświadczeniach udało mi się wypracować sposób na pokonanie lęku przed konfrontacją i popełnianiem błędów w relacjach interpersonalnych. Kluczem było po prostu nie poddawanie się i nie uciekanie od konfrontacji, interakcji z innymi.

Zauważyłam, że kompleksy są głównie w mojej głowie

Poradziłam sobie z największym moim problemem w relacjach międzyludzkich – lękiem przed popełnieniem błędu, gafą, niezrozumieniem się, pretensjami, jednak pozostał jeszcze inny problem, który bardzo rzutował na moje samopoczucie: porównywałam się z innymi czym podkopywałam swoją samoocenę jeszcze bardziej,  a do tego zazdrościłam, że inni mają to, na czym bardzo mi zależy. To również wieloma krokami udało mi się choć trochę ukrócić, bo uświadomiłam sobie, że porównywanie się do innych jest zasadniczo bez sensu, bo każdy z nas jest unikatowy i startuje z zupełnie różnych miejsc, a na wędrówkę wyposażony jest w różne narzędzia.

Więcej na ten temat tu: Porównujesz się z innymi? Sprawdź!

Często nie czujemy się dobrze nie tylko w relacjach z innymi czy w naszych oczach słabo wypadamy w porównaniu do innych, lecz to co może nam bardzo przeszkadzać to samoocena i poczucie własnej wartości oraz postrzeganie własnej atrakcyjności fizycznej.

Przez długi czas nie byłam w stanie zaakceptować siebie a szczególnie swojego wyglądu. Niechętnie patrzyłam w lustro, bo na pierwszym planie zawsze widziałam tylko niedoskonałości i żadne komplementy do mnie nie trafiały. Odbijały się od ściany przekonania, że nie jestem wystarczająco dobra, grzeczna, miła, ładna, mądra, zdolna itd. Traktowałam samą siebie po prostu źle.

Lista wad i zalet oraz opinia bliskich

Chciałam siebie polubić, bo wiedziałam, że osoby, które lubią i akceptują siebie mają w życiu łatwiej. Fajnie się mówi, tylko jak to zrobić? W Internecie mnóstwo jest porad, których mottem przewodnim jest „bądź dla siebie dobry” „bądź dla siebie przyjacielem” itp. Większość porad wydawała mi się jakaś taka naciągana, sztuczna. Rozpisywanie swoich wad i zalet, szukanie rzeczy, które Ci się w życiu udały, pytanie przyjaciół jak oni Cię widzą (przy założeniu, że one są mniej krytyczne niż ty). To miało mnie przekonać, że jestem wystarczająco fajna żeby się polubić. No bo skoro inni Cię lubią, to znaczy że mają za co cię lubić, tak? Więc poszła w ruch lista, najpierw jedna, potem druga, piąta, dziesiąta… Nie mówię, że było to na marne. Dowiedziałam się wielu rzeczy o sobie. Uświadomiłam sobie, że tak naprawdę „nie jest źle”. Można powiedzieć, że to była wprowadzająca teoria.

Dystans do siebie

Pewnego wieczoru trafiłam na internetowy webinar (zorganizowany przez Pawła Jana Mroza), po którym moje myślenie zaczęło się trochę zmieniać. Muszę przyznać że był dziwny, a ćwiczenia w nim zawarte wydawały mi się dość głupie. Jednym z ćwiczeń było wygłupianie się. Tak po prostu, masz udawać małpę, klauna, potwora yeti, człowieka wiotkiego jak guma majtającego rękoma – cokolwiek. Mój (wtedy) chłopak spojrzał na mnie pytająco, bo wiedział że mam takie zadanie do wykonania. Stwierdziłam, że spróbuję. „A co mi tam!” – pomyślałam. Ćwiczenie skończyło się naszym śmiechem. Zrozumiałam, że to głupie ćwiczenie miało mnie nauczyć śmiać się z siebie, ze swoich wpadek, przejęzyczeń, zachowania, które z boku może wydawać się dziwne i tego jak wyglądam – po prostu dystansu do siebie i tego co moje. Zaczęło do mnie docierać, że gafy które popełniamy, często nie są przez innych długo pamiętane. Ale jeśli zrobimy sobie z tego powodu wyrzuty, emanując swoje zażenowanie na zewnątrz, to bardziej skupiamy na tym uwagę innych i sprawiamy, że nasze zachowanie rzeczywiście jest pamiętane na dłużej, łącznie z tą etykietą przewrażliwienia na swoim punkcie, braku dystansu.

Bądź moją przyjaciółką

Hasło „Bądź swoim przyjacielem” tym razem do mnie przemówiło. A to dlatego, że zaczęłam się zastanawiać nad sensem przyjaźni i posiadania przyjaciół. Pomyślałam, że skoro mam się uganiać za innymi, by się ze mną przyjaźnili i zabiegać o znajomości to czy nie lepiej byłoby mieć siebie za przyjaciółkę? Przyjaźń to połączenie dusz, które unoszą się jakby na tych samych falach, bo mają wspólne pasje, światopogląd, styl życia. W prawdziwej przyjaźni nie ważne jest jak się wygląda i kim się jest z zawodu. Przyjaciel po prostu jest obok, nawet gdy dzielą go od nas kilometry. Przyjaciel nigdy cię nie zdradzi, jest wierny i lojalny, dotrzymuje danego słowa i dba o drugą osobę, bo zależy mu na jej dobru. Kiedy poczyniłam takie założenia idealnego przyjaciela, uświadomiłam sobie, że „bycie swoją przyjaciółką” ma sens. Bo jestem tu cały czas, mam ze sobą ten sam światopogląd, nikomu nie wypaplam swoich myśli czy sekretów i do jasnej Anielki, chyba tak naprawdę zależy mi na tym, żeby być szczęśliwą!

Najpierw mi przebacz

Kiedy wytypowałam sobie kogoś z kim chciałabym się przyjaźnić, należałoby jakoś nawiązać z nim kontakt. Pierwszy krok to przebaczenie sobie, że byłam wobec siebie niemiła, bo tak z pewnością nie traktuje się przyjaciół. Ćwiczenie na tym webinarze polegało na tym, by jak na spowiedzi zrobić rachunek sumienia i przyznać jakie krzywdy wyrządziło się samemu sobie. Moja lista była bardzo długa. Aż trudno uwierzyć, że samemu sobie można podkładać czasem takie świnie w postaci myśli „ty głupia, co to w ogóle miało być! Jak mogłaś coś takiego zrobić!”. Poszłam krok dalej w tym ćwiczeniu: wyobraziłam sobie siebie siedzącą naprzeciwko mnie. Taką mnie idealną, która jest moją przyjaciółką uśmiechniętą, życzliwą, akceptującą i służącą radą. Przeprosiłam ją, że byłam dla niej taka niemiła. Potem pomyślałam, że nic fizycznie nie stoi na przeszkodzie abym była taka dla siebie, jak ta idealna i przyjazna wersja mnie. Na koniec webinaru trzeba było objąć się mocnym i serdecznym uściskiem. Spróbowałam. Było to dziwne uczucie, bo nigdy przedtem czegoś takiego nie robiłam i wszystkie miłe rzeczy, które człowiek robi dla samego siebie, wydawały mi się jakieś takie głupie i bardzo egoistyczne, wręcz sztucznie przesłodzone i puste. Ale nie tym razem. Wtedy to była dla mnie magia. Dlaczego nie robiłam tego nigdy wcześniej? Poczułam się po postu dobrze ze sobą. Pierwszy raz od czasu beztroskich dziecięcych zabaw.

Ucinam krytykę

Te ćwiczenia to był przełom w moim myśleniu, ale wiadomo, że aby coś utrwalić trzeba to ćwiczyć na co dzień. Zaczęłam od ucinania krytyki. Kiedy nachodziły mnie straszne myśli o sobie samej, rozpoznawałam to i mówiłam stop. Nie chciałam takich myśli. Pojawiały się często ale ja po prostu ich nie podsycałam, nie wchodziłam w analizy tego czy zrobiłam dobrze czy źle. Przyjęłam zasadę, że to co zrobiłam było najlepszym rozwiązaniem, które w tamtej chwili widziałam, mając do dyspozycji takie informacje i takie narzędzia jakie były dostępne. Dlaczego miałabym niby podejmować decyzje, które wiem, że są złe? A więc każda podjęta decyzja jest słuszna na dany moment. Jeśli potem pojawiają się nowe informacje i nowe narzędzia z których można skorzystać, to nie ma sensu się za to krytykować. To tak jakby babcia krytykowała się za to, że w jej czasach nie było robota kuchennego i ona ciasto ucierała w makutrze i musiała się strasznie przy tym namęczyć. Dzięki temu nauczyłam się wybaczać sobie. Nie karciłam się, bo uświadomiłam sobie, że jak kupiłam w jednym sklepie coś drożej, po czym okazywało się że w innym jest akurat promocja, to nic strasznego się z tego powodu nie stało. Nikt nie umarł, nie wybuchła wojna, nadal mam co jeść i gdzie mieszkać. Nic tylko się cieszyć. Konsekwencje tego czynu były niczym w porównaniu do tego jaki ja im nadawałam poziom oskarżając się o każde przewinienie.

Co się zaczęło zmieniać?

Kiedy już nauczyłam się wybaczać sobie, myśli samokrytyczne pojawiały się coraz rzadziej. Faktycznie w życiu było mi z tego powodu łatwiej. Szybciej i chętniej podejmowałam decyzje, które kiedyś spędzały mi sen z powiek, bo bałam się błędu. Częściej pojawiały się za to myśli wspierające i pochwały. Problem jaki pozostał nadal w mojej głowie to akceptacja swojego wyglądu. Wiedziałam, że nie jestem jakaś szkaradna, ale też nie byłam w stanie patrzeć inaczej na siebie, niż przez pryzmat tego, że tu mi wyskoczył pryszcz a tam mam wystające kości. Tak samo wzięłam sprawy w swoje ręce i postanowiłam nauczyć się robić makijaż. Dzięki niemu czułam się dużo pewniej, zaczęłam się więcej uśmiechać. I to właśnie uśmiech spowodował, że zaczęłam lubić to jak wyglądam. W moim otoczeniu zaczęli pojawiać się ludzie i ja zaczęłam wychodzić do świata, więc otrzymywałam jeszcze więcej uśmiechów i moja twarz robiła się coraz piękniejsza a dusza coraz lżejsza, bo uświadomiłam sobie, że ważne jest to co jest w sercu i w umyśle. Ci co mnie znają, będą mnie lubić nawet wtedy gdy jestem nieumalowana. Dzięki sprzyjającym, wypracowanym przekonaniom, że jestem wystarczająco dobrą osobą, by wieść szczęśliwe życie, pozwoliłam sobie korzystać z niego podejmując nowe wyzwania np. przyjęłam oświadczyny mojego ukochanego i zdecydowałam się na ślub, zmieniłam studia (na co wcześniej nie potrafiłam się odważyć) i teraz staram się z nich w pełni korzystać. Zaczęłam też regularnie praktykować jogę, która dała mi mnóstwo spokoju, nauczyła cierpliwości i szacunku do siebie, by nie chcieć za dużo i nie porównywać się z innymi, tylko pozwolić, żeby mój rozwój płynął w swoim własnym tempie. Najprzyjemniejsze w jodze dla mnie jest teraz to, że bez żadnego pretekstu mogę się poprzytulać do siebie robiąc pozycje, czuję że jestem tu i teraz dla siebie.

Wykonałam też ćwiczenia zaproponowane przez Gosię Mostowską by pokochać siebie:

Okazały się one spójne z moim myśleniem i jeszcze bardziej utwierdziły mnie w przekonaniu jak przyjazna relacja z samą sobą jest ważna. To były dla mnie przełomowe i wzruszające momenty. Czułam się tak, jakbym odzyskała część siebie, która gdzieś dawno temu odpadła pod ciężarem doświadczeń i wewnętrznej krytyki. Żaden przyjaciel nie wytrzymałby takiego ciśnienia, które we mnie rosło każdego dnia.

Po tym wszystkim mogę powiedzieć, że naprawdę się ze sobą zaprzyjaźniłam, choć jak to we wszystkich relacjach bywa, są też i gorsze momenty, w których jednak staram się nie zapominać, że tylko ja wiem czego mi w danym momencie potrzeba i nie jest to ucieczka przed samą sobą, a już na pewno nie ucieczka w samokrytycyzm.


Mam nadzieję, że Ty jesteś dla siebie samego dobry i wspierający. A jeśli nie, to bardzo Cię gorąco do tego zachęcam. Mi też nie było łatwo, ale jestem przykładem na to, że wiele da się w sobie wypracować. A lubić siebie nie musisz za coś, lecz kochać i akceptować siebie tak po prostu i mimo wszystko, bo nie ma na świecie osoby bliższej Twojemu sercu niż Ty przyjacielu.

Jeśli chcesz poznać więcej tekstów o relacji z samą_ym sobą zajrzyj tu.

Pozdrawiam,
Julia!

Porównujesz się z innymi? Sprawdź!

Zatrzymaj się na chwilę i odpowiedz sobie szczerze na poniższe pytania:

  1. Jak reagujesz kiedy bliska osoba odniesie sukces? Co wówczas mówisz o sobie? Jakie emocje pojawiają się w Tobie?
  2. Co czujesz przeglądając Internet? Jakie treści wzbudzają w Tobie największe emocje? Kto wywołuje w Tobie nieprzyjemne odczucia? Dlaczego? Postaraj się zidentyfikować i odsunąć od siebie te treści (np. odobserwować).
  3. Czy będąc dzieckiem słyszał_ś porównania siebie, Twoich osiągnięć do innych? Jak się czuł_ś jako dziecko? Te porównania Cię umacniały czy raniły?
  4. Czujesz potrzebę posiadania podobnych rzeczy jakie posiadają inni? Jakie to rzeczy? Czy one są piękne, czy użyteczne? Czemu ich potrzebujesz?
  5. Czujesz presję by wieść podobne życie jak bliscy czy Twoi idole? W jakich obszarach? Czy potrzebujesz takiego życia? Czy ono Cię uszczęśliwi?
  6. Z jakich marzeń rezygnujesz, bo boisz się co powiedzą inni? Jak oceniasz szansę odniesienia sukcesu jeśli się zdecydujesz na realizację tych marzeń? Czyjej opinii obawiasz się najbardziej?
  7. Określ kilka swoich celów, do których dążysz. Wyobraź sobie, że je osiągasz, jak się czujesz? Z kim dzielisz się tymi nowinami? Jakiej reakcji się spodziewasz?
  8. Czy uważasz, że w życiu trzeba walczyć o swoje? Obawiasz się, że inni są dla Ciebie rywalami? Kto i w jakim obszarze?
  9. Czy boisz się odnieść porażkę? Jak się czujesz kiedy coś Ci nie wyjdzie? Co do siebie mówisz? Czyjej opinii, oceny się obawiasz? Przed kim chciał_byś ukryć ten fakt?
  10. Gdybyś miał_a oszacować, jak wiele razy w ciągu dnia myślisz o innych? Jakie to są myśli? Jak byś te myśli pogrupował_a? np. troska o innych, niepokój o ich zdanie, zazdrość, ocena ich działania czy osoby.
  11. Co rodzi w Tobie największą frustrację? Jaki udział w tym mają inni ludzie?
  12. Jakie są Twoje największe kompleksy? Czy ktoś o nich wie? Starasz się je za wszelką cenę ukryć? Co w tym celu robisz?
  13. Jakie są Twoje mocne strony? Kto o nich wie? Komu je wprost zaprezentował_ś?
  14. przypomnij sobie ostatni sukces jaki odniosł_ś. Jaka była reakcja Twojego otoczenia? Jakie miał_ś oczekiwania? Jak się czuł_ś kiedy inni się o nim dowiedzieli? A jak to było z ostatnią porażką?
  15. Co dla Ciebie oznacza być najlepszą wersją siebie? Czy w tym opisie znajduje się coś co przejmujesz od innych, coś co jest modne, dobrze widziane?
  16. W jakiej sytuacji przełamał_ś jakieś bariery? Zrobił_ś coś inaczej niż Twoje środowisko? Jak się z tym czuł_ś?
  17. Do jakiej grupy przynależysz? Jakimi rzeczownikami byś się określił_? Co Ci daje przynależność do tej społeczności? Czy uważasz, że posiadasz takie cechy jak większość ludzi z tej grupy? A jakie cechy Cię z niej wyróżniają?
  18. Czy robisz coś ponad siły, by spełnić jakieś oczekiwania (cudze wypowiedziane wprost, cudze, które wydaje Ci się musisz realizować, własne) jakie to wymagania?
  19. Jak wygląda Twoja hierarchia wartości i zasady życiowe? Jakich zasad nigdy byś nie przekroczył_? Jakie Twoje wartości są ważniejsze niż zdanie innych osób (szczególnie tych z Twojego otoczenia)?
  20. Czego potrzebujesz do poczucia szczęścia? Jaka jest Twoja definicja szczęścia? Czy jest w niej miejsce na inne osoby? Jaką rolę w tej definicji odgrywają? Kto to jest? Dlaczego go/ją tam umieszczasz?
  21. Czy będąc całkowicie sam_ wyobrażasz sobie jak wiedziesz szczęśliwe życie? Pomyśl o tym jaką rolę nadajesz w swoim życiu innym a jaką sobie. Co w Twoim życiu zależy od Ciebie a co od innych ludzi? W jakich obszarach możesz pozwolić na oddanie kontroli innym, a w których chcesz by decyzje należały tylko do Ciebie?
  22. Jak Ty możesz uszczęśliwić samą_ego siebie? Co zrobisz dziś dla siebie bez względu na innych? Sporządź listę takich czynności tylko dla siebie.

A teraz podam Ci dwa argumenty, dla których naprawdę nie warto porównywać się z innymi:

  1. Nie masz pojęcia z jakiego punktu ktoś startował i jakie okoliczności go kształtowały oraz dokąd on zmierza. To tak jakbyś konkurował w bieganiu na określony dystans z gepardem. Gepard ma inną technikę biegu i jest naturalnie wyposażony w sprawniejszy mechanizm. Niestety w takim porównaniu jesteś przegrany już na starcie. Raczej nikt na co dzień nie myśli o tym, by przewyższać zwierzęta w takich konkurencjach, do których zostały stworzone, dlaczego więc mamy aż taką wielką presję być lepszymi od innego człowieka, który świetnie sobie radzi, ma predyspozycje, talent, warunki i… właśnie – jest od nas INNY, różny?
  2. Jesteś tak samo najlepszy jak wszyscy inni wokół Ciebie, bo jesteś unikatowy. Masz wiele zalet i trochę wad, jak każdy z nas. Kto Ci wmówił, że jesteś gorszy? Nie musisz nikomu niczego udowadniać. Nie musisz się mścić. Nie musisz zazdrościć. Odnajdź w sobie to, co jest wyjątkowe i pielęgnuj to. Możesz się INSPIROWAĆ innymi ludźmi, ale nie miej chęci dorównywania im, kopiowania, przewyższania. Masz swoją indywidualną ścieżkę do przejścia, nie licz, że ktoś ją za Ciebie przejdzie i rozwiąże wszystkie występujące na niej problemy, niespotykane w żadnym innym życiu. Nie nakładaj ram ściągniętych z życia innych na swoje własne. Pozwól by się toczyło swobodnie.

Jedynym miarodajnym porównaniem w Twoim życiu jesteś Ty sam z przeszłości. Łączą Cię z „Tobą z przeszłości” te same predyspozycje i okoliczności kształtowania osobowości. Macie identyczną historię, choć inną wizję na przyszłość. Żaden człowiek nie jest w stanie dać Ci lepszych rad, niż te, które wynikają z Twojego doświadczenia. Nikt nie zna Cię lepiej i nie wie czego potrzebujesz niż Ty sam.

Tak jak zapewne nie chcesz być mierzony przez innych jedną miarą, tak samo Ty sam nie podkładaj się pod tę miarkę.


Jeśli chcesz poczytać więcej o relacjach z innymi zapraszam tu, a jeśli bardziej interesuje Cię relacja z samą_ym sobą odwiedź te wpisy.

Pozdrawiam,
Julia!

Moje sposoby na poradzenie sobie z nagromadzonym napięciem

Zaakceptuj, że bywa źle

Chcesz płakać – płacz. Chcesz krzyczeć – krzycz. Uzewnętrznianie emocji jest właściwe i uznawane jest za jedno ze strategii radzenia sobie z problemami.

Więcej na ten temat tu: Jak sobie radzić z problemami?

Ja dowiedziałam się tego od pani psycholog, która pomagała mi się uporać z tym co sobie skrzętnie uzbierałam. Do tej pory mam tak, że kiedy nagromadzą się we mnie napięcia dnia codziennego czy przyjdzie jakiś bardzo trudny, wymagający dla mnie okres, potrzebuję czasu, by do mnie dotarło, że coś się dzieje i wymaga to mojej uwagi. W zależności od sytuacji zajmuje to różną ilość czasu. Czasem potrafię jeszcze długo funkcjonować spychając zadbanie o siebie na dalszy plan, a czasem ta potrzeba uderza we mnie dość szybko odsuwając ode mnie wszystko inne na co już nie mam siły. Następuje kryzys emocjonalny i motywacyjny. I ja to akceptuję. Nie jest mi to na rękę, nie jest mi z tym wygodnie, nie lubię tego, nie zgadzam się na to, by to do mnie wracało, ale kiedy już przyjdzie taki stan obniżonego nastroju, biorę go takim jaki jest. Nie wypieram, nie walczę, nie odwracam się od tego zajmując się na siłę czymś innym. Tym różni się akceptacja od aprobaty. Wierzę, że jest w tym jakiś sens, stoi za tym jakaś przyczyna.

Najczęściej taki kryzys woła do nas:

„Hej! Zapomniałaś zadbać o siebie. Ja jestem po to, by Ci przypomnieć o Twoich potrzebach. Przełączam Cię na tryb nieosiągalny dla innych.”

Każdy epizod jest inny i niesie ze sobą inne symptomy. Zmusza nas do zastanowienia się nad tym co jest dla nas ważne i w którym momencie przegięliśmy, biorąc na siebie zbyt dużo, czy to obowiązków czy słów innych na nasz temat.

Daj sobie przestrzeń na przeżycie trudnych emocji

Często jest tak, że doskonale wiemy, że kiedy dopada nas infekcja, mamy prawo czuć się źle, jesteśmy zmęczeni, ospali, obolali, rozdrażnieni itp. Ale kiedy nasza psychika jest przeciążona niekoniecznie pozwalamy sobie na „wychorowanie”, a przecież tak samo mamy prawo czuć się gorzej. Możemy być ospali, osowiali, smutni, rozdrażnieni, płaczliwi, obolali, nieskoncentrowani na tym co na zewnątrz, apatyczni. Tak psychika broni się przed kolejnymi wstrząsami – wprowadza nas w stan skoncentrowania do wewnątrz, na sobie. Sprzyja temu szczególnie emocja smutku. W ten sposób możemy paradoksalnie nawiązać ze sobą lepszy kontakt, wzmocnić samoświadomość. Odczuwanie trudnych emocji to nic niepokojącego.

Zobacz wpis: Dlatego nie powinniśmy określać emocji jako negatywne!

Zwolnij tempo, odłóż część obowiązków na inny czas lub poproś innych o pomoc. Daj sobie kilka dni na regenerację. Siły psychiczne też muszą mieć czas, by się naładować i wzmocnić.

W czasie dużego kryzysu izoluję się od bodźców i ludzi, dużo śpię, łatwo się irytuję, przygnębiam czy wzruszam. Podczas terapii zrozumiałam, że wrażliwość to nie jest moje przekleństwo lecz dar. Wcześniej traktowałam ją jak intruza. Walczyłam, by to z siebie wykorzenić. Bezskutecznie. Myślałam, że ludzie tylko czekają by zranić kogoś, kto pokaże swoją wrażliwość i podzieli się swoim wnętrzem. Moje myślenie się zmieniło, bo nie miałam już sił chować się za przebraniem. Najpierw pozwoliłam sobie na odczuwanie i uzewnętrznianie emocji.

Wrażliwość to nie tylko uzewnętrznianie emocji, jak się większości kojarzy. Dzięki niej możliwe jest lepsze rozumienie świata i innych ludzi przez umiejętność obrania innego punktu widzenia. To również odczuwanie tego co niewidoczne, a przez to lepsze relacje z innymi, kiedy pozwolimy sobie na ich budowanie. Wrażliwość to nieocenianie pochopnie, dawanie wsparcia tym, którzy go potrzebują i gotowość by je przyjąć gdy jest trudno.

Daj sobie wsparcie

Często myślimy, że wsparcie możemy otrzymać z zewnątrz, że to inni mogą nas pocieszyć, wesprzeć dobrym słowem. Oczywiście posiadanie sieci wsparcia w postaci bliskich osób, na których można liczyć jest bardzo cenne i wspierające. Dlatego staraj się pielęgnować swoje relacje i pamiętaj o tych osobach, do których możesz zadzwonić, napisać kiedy jest trudno. Wbrew temu co może Ci się wydawać ludzie lubią pomagać innym, czuć się potrzebnymi. Pomyśl, że bliscy cierpią razem z Tobą kiedy jest Ci źle i w tym cierpieniu możecie się zjednoczyć i przegadać wspólnie trudności, być może znajdując rozwiązania dla codziennych sytuacji, które Cię napinają. Korzystaj więc z ich pomocnej dłoni.

Pomyśl także o tym: Dlaczego by nie dawać wsparcia samemu sobie? Wsparcie to nie udzielanie rad i pocieszanie w stylu „będzie dobrze” wsparcie to obecność w tym co jest, nawet jak jest źle. Dlatego nie uciekaj. Bądź ze sobą.

Pomyśl o tym czego oczekiwał_a byś od przyjaciela_ółki. I daj to sobie sam_a.

Nic nie musisz!

Kiedy zainwestuję jeden dzień w obniżony nastrój, czyli pozwolę sobie poleżeć, popłakać, porozmyślać nad tym jakie to wszystko jest trudne, głupie, bez sensu (tak, od tego nie uciekniemy w trudnej chwili, ważne, by się temu nie poddawać bezwiednie i nie wchodzić za głęboko), następnego dnia czuję się znacznie lepiej, lżej.

Może u Ciebie ta przestrzeń na odczucia również przyniesie efekt katharsis i poczujesz się lżej. Odłóż więc wszelkie obowiązki i powinności, szczególnie te, które narzucasz sobie sam_a.

Powtarzaj sobie w tym trudnym czasie „Nic nie muszę”. Zastanów się zamiast tego co wymuszone nad tym czego potrzebujesz, czego chcesz, na co czujesz ochotę. Pomyśl o tym, co się stanie kiedy odłożysz każdą z powinności na później, albo całkowicie ją sobie odpuścisz. Zazwyczaj nie jest to nic strasznego. Kiedy naprawdę jesteś przyparty_a do muru, wykonaj to co absolutnie najważniejsze, wszystko inne odłóż na jakiś czas na bok. Niech priorytetem będzie Twoje samopoczucie, zdrowie, dobrostan, powrót do równowagi.

Przygotuj się na długą podróż do akceptacji

Czas powrotu do równowagi uzależniony jest od intensywności przeżyć i trudności problemu, który przed nami stoi i doświadczenia w przeżywaniu trudności, a raczej pozwalaniu sobie na to, by czuć się od czasu do czasu nie w formie, bo to jest coś zupełnie naturalnego dla człowieka, a coś czego musimy się na nowo stopniowo uczyć, kiedy przez wiele lat nie dopuszczaliśmy do siebie takiej możliwości. To nie działa na pstryknięcie palcami. To co było zaniedbywane przez długi czas, wymaga podobnie długiego czasu, by to naprawić. Ale może dzięki temu szanujemy swoje życie psychiczne bardziej? Ale nigdy nie jest za późno by ulepszyć swoje życie 😉

U mnie po wyrzuceniu napięcia, następuje faza mobilizacji. Jestem gotowa by działać, stawić czoła problemowi i wypełniać swoje obowiązki, te najważniejsze, nie wszystkie na raz. Stopniowo, powoli, wybierając coś łatwiejszego na rozruch. Oczywiście nadal odczuwam różne emocje, sygnały z ciała, wędrujące po głowie przeróżne myśli. Tak jest, to normalne. Nie da się całkowicie odsunąć emocji i myśli na bok. One zawsze nam towarzyszą. Ale nie miejmy ich za wrogów lecz przyjaciół, którzy pomagają nam funkcjonować, dbają o to co teraz jest dla nas najważniejsze

O funkcjach emocji pisałam: Po co nam emocje?

Kiedy już wykaraskamy się z nagromadzonych codziennie stresów, zadbajmy o to, by każdego dnia robić coś, co nas odpręża. Choć przez chwilę. Idealne byłoby spędzanie czasu z przyjaciółmi, pisanie dziennika, relaksacja czy uprawianie aktywności fizycznej, które skutecznie rozładowują napięcia.


Powiedz jakie rady z tego tekstu zabierzesz ze sobą?

Pozdrawiam,
Julia!

Jak sobie radzić z problemami?

Nieraz w naszym życiu pojawiają się bardzo trudne chwile. Doświadczamy silnego stresu, strachu, zmartwienia, smutku. Z różnych powodów. Mogą to być problemy w pracy czy szkole, rozpadający się związek, przeżycie groźnego wypadku, czy informacja o chorobie bliskiej nam osoby, którą bardzo kochamy. Życie potrafi płatać nam nie lada figle, jeśli można to określić tak banalnym słowem. Obsypuje nas płatkami kwiatów, by za chwile rzucić nas boleśnie w błoto. Nie trzeba mieć doktoratu z filozofii życia żeby wiedzieć, że nasza droga jest sinusoidą. I choć jest ona usłana pięknymi różami, to nie raz nadepniemy na kolce. I jak sobie z tymi kolcami radzić?

Style radzenia sobie z problemami

Psychologia mówi o tym, że ludzie w obliczu problemów mogą przyjmować dwie postawy:

  • Orientacja na stan i emocje
  • Orientacja na działanie

Jak to się ma do przeżywania trudnych chwil?

Zorientowanie na stan, polega na tym, że nie potrafimy oderwać naszych myśli od tej sytuacji ciągle ją rozpamiętując i analizując. Zastanawiamy się jak to się stało, dlaczego to przytrafiło się właśnie nam i co by było gdyby… . Zaczynamy wątpić w dobry świat, Boską opatrzność, sprzyjający los itp. Nie jesteśmy w stanie robić nic konkretnego, żadne rozwiązania sytuacji nie przychodzą nam na myśl, bo umysł skupiony jest na przeżywaniu emocji, adaptowaniu się do tego co się wydarzyło, spychając konstruktywne działanie na dalszy plan, przez co „nie mamy do tego teraz głowy”. Wszystko kojarzy nam się z przeżywanym stanem i przypomina o smutku, rozgoryczeniu. Bardzo mocno odczuwamy to w naszym napiętym czy roztrzęsionym ciele. Nie mamy na nic ochoty. Być może tracimy apetyt lub zajadamy troski. Ograniczamy kontakt z innymi i nie chcemy wychodzić z domu. Zalewamy się łzami, krzyczymy ze zdenerwowania, zamykamy się w sobie z przygnębienia. Czekamy na kolejne informacje i rozwój wydarzeń. Jesteśmy rozbici wewnętrznie i zewnętrznie. Potrzebujemy czasu by się z tym oswoić.

Osoby zorientowane na działanie zdają się mówić do siebie: „nie jest dobrze, ale jestem pewny, że da się coś z tym zrobić”. Szukają rozwiązań, angażują się, by robić cokolwiek, choćby te działania były mało efektywne. Starają się nie dać zdominować przez emocje, ale to wcale nie oznacza, że ich nie odczuwają. Zewnętrznie być może nie widać po nich ekspresji, ale bez wątpienia są targane przez emocje takie jak strach, przygnębienie, złość, rozgoryczenie i żal, lecz energię przez nie wytwarzaną lokują w inne miejsce – działanie. Są to osoby, które stanowią ostoję dla innych, cenne wsparcie i gwarancję, że zajmą się powstałą trudną sytuacją, starając się coś zaradzić. Rzadko postrzegają sytuację jako beznadziejną. I nawet gdy niewiele mogą zrobić, starają się nie załamywać. Nie potrafią się pogodzić z faktem, że coś jest bez wyjścia, że nie mają na nic wpływu, więc kiedy okazuje się, że nie da się już nic zrobić, angażują się w inne działania niezwiązane z sytuacją, np. sprzątają dom, ponieważ ich zadaniowo nastawiony umysł, nie potrafi usiedzieć w miejscu.

Oczywiście te orientacje nie działają na zasadzie szuflad, że jeśli jesteśmy nastawieni na działanie to w jakiejś sytuacji nie ulegniemy emocjom. To pokazuje jedynie nasze tendencje,  typowe zachowania, a nie są gwarancją, że będzie tak zawsze i przy każdym problemie. Każda sytuacja jest inna. Każdy człowiek jest unikalny.

Chcę również wyraźnie podkreślić, że żadna z tych orientacji nie jest dobra ani żadna nie jest zła. Każda natomiast jest adaptacyjna, pomaga nam przetrwać ten czas. Więc bardzo ważne jest zrozumienie tego mechanizmu, a przez to siebie i innych.

Zanim oskarżymy innych, że „mają serce z kamienia”, bo nie płaczą razem z nami (właśnie godząc w ich jak najbardziej szczere uczucia), zastanówmy się czy aby ich działanie nie jest przykrywką nad emocjami, które popychają ich właśnie do tego działania. I doceńmy, że są przy nas, bo mają szansę realnie coś zmienić.

Jeśli sami do siebie mamy pretensje, że powinniśmy może bardziej wczuć się w sytuację, bo być może będzie to w naszym środowisku lepiej widziane i nie chcemy być odbierani, jako osoby, którym emocje i los innych są obojętne, pomyślmy o tym, że jest to nasz sposób na poradzenie sobie z trudnościami. Działa on na nas, a wcale nie musi być dostosowany do kogoś innego. Bądźmy wyrozumiali dla siebie. Po co dokładać sobie kolejnych zmartwień. Jeśli ktoś robi nam z tego powodu wyrzuty, wytłumaczmy, że to jest nasz sposób na przetrwanie tego czasu i nie ma w nim nic złego, bo zapewnia nam odrobinę komfortu psychicznego.

Z kolei jeśli jesteśmy osobą zadaniową i nie możemy pojąć „jak można użalać się nad sobą”, to pomyślmy, że trudne sytuacje rodzą w nas ogromne napięcie. Osoby emocjonalne pozbywają się nieprzyjemnego stanu pobudzenia poprzez wzmożoną ekspresję. Muszą odreagować, czyli wypłakać się, wygadać, wykrzyczeć, wybiegać, przespać i wszystko inne, co intuicyjnie przychodzi im do głowy. Pamiętajmy, że jest to im bardzo potrzebne. Nie można tego krytykować.  Wręcz zachęcajmy do tego, by nie dusiły tego w sobie, bo koszt emocjonalny, psychiczny jaki będą ponosić będzie ogromny. Stwórzmy im środowisko, by mogły czuć się bezpiecznie, okażmy wsparcie i zrozumienie.

Jeśli w naszym odczuciu mamy problem z naszą emocjonalnością, czujemy, że nie potrafimy się pozbierać, bądźmy tak samo wyrozumiali. Dajmy sobie czas, róbmy to, co czujemy, że nam pomoże. Płaczmy i śpijmy, jeśli mamy do tego warunki. Porozmawiajmy z kimś o problemie. Kiedy damy upust emocjom, poczujemy się trochę lżej. Jeśli czujemy się bardzo źle, przez długi czas i utrudnia nam to normalne życie, nie bójmy się poprosić o pomoc psychologa, który fachowo się nami zajmie. Po wyrzuceniu z siebie napięcia, postarajmy się stopniowo przejść do jakiegoś konstruktywnego działania. Małymi krokami. Co najmniejszego możesz zrobić, żeby poprawić swoją sytuację?

Jest to co prawda teoria, lecz poparta wieloma obserwacjami i sprawdzona przeze mnie już w kilku sytuacjach. Jeśli liczyłeś/liczyłaś, że podam Ci receptę na Twój problem, to niestety muszę pozostawić Cię z rozczarowaniem. Takiej recepty niestety nie ma. Sam/sama najlepiej wiesz, jak podejść do Twojego kłopotu, bo jest on unikalny, szczególny tak jak i Ty. Zastanów się, jaki Ty preferujesz styl radzenia sobie z problemami? Co Tobie pomaga najbardziej? Działanie czy czas i uwolnienie emocji. A może jedno i drugie. Mi obecnie pomaga połączenie obu tych stylów. Kiedyś byłam bardzo emocjonalna, ale udało mi się wypracować, bardziej adaptacyjne zachowania. Wierzę, że jest to dowód na to, że wiele w sobie można wypracować. Można wzniecić wiarę w to, że ma się siłę do działania. Można także wyrobić w sobie przekonanie, że pozwalam sobie na odczuwanie emocji i nie jest to nic złego. Płacz nie jest oznaką słabości, lecz walki, bo nie godzisz się na taki stan rzeczy jaki jest. Jeśli płaczesz, oznacza to, że masz energię i siłę. Skoro masz energię, to masz ją także do tego, by skierować ją na rozwiązanie problemu. Jeśli nie masz tej energii, to popadasz w depresję. I  musisz mi uwierzyć na słowo, że wiele razy już te scenariusze odgrywałam. Każdy z nich ma przeogromną szansę skończyć się happy endem.

Teoria teorią, ale myślę, że większość ludzi usytuowana jest gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami. To naturalne, że najpierw jesteśmy trochę zagubieni w sytuacji, albo informacja do nas długo dociera. Potem kiedy już do nas dotrze, odczuwamy emocje, przeżywamy to co się dzieje. I to jest w porządku. Potem, kiedy wstępnie pozbędziemy się napięcia, rośnie w nas mobilizacja do działania. Działaj razem z emocjami, które odczuwasz. Nie wypieraj ich. Pozwól im działać, bo one pełnią ważne dla nas funkcje. Gdyby tak nie było, nie istniałyby (możesz poczytać o tym tu). Akceptuj, że się pojawiają. Nie musisz się im poddawać, ale przyznaj przed sobą otwarcie, że czujesz strach, ból, złość itd. Tylko tyle, a raczej aż tyle. Bo to trudna sztuka.

Kiedy zastanowisz się, co Tobie pomaga najbardziej w podejściu do problemu, odpowiedź na pytanie „co mam zrobić?” może przyjść sama. Częściej jednak trzeba włożyć w to wysiłek i ciągle próbować nowych rozwiązań, nie poddając się ani na chwilę. Niestety innej rady nie ma… ale jest nadzieja i siła w nas.

Bardzo często bywa tak, że nasza aktualna sytuacja jest związana z tym, że gromadzimy w sobie wiele codziennych trosk, zadań, którym nie jesteśmy w stanie sprostać, problemów, które się w nas kumulują. Warto nauczyć się je na bieżąco rozładowywać. Konkretne sposoby znajdziesz tu: Sposoby na poradzenie sobie z nagromadzonym napięciem. Często zastanawiamy się czy nasza sytuacja jest uzasadnieniem do szukania pomocy. Nie musisz doświadczać ogromnych trudności, żeby sięgać po czyjąś pomoc, nawet specjalisty. Możesz sprawdzić w tym wpisie Czy to może być kryzys psychiczny? Jeśli problem jest na tyle duży, że doświadczasz poważnego kryzysu nie wahaj się pójść po pomoc do psychologa. być może do pierwszej w Twoim życiu konsultacji choć trochę przygotuje Cię ten tekst: Pierwsze spotkanie z psychologiem, czego się spodziewać?

Pozdrawiam
Julia.

Po co nam emocje?

Czym są emocje?

Emocja to dość silna i względnie krótkotrwała reakcja na jakieś znaczące dla nas zdarzenie, prowadząca do zmian w ciele i zachowaniu.

Jeśli zdarzenie jest nam obojętne to emocje nie wystąpią. Stan emocjonalny i jego źródło nie zawsze są świadome. Możemy przeżywać daną emocję nie zdając sobie z tego sprawy. Na przykład nastąpi przyspieszenie oddechu i akcji serca, co wskazuje na zmianę stanu emocjonalnego, ale my możemy tego nie zauważyć, więc nie zinterpretujemy tego jako zdenerwowanie czy strach. Dopiero gdy zauważymy zmiany zachodzące w ciele, możemy zacząć zastanawiać się, czy to wynik emocji i jakiej oraz z jakiego powodu się pojawiła.

Często bywa również tak, że zmiany w ciele pojawiają się po świadomym przeżyciu emocji. Otrzymamy negatywną wiadomość („Marcin nie wykonał swojej części projektu, bo powiedział, że jak poczeka do końca tygodnia, to ty zrobisz to za niego”), następnie interpretujemy ją pod kątem tego co ona dla nas oznacza („muszę tyrać za kogoś zupełnie za darmo”) i na tej podstawie zaczniemy odczuwać emocje (np. złość – czujemy jak podnosi się nasza temperatura, a ciało napina), bo w trakcie naszego życia poprzez doświadczenie nauczyliśmy się jakie zdarzenia mogą wywoływać dane emocje (np. ktoś nas jawnie wykorzystuje – rodzi to złość).

Emocji nie można mylić z nastrojem, ponieważ nastrój jest zdecydowanie dłuższym i mniej intensywnym stanem, który nie ma aż tak wyraźnej przyczyny (czasami jesteśmy przygnębieni, mimo że nie wydarzyło się nic charakterystycznego). Nastrój może być pozytywny lub negatywny, czego tak łatwo o emocjach powiedzieć nie można. I jak sama nazwa wskazuje, nastraja nas na odbieranie informacji, które zazwyczaj interpretujemy zgodnie z rodzajem nastroju. Jeśli jesteśmy radośni, to mamy nadzieję na to, że wszystko będzie układało się po naszej myśli. Jeśli jesteśmy w pochmurnym nastroju to będziemy skłonni do szukania negatywów i będziemy oczekiwać niepowodzeń. Co ciekawe, nie jest tak, jak powszechnie sądzono, że nastrój jest zależny od pogody. Jest z pogodą związany pośrednio, a więc zależy od tego jak my odniesiemy się do deszczowej lub słonecznej pogody. Jeśli ucieszymy się, że świeci słońce lub pada deszcz, to będziemy mieć pozytywny nastrój. Ale to może działać też w drugą stronę: kiedy mamy dobry nastrój to żadna pogoda nam niestraszna. Więc widać wyraźnie, że w tym kontekście wszystko zależy od tego jak patrzymy na świat.

Naukowcy się sprzeczają – po co nam emocje?

emocje teoria - Kopia

Podejście motywacyjne

Jak już wcześniej wspomniałam, emocje pojawiają się gdy na swej drodze napotkamy znaczące dla nas zdarzenie. Znaczenie to przypisywane jest na podstawie wyznawanych wartości (Czy jest to dla mnie ważne?), pilności zdarzenia (Jak szybko muszę reagować?) i jego trudności (Czy da się coś z tym zrobić? Czy sobie poradzę?). Skoro każde zdarzenie poddane jest takiej wstępnej i szybkiej analizie, w wyniku której pojawiają się emocje (np. przeanalizowane zdarzenie związane jest ze strachem), to emocje wyznaczają naszą gotowość do podjęcia konkretnego działania. Klasycznym przykładem jest reakcja walki lub ucieczki kiedy doświadczymy emocji strachu. Ale warto wiedzieć, że większość emocji posiada wbudowany system jak działać podczas ich przeżywania. Można to przyrównać do wciśnięcia guzika z nazwą emocji i aktywacji kaskady zaprogramowanych zmian.

Emocje niosą za sobą informację, jak można postąpić w danej sytuacji (nie bez powodu często w sytuacjach, które na nas coś wymuszają słyszymy radę: posłuchaj serca). Pomagają skupić się na tym co w danej chwili jest najistotniejsze z naszego punktu widzenia. Uwidaczniają nasze pragnienia i obawy. Pokazują wachlarz najszybciej dostępnych odpowiedzi na pytanie: co mam zrobić? Dzieje się tak, ponieważ wytworzenie i analiza stanu emocjonalnego przebiega zdecydowanie szybciej, niż analityczne zastanawianie się nad racjonalnym wyjściem z sytuacji.

Zmiany są w życiu konieczne i właściwe dostosowywanie się do nich jest kluczem naszego rozwoju jako ludzi. Dlatego trzeba stawiać czoła wyzwaniom, a emocje nam w tym pomagają pokazując, że to co się dzieje jest ważne i z jakiegoś powodu potrzebne.

Podejście ewolucyjne

Emocje ukształtowały się w gatunku ludzkim w drodze ewolucji, dlatego są one ważnymi w naszym życiu procesami adaptacyjnymi, zapewniającymi przeżycie nasze i przetrwanie gatunku.

Tak rozumiane emocje powstają po szybkiej obróbce zdarzenia klasyfikując je do jednej z dwóch kategorii: bezpieczny/niebezpieczny. Potem wyznaczają priorytety dla naszego działania – pokazują co dla nas w tej chwili jest najważniejsze. Emocje nie pozwalają nam czekać, lecz wymuszają na nas działanie. Na przykład kiedy usłyszymy, że nasz budynek płonie, doświadczymy strachu i zaczniemy uciekać, dlatego że ochrona życia to dla nas w tej chwili priorytet. Kiedy włączy się w nas tryb jakiejś adaptacyjnej reakcji, inne zadania organizmu są jej podporządkowane, czyli potrzebne współpracują, a zbędne są wyłączane (do nóg dopływa krew, żeby szybciej biec, a trawienie i zachowania seksualne są wygaszane, bo nie biorą one udziału w zaistniałej sytuacji, a niepotrzebnie odciągałyby od koniecznego działania i organizm traciłby na nie cenną energię).

Kiedy wokół nas znajdują się inni ludzie i sytuacja oceniana jest jako bezpieczna, to nasze emocje ukierunkowują nas na tworzenie więzi społecznych, po to, by móc z innymi współpracować zapewniając sobie dostęp do wielu potrzebnych nam dóbr i przyjemności płynącej z kontaktu z przyjaznymi ludźmi. Ważne z punktu widzenia ewolucyjnego jest też łączenie się w pary, późniejsza prokreacja i opieka nad potomkiem, w których równie ważną rolę co popęd czy instynkty odgrywają emocje, szczególnie miłość i troska.

Podejście biologiczne

Emocje pojawiają się dzięki funkcjonowaniu układu nerwowego, czyli w tym podejściu traktowane są jako procesy wyłącznie biologiczne. Odkryto, że w mózgu istnieją konkretne obszary odpowiadające za wytwarzanie emocji, na przykład ciało migdałowate, układ nagrody. Emocje wiążą się z kaskadą następujących po sobie przemian w organizmie, pod wpływem przewodnictwa nerwowego i hormonalnego aktywowane jest niemal całe ciało i przez to jest ono w stanie wyrażać ekspresję i działać. W moim odczuciu, przeżywanie emocji jest konieczne dla naszego zdrowia, aby nasz układ nerwowy działał prawidłowo. Nie mówię w tej chwili o nieustannym przeżywaniu np. smutku, lecz urozmaiconym „życiu emocjonalnym”. Co więcej, odczucia które płyną z naszego ciała, nawet te nieprzyjemne, są dla nas znakiem, że nasz organizm funkcjonuje prawidłowo.

Podejście komponentowe

Emocje są bardzo złożonym procesem. Składa się na nie wiele różnych składników (fizjologicznych, uczuciowych, motywacyjnych, ekspresyjnych czy poznawczych).  Każdy z nas posiada troszkę inny zestaw mechanizmów z których korzysta, ponieważ doświadczał w swoim życiu wyjątkowych sytuacji. Inaczej na świat patrzy osoba, która przeżyła wypadek samochodowy, a inaczej osoba, którą w dzieciństwie tata zabrał na cudowną wycieczkę samochodem. To co u jednej osoby może wywołać jakąś emocję, np. strach u drugiej może nie wzbudzić żadnej emocji lub zupełnie inną emocję, np. ekscytację. Dodatkowo każda emocja korzysta w różnym stopniu z wymienionych powyżej procesów. Przykładowo kiedy ogarnia nas strach, zawęża on nasze pole uwagi do określonego zagrożenia, kończyny są aktywne i jesteśmy gotowi do szybkiego działania. Natomiast kiedy odczuwamy szczęście, nasze ciało jest rozluźnione, jesteśmy skłonni do angażowania się w wiele zadań („możemy góry przenosić”).

Emocje mogą mieć wiele przyczyn. Oczywistym jest, że wiele różnych sytuacji może wywołać u nas tą samą emocję – złość, smutek, strach, radość itd., ale przeżywaną za każdym razem trochę inaczej.

Pociągają one za sobą także wiele zmian, które zdają się być na swój sposób uporządkowane.  Najogólniej ujmując, następuje sekwencja reakcji: najpierw coś dostrzegamy, potem to interpretujemy, odczuwamy, następuje kulminacja emocji, pobudzenie fizjologiczne, zewnętrzna ekspresja i jej konsekwencje, a na koniec stan równowagi lub przejście do innej emocji. Trzeba mieć na uwadze, że emocja pociąga za sobą konsekwencje nie tylko dla nas, ale i dla naszego otoczenia, które mogą być przeróżne, niektóre pozytywne (na ten moment) inne negatywne.

Jako że na reakcję emocjonalną składa się mnóstwo różnych czynników, trudno jest jednoznacznie określić jak dokładnie funkcjonują emocje oraz przewidzieć stuprocentowo jakie mogą przynieść konsekwencje. Każdy przypadek trzeba rozpatrywać indywidualnie. Zachęcam do refleksji nad własnymi przeżyciami, oceny pod kątem własnych doświadczeń, wartości i celów. A przez to nie oceniać siebie i innych zbyt pochopnie.

Podejście społeczne

Według niektórych teoretyków, emocje są zjawiskiem społecznym. Dzieci uczą się, poprzez obserwowanie i naśladowanie swoich rodziców, jak wyrażać konkretne emocje i w jakiej sytuacji je okazywać. Dowiadują się kiedy okazanie danej emocji jest OK a kiedy jest to w ich kręgu kulturowym uznawane za niewłaściwe. Są uczone, że na przykład w kościele podczas mszy nie wypada się śmiać, a kiedy dostają prezenty powinny się ucieszyć. Okazywania emocji uczymy się także będąc dorosłymi ludźmi. Inne osoby wokół nas mogą być źródłem informacji jak mamy się zachować, zwłaszcza gdy znajdujemy się w nowej dla nas sytuacji. Stąd znane jest na przykład zjawisko epidemii paniki.

Emocje sprzyjają funkcjonowaniu w społeczeństwie, dlatego że obserwujemy jak emocje wpływają na nasz organizm i nasze zachowanie, a częstość podejmowanych zachowań na nasze nawyki, a z naszymi charakterystycznymi nawykami kojarzą nas inni, np. mówią że jestem nerwowa, płaczliwa, wrażliwa, agresywna itp. To sprzyja formułowaniu wobec nas oczekiwań, co do tego jak się zachowamy, a więc warunkuje to, jak będą odnosić się do nas inni ludzie.

Niewątpliwie emocje są zakorzenione w danej kulturze i występują w języku, przybierając różne nazwy. Są też emocje które nie mają swoich odpowiedników w innych językach i kręgach kulturowych, np. amae – japońskie i chińskie określenie poczucia radości i bezpieczeństwa przy pełnej akceptacji, na przykład podczas kontaktu niemowlęcia z matką.

Kilka zasad funkcjonowania emocji:

  • Emocja jest odpowiedzią na zdarzenie, więc od tego jak je zrozumiesz zależy jaką emocję otrzymasz. Jeśli zinterpretujesz zdarzenie błędnie, możesz wytworzyć emocję nieadekwatną do sytuacji.
  • Emocje pojawiają się w odpowiedzi na zmianę w otoczeniu lub organizmie. Jeśli coś trwa odpowiednio długo, nie wywołuje to emocji.
  • Bardzo szybko przyzwyczajamy się do stanu pozytywnego wywołującego przyjemność, natomiast długo oswajamy się z tym co bolesne i przykre, dlatego mamy wrażenie, że trwa to znacznie dłużej. Mamy nawet powiedzenie: „wszystko co dobre szybko się kończy”.
  • Człowiek dąży do tego, by nie przeżywać emocji negatywnych. Może to robić na różne sposoby: zająć się pracą lub inną czynnością, żeby nie myśleć o problemach, uciekać się w nałogi lub zachowania ryzykowne, zaprzeczać wystąpieniu negatywnego w skutkach zdarzenia, wypierać docierające informacje, czy wreszcie zaakceptować sytuację lub szukać w zdarzeniu pozytywów. Niestety ta chęć nieprzeżywania tego co trudne, może popychać także ludzi w kierunku prób samobójczych.

Mam nadzieję, że tym dość teoretycznym wpisem, udało mi się w skrócie wyjaśnić jak funkcjonują i dlaczego pojawiają się emocje. Dzięki tym informacjom łatwiej będzie zrozumieć, że emocje nie są czymś, co powinniśmy za wszelką cenę ukrywać i blokować, ponieważ pełnią one szereg ważnych dla nas funkcji.  A skoro emocje są funkcjonalne, to blokowanie ich na dłuższą metę jest dysfunkcjonalne.

Więcej na ten temat możesz przeczytać we wpisie Dlatego nie powinniśmy określać emocji jako negatywne!, w którym tłumaczę, dlaczego emocji nie powinniśmy traktować jako negatywne oraz o tym jak sobie z tymi nieprzyjemnymi radzić.

Pozdrawiam
Julia.

 

Czym jest dla mnie JOGA?

yoga-2176668_1920

Co się składa na jogę?

Wyjaśniając czym jest joga, należy zaznaczyć, że istnieją jej różne rodzaje i metody. Nie jestem specjalistką w dziedzinie filozofii czy kultury Indii, skąd joga się wywodzi, dlatego skupię się jedynie na rodzaju jogi jaki obecny jest w naszym zachodnim kręgu kulturowym, czyli hatha jogą (we współczesnym rozumieniu). (Osoby zainteresowane tradycyjnym podejściem do jogi, psychologią i filozofią jogi, odsyłam do bloga Macieja Wieloboba i innych znanych nauczycieli posiadających w tej kwestii wiedzę). Hatha joga obecnie i potocznie rozumiana jest jako praktyka oparta głównie na asanach lub asanach i pranajamie. Niektórzy do tych dwóch praktyk dodają jeszcze medytację. A jako ciekawostkę dodam, że zgodnie z tradycyjnym przekazem istnieje ośmiostopniowa ścieżka jogi (Ashtanga joga): Jamy i Nijamy (czyli zasady moralne), Asany, Pranajama, Pratyahara (kontrola zmysłów), Dharana, Dhyana (medytacja), Samadhi (stan nieświadomości).

Czym są tajemnicze pojęcia hatha, asana i pranajama?

Człony słowa „hatha” oznaczają: „ha” – energię dynamiczną, gorącą, słoneczną, męską; „tha”– energię pasywną, chłodną, księżycową, kobiecą. A więc „hatha” jest harmonijnym połączeniem przeciwności. Czyli hatha joga ma na celu harmonizować naszą energię.

Asana to pozycja, którą swoim ciałem przyjmujemy w trakcie zajęć czy domowej praktyki. Jest to zwykłe ćwiczenie fizyczne mające niezwykły, terapeutyczny wpływ na ciało. Wiele ćwiczeń na salach gimnastycznych, siłowniach, klubach fitness, ośrodkach rehabilitacyjnych pokrywa się z asanami przekazywanymi tradycyjnie. Zaś wiele tradycyjnych asan zostało zmienionych, by dostosować się do problemów, z którymi borykają się obecnie ludzie. Przeciętna osoba spotkana na ulicy właśnie z tym aspektem najbardziej kojarzy jogę. Najczęściej na jogę decydują się osoby, które mają problemy z kręgosłupem lub inne dolegliwości zdrowotne czy chcą się trochę „porozciągać”. I to jest jak najbardziej w porządku. Sama swoją drogę zaczęłam wpisując w Google „ćwiczenia na ból pleców” 😉

Pranajama to ćwiczenia oddechowe. Nie wchodząc w tradycyjne rozumienie znaczenia pranajamy, przedstawię ją z punktu widzenia zwykłego człowieka, czyli tak, jak ja ją rozumiem. Oddychanie jest dla nas niezbędne. Jednak na co dzień nie zastanawiamy się w jaki sposób oddychamy, a najczęściej oddychamy nieprawidłowo. Skracamy oddech, staje się on płytszy, szybszy. Nie oddychamy całym ciałem, a nawet nie potrafimy oddychać całymi płucami. A wiem o czym mówię, bo kiedyś też tego nie potrafiłam. Moja klatka piersiowa była zamknięta, plecy zgarbione, głowa spuszczona. Teraz tak myślę, że oddychałam tyle by móc przeżyć. Kiedy załapałam o co chodzi z oddychaniem podczas wykonywania pozycji, przestałam się męczyć fizycznie (na macie i poza nią) i psychicznie też, bo spokojny głęboki oddech mówi do ciała „wszystko jest w porządku”. Natomiast jeśli chodzi o osobne ćwiczenia oddechowe to warto je praktykować pod okiem dobrego nauczyciela. I nie chodzi o to, że sami możemy się udusić 😉 tylko każda z technik przynosi inne korzyści. Jedne energetyzują, gdy inne relaksują i wyciszają. Nauczyciel daje wskazówki i dba o bezpieczeństwo, by od nadmiaru dobrodziejstwa oddechu nie zakręciło się w głowie. Oczywiście skupiajmy się na oddychaniu w ciągu dnia. Ja najczęściej biorę kilka głębokich, dynamicznych oddechów zaraz po obudzeniu się, by lepiej mi się wstawało (fajnie jest sobie poziewać i poprzeciągać się po otworzeniu rano oczu). Zwracam też uwagę na oddech, kiedy się zestresuję, starając się go zwolnić, uspokoić.

Co według mnie jeszcze wchodzi w skład jogi?

W praktyce jogi moim zdaniem ważne jest coś jeszcze: emocje, które zawarte są w naszym ciele i umyśle oraz koncentracja i relaksacja.

Kiedy poddawani jesteśmy różnym stanom emocjonalnym, nasze ciało w naturalny sposób na to reaguje za pomocą systemu nerwowego i hormonalnego. Więc nie powinno budzić wątpliwości, że w wyniku nadmiernego, niemal przewlekłego stresu nasze mięśnie są napięte i nie potrafimy ich świadomie rozluźnić. Dlatego też mówimy, że w ciele zmagazynowane są nasze emocje. Kiedy w trakcie wykonywania asan „dotykamy” tych miejsc gdzie mięśnie są szczególnie zaciśnięte, mogą pojawić się różnego rodzaju odczucia emocjonalne czy myśli, wspomnienia. To normalne, że człowiek zgarbiony, zamykający swoje centrum ciała, w momencie kiedy nauczyciel zaproponuje pozycję otwierającą na te partie, poczuje się nieswojo, będzie mu niewygodnie, być może doświadczy strachu, złości, przygnębienia. Zechce od pozycji uciec. Być może na samą myśl o zrobieniu jakiejś wymagającej dla Ciebie pozycji masz przerażenie w oczach. To wszystko jest jak najbardziej w porządku i wymaga akceptacji. Ja się tego uczyłam bardzo długo (i nadal się uczę). Myślę, że miałam „psychicznie ponapinane” wszystko co było możliwe. I nadal nad tym pracuję, bo wymaga to wiele czasu.

Myśli, tak na zajęciach jogi, jak i w życiu, mogą być źródłem szczęścia lub rodzić problemy. Koncentracja na tym co aktualnie robimy jest bardzo ważna, ponieważ może zaoszczędzić nam wielu problemów, szczególnie kontuzji. Nasza ambicja często chce za szybko, za mocno. Myśli, które nas rozpraszają, powodują że nie czujemy kiedy przesadziliśmy z wchodzeniem do pozycji czy jej pogłębianiem. Na co dzień uważność jest tak samo ważna. I piszę to ja, osoba która wiecznie się o coś potyka, uderza i rani. Nie bierzcie ze mnie przykładu :p

Odpuszczenie myśli jest ważne także w końcowej relaksacji, kiedy puszczamy całe napięcie, odpoczywamy po wymagających ćwiczeniach, studzimy rozgrzane ciało. Fajnie jest w tym momencie rozluźnić także głowę od wewnątrz. Poczuć jak jest przyjemnie w takim luźnym, wtapiającym się w podłogę ciele. „Nie myśleć” to duże wyzwanie. Są pewne wyobrażenia na temat jogi, a raczej medytacji, że się siedzi i nie myśli. Z mojej perspektywy mogę napisać, że trudno osiągnąć stan kiedy nie ma żadnych myśli. W zasadzie można przyjąć, że nawet kiedy śpimy pojawiają się myśli w formie marzeń sennych. Ale czym innym jest „niemyślenie” a czym innym niepodążanie za pojawiającymi się myślami, czyli nie snucie wizji czy planów. Żeby osiągnąć ten błogi stan odpoczynku dla przestymulowanego mózgu, muszę się porządnie zmęczyć, tak by nie mieć energii na podróżowanie od myśli do myśli. Z podziwem i fascynacją obserwuję osoby, które na koniec zajęć potrafią tak bardzo się rozluźnić, że zasypiają, szczęśliwie sobie pochrapując.

Rodzaje jogi

Ja szczególnie upodobałam sobie hatha jogę metodą B.K.S Iyengara i na takie zajęcia uczęszczam do szkoły jogi. W moim odczuciu jest to najbardziej terapeutyczna, precyzyjna i rozwijająca fizycznie metoda z wykorzystaniem wielu pomocy – klocki, paski, wałki, koce, krzesła itp. Dzięki temu jogę może praktykować niemal każdy niezależnie od sprawności fizycznej – wystarczy zmodyfikować pozycje podkładając sobie pod konkretne części ciała lub opierając się na wyżej wymienionych przedmiotach. To co jest charakterystyczne w tych zajęciach, to dłuższy czas trwania w asanach, by miały one jeszcze bardziej leczące oddziaływanie. Są takie pozycje (leżące, odwrócone), w których zostajemy nawet na 10 minut, dlatego ważne jest abyśmy się dobrze w pozycji „usadzili” i było nam wygodnie.

W domu także chętnie korzystam ze stylu Vinyasa praktykując z moimi dwiema ulubionymi YouTube’owymi nauczycielkami 😉 a także sama układam sobie sekwencje według upodobania i aktualnego samopoczucia, bo właśnie ten styl dopuszcza dużą dowolność w dobieraniu poszczególnych asan (co jest podobieństwem do metody Iyengara). Styl ten charakteryzuje się płynnymi, dynamicznymi przejściami pomiędzy pozycjami i dużą uwagę przywiązuje na ruch połączony z oddechem. A ostatnio stawiam nieśmiało pierwsze kroki w Yin jodze, dzięki mojej nauczycielce Kamili (tu możecie znaleźć więcej informacji o Yin jodze i jodze Nidrze oraz o stresie i tym jak mu przeciwdziałać: http://streso-terapia.pl/). Yin joga jest spokojną praktyką, gdzie odpuszczamy pracę mięśniową, pozwalając się rozluźnić naszemu ciału i umysłowi. Jest to idealna praktyka dla osób, które są zestresowane. Ja często wybieram Yin jogę podczas miesiączki, gdyż doskonale sprawdza się przy napięciach w brzuchu i kręgosłupie czy przy bólach głowy. Jest  świetna gdy nie mamy sił na dynamiczną praktykę.

Metod nauczania czy stylów hatha yogi jest sporo. Wielu z nich nie wymieniłam, jak np. Ashtanga joga, ulubiony styl mojej „jogowej bratniej duszy” na moich studiach – Kasi oraz Gosi Kobus-Kwiatkowskiej, która prowadzi kanał na YouTube Anatomia Jogi w Praktyce (bardzo polecam tam zajrzeć. Gosia wprowadza w tajniki anatomiczne oraz tworzy Vinyasowe sekwencje jogi). Ashtanga joga polega na płynnym wykonywaniu określonej sekwencji asan. Asany te są ułożone w serie określające stopień zaawansowania jogina. Pierwszą serię rozpoczyna sekwencja Powitań Słońca, czyli w dużym skrócie są to dynamiczne, energizujące, przeplatane ze sobą skłony, wygięcia i wyprosty kręgosłupa. Potem następuje sekwencja pozycji stojących, dalej siedzących i  sekwencja końcowa z pozycjami odwróconymi (jak np. świeca czy stanie na głowie) i relaksacją. Charakterystyczne dla zajęć w tym stylu jest podział na zajęcia prowadzone (nauczyciel pokazuje jak wykonać pozycje i wszyscy razem uczą się sekwencji) oraz zajęcia Mysore, gdzie wymagana jest już znajomość sekwencji i każdy uczestnik praktykuje indywidualnie otrzymując od czasu do czasu pomoc ze strony nauczyciela, np. korektę pozycji, podpowiedź co zrobić jako następną pozycję, wskazówki jak dalej rozwijać swoją praktykę.

Nie musimy zamykać się w konkretnych ramach i praktykować to co jest narzucone razem z jakąś metodą. Z każdej metody możemy wybrać sobie to czego potrzebujemy i to co nam się podoba najbardziej. Możemy łączyć style. Mamy rożne preferencje, potrzeby czy odczucia/intuicję. Tak jak w życiu codziennym nie trzymamy się zawsze wszystkich zasad od deski do deski, nie gotujemy stuprocentowo zgodnie z przepisami kulinarnymi, a dodajemy do potrawy coś od siebie, czy nie czytamy instrukcji obsługi urządzeń, które bardzo dobrze znamy (choć polecam stosować się do zasad BHP 😉 ). Tym wtrąceniem chciałam zaznaczyć, że joga jest dla nas, a nie my dla jogi.

A więc czym jest joga?

Czas teraz podsumować moje wywody. Zacznę może od tego czym joga nie jest. Na pewno nie jest religią i nie jest zagrożeniem dla naszej polskiej kultury. Wiele osób się tego obawia i ma nawet wyrobioną opinię: skoro z Indii to na pewno hinduizm albo buddyzm. Skoro medytacja to okultyzm i dzieło szatana. Nic z tych rzeczy.

Joga jest systemem, który faktycznie przybył do nas z Indii. Tamtejsi wielcy nauczyciele polecili swoim uczniom, by dobro płynące z praktyki jogi zanieśli na Zachód. Jogini wyjeżdżali, by uczyć praktyki (głównie fizycznej) ludzi zachodu, a ludzie zachodu przyjeżdżali do Indii, by pobierać nauki od najlepszych nauczycieli. Joga przyjęła się w zachodniej kulturze i z pewnością była niejednokrotnie modyfikowana tak, by dostosować się do ludzi tu mieszkających. Ludzie wybrali to, co spodobało im się najbardziej i to, co nie godziło w ich dotychczasowy sposób życia i pojmowania świata, a więc ćwiczenia fizyczne.

Joga rozumiana współcześnie i praktykowana w Polsce, nie nakazuje żadnych praktyk religijnych (ani żadnych innych) ani ich nie zabrania. Jeśli jesteś praktykującym katolikiem, to także możesz uczestniczyć w zajęciach jogi. Jestem pewna, że wiara nie zabrania aktywności fizycznej, oddychania i oddania się chwili relaksu. Dodatkowo większość zasad moralnych, wynikających z Jam i Nijam, pokrywa się z przekazem Kościoła lub może być w łatwy sposób dostosowana, ponieważ w książce „Joga doskonała dla kobiet” autorstwa Gity Iyengar (córki B.K.S. Iyengara) zawarte są współcześnie rozumiane praktyki moralne, mówiące m.in. o tym by nie krzywdzić, nie kraść, przebaczać innym, być prawdomównym, zachować czystość fizyczną i umysłową, nie być chciwym, zachować umiar. Znajome? Co więcej, pozostałe zasady można praktykować także w imię Chrystusa, czy innego boga jakiego wyznajemy, jeśli mamy taką potrzebę, ponieważ są one uniwersalne. Jeśli jesteśmy niewierzący, to wszelkie (zdroworozsądkowe) zasady etyczne i normy współżycia społecznego również są wpasowane w system jogi.

Osobiście uważam, że zarówno praktyka asan jak i pozostałych elementów jogi, jest ścieżką. Tak jak nie od razu zaczniemy stać na głowie lub siedzieć w pozycji kwiatu lotosu, tak samo nie od razu zaczniemy stosować się do zasad moralnych. Są one raczej wynikiem zaakceptowania swojej fizyczności i możliwości intelektualnych. Dodatkowo, warto mieć swoje własne zasady, które naprawdę „czujemy”, interpretować je po swojemu i stosować indywidualnie.

Joga jest systemem, bo integruje ważne składowe: nasze ciało i nasz umysł. Ale jest systemem także dlatego, że integruje nas z innymi ludźmi i środowiskiem. Naturalną konsekwencją rozluźnionego ciała jest spokojny i pogodny umysł. Nie koncentrujemy się już na swoich problemach, że w krzyżu boli, że głowa pęka, bo tych problemów już nie ma. Nie skupiamy się przez to tylko na sobie, ale zauważamy, że wokół nas są inni ludzie. Zaczynamy dostrzegać więcej dobra wokół nas, ludzie wydaja nam się milsi i jacyś bardziej interesujący. Coraz bardziej zależy nam na naszym zdrowiu i na tym, by innym żyło się tak dobrze jak nam. Ogólnie środowisko jogiczne jest bardzo przyjazne i otwarte 😉


Chciałabym podkreślić, że jest to mój sposób patrzenia na jogę. Każdy z nas jest inny i czego innego w życiu szuka. Zachęcam do eksploracji i wypróbowania jogi, zaczynając od zadbania o ciało poprzez asany. Z czasem do swojego systemu, jeśli zechcesz, możesz dobrać inne elementy takie jak zdrowsze żywienie czy pozytywne przekonania o sobie i otaczającym świecie, co przekształci się w Twój indywidualny styl życia.

Julia.

6 rad na to, by inni Cię polubili

Słowo „przyjaźń” jest trudne do zdefiniowania, ponieważ każdy inaczej je rozumie i stosuje w swoim życiu. Jedni mają nieliczne grono przyjaciół od serca, inni obdarzają przyjacielską siecią wiele osób. Moim najlepszym przyjacielem jest mój mąż. Przyjaciel to ktoś, z kim chcesz się dzielić wszystkim co Ci się przydarzyło. Wysłucha zarówno naszego szczęścia jak i rozpaczy.

Każdy z nas wypracowuje sobie własny system nadawania statusu „przyjaciel” innym ludziom. Dzieje się to na drodze doświadczeń w relacjach interpersonalnych. Kiedy ktoś nas zawiedzie lub postępuje niezgodnie z naszymi wartościami, uczymy się by ostrożniej podchodzić do przyjaźni.

Wpis ten inspirowany jest książką Dale’a Carnege’ego „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi”

Podstawą tak naprawdę jest empatia czyli umiejętność postawienia się w sytuacji innej osoby. Warto ćwiczyć tę umiejętność zastanawiając się jak sami byśmy się czuli i jak reagowali na zachowania przyjacielskie czy nieprzyjazne. Warto również pomyśleć nad tym, co nas w innych razi najbardziej.

Prezentuję listę bardziej skutecznych czynników wpływających na darzenie się sympatią.

1. Bądź szczerze zainteresowany_a drugą osobą.

Przede wszystkim SŁUCHAJ tego co ma do powiedzenia i dopytuj o to co Cię w wypowiedzi szczerze zainteresowało. Nie mów tylko o sobie. Przyjaźń to dialog, nie monolog. Nie przerywaj wypowiedzi, nie dawaj do zrozumienia, że Ty i Twoje sprawy są ważniejsze. A kiedy potrzebujesz się wygadać, powiedz o tym szczerze. Lecz zachowuj równowagę – przyjaciel to nie dyktafon, nie oczekuj że przyjmie wszystkie Twoje słowa beznamiętnie. Ja często, całkowicie nieumyślnie, staję się aktywną słuchaczką cudzych rozmów w komunikacji miejskiej. I nie chodzi tu o wścibskie podsłuchiwanie a potem wydawanie opinii, lecz zainteresowanie innymi ludźmi, kiedy rozmawiają na takie tematy, które interesują także mnie. Nikt nie ma nikomu za złe, że go słucha z uwagą (jest to wręcz stan pożądany) i akceptuje to co mówi, wyrażając to nawet subtelną mową niewerbalną – skinieniem, delikatnym uśmiechem czy przyjaznym kontaktem wzrokowym.

2. Nie szczędź dobrych słów.

Dostrzegaj pozytywy w drugim człowieku i mów o nich. Niech to będą SZCZERE słowa. Pochwal za nawet najdrobniejszą rzecz, bo docenienie drobnych uczynków lepiej zapada w pamięć i motywuje do kolejnych postępów. Drobne komplementy są chętniej przyjmowane, nie mamy tendencji do zaprzeczania im, bo wydają się bardziej prawdziwe i szczere („ugotowałaś przepyszną zupę” vs. „świetnie gotujesz”). Wydaje mi się, że ta rada wymaga od nas odwagi i taktu, by powiedzieć komuś coś miłego, zupełnie bezinteresownie, nie będąc posądzonym o to, że czegoś od niego oczekujemy. W ryzach niestety trzymają nas także różne powinności społeczne, bo „nie wypada”. Trudno jest powiedzieć szefowi, że szanujemy jego decyzje, lekarzowi, że doceniamy zaangażowanie i profesjonalizm, nauczycielowi podziękować, za to jak wiele nas nauczył. Zacznijmy stopniowo od delikatnych znaków uznania. Wystarczy szczerze i z wdzięcznością powiedziane „dziękuję”.

Więcej na temat okazywania wdzięczności możesz przeczytać tu: Naucz się wdzięczności! 

3. Uśmiechaj się do przyjaciela i do świata

Nie od dziś wiadomo, że uśmiech może zdziałać cuda. Jest oznaką, że inni dobrze czują się w naszym towarzystwie, są szczęśliwymi, zarażającymi optymizmem ludźmi. Zdecydowanie osoby uśmiechnięte, wesołe i niezrażające się niepowodzeniami są lubiane, w przeciwieństwie do osób użalających się nad sobą, że mają „wiecznie pod górkę”.

4. Nie chciej mieć zawsze racji.

Staraj się unikać sporów. Nie wdawaj się w utarczki słowne, nie próbuj też zakrzyczeć kogoś, kto ma inne myślenie jak Ty. A już szczególnie wystrzegaj się zasady „nie wiem, ale się wypowiem”. Swoje zdanie wyrażaj z poszanowaniem dla punktu widzenia innej osoby. Nawet jeśli wiesz, że druga osoba się myli, nie wytykaj jej błędu, lecz zaznacz, że o ile Tobie wiadomo jest inaczej. Nie edukuj nikogo na siłę, jeśli nie chce przyjąć od Ciebie nauki. Zdecydowanie lepiej uczynisz, kiedy zasugerujesz, że istnieje inna możliwość, inny sposób patrzenia na tę sprawę. Być może rozmówca_czyni sam_a zechce tę sprawę zgłębić, jeśli nie – trudno. Czasem warto się zwyczajnie uśmiechnąć i odpuścić poprawianie kogoś, wychodząc z założenia, że ja także mogę się mylić.

5. Krytykuj chwaląc.

Jeśli ktoś coś zrobił źle, powiedz to w delikatny sposób na osobności, zaznaczając też coś pozytywnego w nim lub zaistniałej sytuacji. Uważaj na słowo „ale”. Kiedy pochwalisz kogoś i użyjesz słowa „ale” wymieniając potem jakiś negatyw, w odczuciu odbiorcy zaprzeczasz pochwale jaką udzielił_ś. Dla przykładu: „cieszę się, że starasz się mi pomagać, ALE nie podoba mi się, że robisz to w taki sposób.” Zupełnie inaczej brzmi zdanie kiedy odwrócisz kolejność zdań: „nie podoba mi się, że robisz to w taki sposób, ALE cieszę się, że starasz się mi pomagać” Negatyw wówczas ma mniejszy wydźwięk, jest złagodzony zauważeniem włożonego wysiłku i zaangażowania. W konstruowaniu zdań można użyć spójnika łączącego, np. i a. „Nie do końca podoba mi się sposób w jaki to robisz, a może lepiej zrobić to tak, jak myślisz?”

6. Przyznawaj się do błędu.

Naucz się szczerze przepraszać za swoje przewinienia. Nie szukaj usprawiedliwień w okolicznościach i nie zrzucaj winy na kogoś innego. Pokaż, że jesteś człowiekiem odpowiedzialnym za swoje życie i za relacje z innymi. W przeciwnym przypadku, zaczniesz rościć pretensje do całego świata za swoje niepowodzenia i ludzie zniechęcą się do kontaktu z Tobą obawiając się, że za chwilę o swoje błędy oskarżysz ich lub zrobisz to za plecami. Stracisz w ten sposób zaufanie. Przyznanie się do błędu jest trudne, zwłaszcza na początku, ale jest to umiejętność, którą można wyćwiczyć. Wystarczy użyć tylko magicznego słowa „przepraszam”, nie trzeba dodawać nic więcej jeśli nie chcesz się tłumaczyć.

Więcej praktycznych wskazówek o tym przeczytasz we wpisie: Jak przyznawać się do błędów?


Pamiętajmy jednak, żeby zmiany te (lub podobne) wprowadzać powoli i w zgodzie z własnymi przekonaniami.

P.S. Wpis ten jest dla mnie szczególnie ważny dziś, w moje urodziny. Dostałam wiele życzeń od znajomych i prezentów od przyjaciół (część z nich widzicie na zdjęciu). Najważniejsze dla mnie jest to, że jesteście. Gdzieś tam, każdy w swoim domu, gościnnie na Facebooku, od święta na realnym spotkaniu (nie ma w tym ironii – każde spotkanie jest świętowaniem znajomości). Szczerze za to DZIĘKUJĘ.

 Julia.

Zobacz czemu odwlekasz działanie!

Leniwiec zwisający pośród gałęzi patrzy wprost na ciebie i jakby uśmiecha się.

PROKRASTYNACJA, czyli odwlekanie tego co mamy do zrobienia, to problem, który dotyka wielu z nas. Chyba nie ma na świecie takiej osoby, która nie doświadczyłaby takiego stanu choć raz. Mnie też ona kiedyś nie oszczędzała i często o sobie przypomina. Nie jest problemem kiedy odłożymy kilka zadań, kilka razy, na kilka kolejnych innych dni. Kłopoty pojawiają się kiedy mamy tendencję do odkładania wielu zadań na przysłowiowe „święte nigdy”. Warto zauważyć, że odsuwane w czasie są nie tylko zadania, których nie chcemy wykonywać, ale często też i takie, które są dla nas wartościowe i ważne. Dzieje się tak dlatego, że odwlekanie działania ma wiele przyczyn.

Jak odróżnić odkładanie działania od lenistwa?

Prokrastynacja to mądre i nowoczesne określenie lenistwa? Niekoniecznie. Różnica pomiędzy tymi zjawiskami jest zasadnicza: z lenistwa czerpiemy przyjemność, natomiast prokrastynacja wpędza nas w poczucie winy i  bezradności. Dodatkowo odwlekanie może dotyczyć tylko pewnego obszaru, jakiegoś konkretnego typu zadań lub ogranicza się do określonego przedziału czasowego i zdarzeń, które nastąpiły w naszym życiu. A lenistwo właściwie można zgeneralizować do większości zadań, które mamy wykonać, bo jest to ogólny, utrwalony problem z motywacją, jak cecha osobowości, np. niska sumienność – nie chce nam się podejmować wysiłku i wolimy wygodne życie, bo mamy z tego korzyści.

Skutki odkładania działania na potem

W momencie kiedy spychamy zadania na jutro, a te z jutra na kolejny dzień, a potem znów na następny, zadania piętrzą się do niewyobrażalnych rozmiarów. Konsekwencją jest to, że potem trudno nam się rozprawić skutecznie z taką lawiną, która na nas spada kiedy zbliża się dedline. Klasycznym (wręcz stereotypowym) przykładem jest uczenie się do egzaminu na studiach tuż przed terminem lub wykonywanie pracy zaliczeniowej wieczorem dnia poprzedzającego oddanie projektu.

Często wiąże się to z zarwaniem nocki, co w młodym wieku przechodzi bez większych uszczerbków na naszym życiu, ale umówmy się, że ciągłe takie postępowanie nie jest zdrowe 😉 Jeśli mamy duży natłok zadań, które musimy wykonać na już – rośnie presja i stres z nią związany.

Prokrastynacja powoduje nie tylko spadek naszej wydajności i efektywności, ale może przyczyniać się do problemów z koncentracją i snem. Rzutuje także na nasze relacje z innymi, ponieważ rośnie w nas napięcie i stajemy się bardziej nerwowi, nie potrafimy się odprężyć a przyparci do muru czasu nie mamy nawet możliwości by spotkać się z innymi. Cierpi na tym także nasze mniemanie o sobie, ponieważ zaczynamy obwiniać się o zaistniałą sytuację i obiecywać sobie poprawę („w następnym semestrze uczę się regularnie, ale niech ta sesja się już skończy, bo strasznie zawaliłem”). Często dochodzą do tego nawet problemy somatyczne, szczególnie ból głowy.

Choć odłożenie czegoś na później pozornie daje ulgę to wcale nie daje spokoju. To nie sprawia ze zadanie zniknie. Ono nadal jest w naszej głowie i o sobie przypomina. Dlatego na dłuższą metę odpędzanie od siebie zadań nie jest dobre. I choć o tym wiemy, trudno jest nam z tym nałogiem zerwać.

Dlaczego odwlekam działanie? Czemu nie mogę się zmotywować do działania?

Przyczyn odkładania zadań i odwlekania działania (prokrastynacji) może być wiele, są to m.in.:

  • brak zainteresowania tym co trzeba zrobić lub inne, atrakcyjniejsze czynności, które pojawiły się na horyzoncie,
  • niechęć do zadania kiedy jest nam ono narzucone lub niechęć do osoby, która nam to zleciła,
  • poczucie, że to co muszę zrobić jest niezgodne z moimi wartościami i wyznawanymi zasadami,
  • nieumiejętność powiedzenia NIE, zwłaszcza bliskiej osobie,
  • lęk przed porażką i ośmieszeniem,
  • lęk przed sukcesem – wykonanie jakiegoś zadania zazwyczaj wiąże się z propozycją innego, trudniejszego zadania do wykonania i osiąganiem kolejnych „szczebelków” , więc oczekiwania (własne i innych wokół nas) rosną. Dochodzi do tego jeszcze obawa przed zazdrością innych,
  • skłonności perfekcjonistyczne:
    • ciągłe niezadowolenie z efektu i włożonego wysiłku. „Pewnie nie uda mi się tego zrobić tak jakbym tego chciał”, czyli myślenie w stylu: albo zrobię coś idealnie albo nie biorę się za to wcale,
    • „Jeszcze nie jestem gotowy” – przygotowywanie się w nieskończoność. Opracowywanie skrupulatnie wszystkiego w teorii, obmyślanie planów, scenariuszy, ale brak konkretnego działania,
    • Szukanie odpowiedniego momentu – „zacznę od poniedziałku” „jutro na pewno będzie łatwiej mi to zrobić” i klasyczne postanowienia noworoczne,
  • brak zorganizowania i hierarchii – odczuwanie chaosu, „nie wiem w co ręce włożyć”, ciągle wpada Ci coś innego do głowy, co chwilę masz inny pomysł na siebie ale równie szybko przychodzi zniechęcenie. Do tego wieczorem możesz mieć poczucie że nic produktywnego tego dnia nie udało Ci się zrobić, choć ciągle byłeś zajęty,
  • Zadanie jest za trudne i zbyt złożone – w głowie masz głos, który ciągle Cię strofuje: „nie wiem od czego zacząć”, „jest tego tyle, że się nie wyrobię”, „niech mi ktoś z tym pomoże”.

Zawsze pierwszym krokiem jest zdanie sobie sprawy z tego, że coś jest w naszym odczuciu „nie tak” i chcemy oraz wiemy, że może być inaczej, lepiej. Drugim krokiem jest odnalezienie przyczyny. Zidentyfikowanie jej pomoże nam zdecydowanie szybciej i skuteczniej rozprawić się z prokrastynacją, ponieważ nie działamy po omacku.

Kroki te właściwie dotyczą każdej sfery naszego życia więc warto je sobie wziąć do serca. Najpierw identyfikacja problemu, potem szukanie przyczyn – to klucze otwierające drzwi do zmiany.


Które z tych czynników zauważył_ś u siebie? 🙂

Więcej podobnych tematycznie wpisów możesz znaleźć tu: teksty o samoorganizacji